Plan był idealny

Będziemy rozbijały nasz trzyosobowy namiot nad jeziorami, w lesie i 10 dni spędzimy sobie w cudownej ciszy z daleka od ludzi. Ach, marzenia 😉

To mogłoby się udać w Europie tak zwanej „kontynentalnej”, ale nie w rejonie jezior, z każdej strony otoczonych tak gęstym lasem, że nie dało się przez niego przejść.

 

 

Tutaj zdałam sobie sprawę, że na następną tego typu wyprawę wybiorę się z siekierą. W końcu mój samochód zmieści wszystko.

Pierwszy nocleg spędziłyśmy na na polu namiotowym w Augustowie.

 

 

Drugi natomiast w Tallinie – spałyśmy w samochodzie pod supermarketem 😉

 

 

Przypłynęłyśmy do Helsinek promem o 8 rano. Z pół godziny trwało zanim wszystkie samochody z promu dostaną się na teren miasta, a my od razu postanowiłyśmy je opuścić. Było około 25 stopni i z każdą minutą podróży temperatura spadała, aż finalnie na termometrze ujrzałyśmy 16 stopni. Co my tu robimy? W tym czasie w Polsce było 28 i bezchmurne niebo – zupełnie inne niż to nad naszymi głowami. Ale nie ma co się smucić, wszyscy nas ostrzegali, że w Finlandii jest zimno.

 

W końcu wybrałyśmy się tutaj z innego powodu.

Przejechałyśmy kilkadziesiąt kilometrów i zobaczyłyśmy pierwsze jezioro, niedaleko ośrodka ze zjeżdżalniami.

 

 

Zatrzymujemy się, sprawdzamy wodę – zielona, ogloniona i lodowata. Nie takie były nasze wyobrażenia i marzenia. Z bagażnika wyjmujemy swetry i jedziemy dalej.

Zaczyna padać, czyli gorzej już być nie może. Jesteśmy niewyspane, trochę głodne, zmarznięte i jeszcze nie widać słońca na horyzoncie. Ale twardo szukamy jakiejś przestrzeni w lesie, gdzie mogłybyśmy rozbić namiot.

 

Czy da się bezbłędnie ocenić co będzie na końcu drogi?

Mapa wygląda mniej więcej w ten sposób: mamy drogę główną, a z niej do jeziora prowadzą różnej długości i szerokości małe leśne dróżki.

 

 

No więc skręcamy i jedziemy. Na końcu każdej z tych dróg jest domek, czasami dwa albo trzy, albo więcej, jak jakaś rodzina postanowiła zagospodarować teren. Tak czy siak, zawsze jest on czyjś i zawsze jest prywatny.

 

 

A fińskie prawo wyraźnie mówi, że na jedną noc możesz się zatrzymać wszędzie, ale min. 150 m od czyjejś posesji. No i tu mamy problem, bo skoszona trawa i drzewa wykarczowane na tyle, aby rozbić tam namiot, są 10 metrów od domku. 150 metrów od posesji nie da się ręki włożyć między krzaczory.

Wracamy na drogę główną skręcamy w kolejną dróżkę i jest to samo. No więc wracamy na główną i zjeżdżamy w jeszcze kolejną i wciąż te pojedyncze domki na końcu. Gdyby jeszcze ktoś tam był, to może byłoby łatwiej. Ale nie ma, a sceneria przypomina coraz bardziej skandynawskie horrory.

Zauważyłyśmy, że jak są skrzynki pocztowe, to na końcu jest domek, więc próbujemy zjechać w drogę bez skrzynki – też nie działa.

 

 

Okazuje się, że nie wszyscy Finowie korzystają z poczty tradycyjnej, a domki nad jeziorem mają.

 

 

Kemping, ale dlaczego?

Zrozpaczone zatrzymujemy się na kempingu – 29 euro za 2 osoby, namiot i samochód. Przecież to nasz cały budżet! Na więcej takich noclegów nas nie stać, ale co zrobić jak nadzieja powoli zaczęła umierać?

Płacimy, rozbijamy się, jemy obiad, bierzemy prysznic i wychodzi słońce. Jest godzina 16.00 i nasze życie uległo gwałtownej poprawie.

 

 

Co by nie mówić fińskie kempingi mają lepsze warunki niż niejeden student w wynajmowanym mieszkaniu. Kuchnia wyposażona w garnki, patelnię, talerze, ekspres przelewowy, czajnik, gąbkę i płyn do mycia naczyń. Łazienka czyściutka, drewniana i przede wszystkim było w niej bardzo ciepło.

Na kempingu, mimo sporego obłożenia, było cicho. Nie korzystałyśmy z oferty sklepu /restauracji, bo na to już nas absolutnie nie było stać 😉

Poszłyśmy na spacer, po którym Kasia – współkompan podróży – postanowiła się wykąpać. Są ludzie, którzy za opcję pływania oddadzą wszystko i ona właśnie do takich należy. Mi na szczęście wystarczy widok wody, więc przez 15 minut po prostu czytałam książkę 🙂 Kasia pływała tak długo, aż poczuła, że zaraz zamarznie jej serce i płuca, wtedy wyszła.

Na szczęście Finlandia potrafi wynagrodzić chłodniejsze poranki późnym zachodem słońca, które nie opuszczało nas do 1.00 w nocy.

Następnego dnia jeszcze raz skorzystałyśmy z prysznica, bo nie wiadomo, czy taka okazja jeszcze kiedyś się przydarzy, chciałyśmy ruszyć w dalszą drogę. Chciałyśmy, bo audi stwierdziło, że zostanie. Okazało się, ze lodówka samochodowa jest ekstra i nie rozładowuje akumulatora, jeżeli nie zostawiasz ich samych dłużej niż 8 godzin. Po tym czasie lodówka przejmuje pełną kontrolę.

Jemy śniadanie ze świadomością, że samochód nigdzie nie pojedzie bez pomocy ludzi, którzy właśnie opuszczają kemping. Jedni, drudzy, trzeci… Rozglądamy się i oprócz dwóch motocyklistów, którzy raczej nam nie pomogą, ludzi w domku, których samochodu nie widać, zostało jeszcze kilka pojazdów, więc każdy był na wagę złota.

Widząc, że jeden z nich próbuje opuścić kemping, odrywam się od jedzenia, biegnę i płynnym angielskim, znając już takie słowa jak akumulator i klemy, proszę o pomoc. Niestety pani mówiła tylko po rosyjsku. Pech nas nie opuszcza, ale nie daję za wygraną i przypominając sobie jak jest dzień dobry po rosyjsku, tłumacząc coś o problema, namawiam ich do pomocy. Pan w swoim dużym pick-upie miał agregat, który w pół godziny naładował nam akumulator, więc ruszyłyśmy w drogę.

 

Udało się!

Kolejny nocleg miałyśmy w miejscu jak z bajki. Było oczywiście nad jeziorem, domek, drewniana latryna, mostek, Kasia zamarzyła sobie spędzić tam noc, a marzenia są przecież po to, aby je spełniać.

 

 

Ruszyłyśmy na spacer po okolicy i trafiłyśmy na Mamę i Tatę Muminka. Oni naprawdę tak wyglądali, a nie wiem czy wiecie, że Finowie do najbardziej urodziwych nie należą 😉

Niestety oni nie byli w stanie nam powiedzieć czy możemy zostać na noc w naszym „idealnym miejscu”, ponieważ to jest private, a nie ma właścicielki, a oni nie wiedza kiedy ona wróci i nie mają telefonu, więc lepiej jak byśmy pojechały 20 kilometrów dalej na kemping. No wszystko cudnie, ale na kemping już nie miałyśmy kasy, więc jeszcze chwilę z nimi pogadałyśmy i kazali nam udać się do pani, która może znać tamtych właścicieli i może ona się zgodzi abyśmy tam spały. No to idziemy. Pani na nas popatrzyła, poprosiła, abyśmy nie rozpalały ogniska i powiedziała tak.

 

 

Zaraz po śniadaniu chciałyśmy pograć sobie w badmintona i wyszłyśmy na drogę. Przyuważyli nas Rodzice Muminka i szybciutko przyjechali. No i się zaczeło, że czemu my tu jesteśmy? Czemu tamta pani się zgodzi, że na pewno to jakieś nieporozumienie, że my nie możemy tutaj być, że jak wrócą właściciele to oni będą guilty… No dobra, dobra, już się zbieramy i jedziemy.

No i co teraz? Nie chcemy naruszać zwyczajów Finów i ich bezpieczeństwa, ale gdzieś musimy te noce spędzać…

 

Dedukcja

A przecież jeżeli coś nie jest prywatne, to jest PUBLICZNE 😀 Okazało się, że bardzo dużo szkół, kościołów, ośrodków sportowych czy parków jest nad jeziorami. Gdy to odkryłyśmy, podróżowanie po Finlandii zmieniło się diametralnie.

Zobaczcie, gdzie nocowałyśmy i jadałyśmy: