Dla Martyny z bloga Life in 20 kg podróżowanie to codzienność. Od wyjazdu do Gruzji, co roku zmienia miejsce życia. O nurkowaniu z rekinami, mieszkaniu przez rok bez ciepłej wody oraz innych skutkach jej decyzji przeczytacie poniżej 🙂

 

wrozjazdach_gen podróżnika

Jak to się stało, że zaczęłaś podróżować?

Wyprowadziłam się z Polski w marcu 2011 r. Dokładnie 2 tygodnie po obronie pracy magisterskiej. Przeprowadziłam się do Gruzji. Najpierw mieszkałam przez 9 miesięcy w Akhaltikhe i byłam wolontariuszką w organizacji zajmującej się aktywizacją i prawami kobiet. W tym czasie gruzińskie Ministerstwo Edukacji i Nauki realizowało program dla obcokrajowców, dzięki któremu przyjeżdżali i uczyli angielskiego w szkołach publicznych. Zgłosiłam się, przeszłam kwalifikacje i przeprowadziłam się na kolejne pół roku do Kutaisi. Jeszcze podczas mojego pierwszego pobytu w Gruzji uczyłam angielskiego moje Gruzinki w organizacji. Doświadczenie w szkole było jednak zupełnie czymś innym. Im dłużej je uczyłam tym bardziej mi się to podobało, a chęć do podróżowania rosła. Dużo moich znajomych, również uczących tego języka, szukało pracy w Azji. Też mnie to zainteresowało. Bardzo chciałam wyjechać do Japonii, ale pamiętam, że Japonia i Korea ostatecznie odpadły, między innymi dlatego, że w tamtych latach wymagano native speakerów i paszportu anglojęzycznego kraju. Finalnie nikt mi nawet nie odpowiedział na moje zgłoszenie.

Jakie miejsce więc wybrałaś?

Znalazłam pracę w Chinach. Wraz z moim ówczesnym partnerem przeprowadziliśmy się na rok do Państwa Środka. Kolejnym nowym adresem zamieszkania stała się Tajlandia, od razu, nawet nie odwiedzając rodziny w Polsce. Pracowałam w zapomnianej przez Boga wiosce rybackiej na południu, która w 2004 r. została doświadczona przez tsunami. Cały czas trwała odbudowa – infrastruktura i budynki już były okej, a my działaliśmy tam społecznie i dla lokalnego społeczeństwa. Przed tsunami niewiele instytucji interesowało się Tajlandią. Po tym wydarzeniu bardzo dużo organizacji pomocy humanitarnej i rozwojowej zostało skierowanych w tamte rejony. Jedna z nich prowadziła centrum dla dzieci niepełnosprawnych. W Tajlandii w 2013 – 2014 roku integracja dzieci niepełnosprawnych nie istniała. To centrum oferowało tym dzieciom, alternatywę od spędzenia całego życia w domu, przykute do łózek. Byli podopieczni na wózkach, z porażeniem mózgowym, z zespołem Downa, z bardzo zaawansowanym autyzmem.

Co robiliście dla dzieciaków?

Organizowaliśmy wraz z ich opiekunami i terapeutami różne zajęcia plastyczne, muzyczne czy sportowe. Ponad to w naszej wiosce prowadziliśmy zajęcia z edukacji prozdrowotnej, uczyliśmy angielskiego w szkole i przedszkolu. W Tajlandii do szkoły mogą iść tylko dzieci z obywatelstwem tajskim, a w naszej wiosce około połowa mieszkańców była pochodzenia birmańskiego i pozbawionych było podstawowej edukacji. Pojawiła się tam organizacja misyjna z Singapuru, która otworzyła szkołę dla dzieci z Birmy i my w tej szkole też uczyliśmy: angielskiego, prowadziliśmy zajęcia sportowe, zajęcia z ochrony środowiska i z edukacji prozdrowotnej. Odwiedzaliśmy centrum dla uchodźców, (nie mylić z obozem dla uchodźców – to zupełnie inna instytucja), gdzie pracowaliśmy z 24 osobami i wyłącznie kobietami i dziećmi. Mężczyźni byli wtrącani do więzienia. Ośrodek na początku stanowił centrum interwencji kryzysowej dla Tajek, ale ponieważ zaistniała taka potrzeba, zaopiekowano się tymi kobietami i dziećmi. Niestety finalnie one również uciekły próbując dostać się do Malezji. Nadzieja karze mi wierzyć, że nie wpadły w ręce handlarzy ludźmi.

wrozjazdach_gen podróżnika

 

Mam nadzieję, że szczęśliwie udało im się dostać do Malezji. A jak wyglądała Twoja przygoda po roku w Tajlandii?

Wróciłam do Polski. Z wyżej wspomnianym partnerem, z którym poznaliśmy się w Gruzji, mieszkaliśmy razem w Chinach (gdzie się zaręczyliśmy) a kolejny rok spędziliśmy osobno (ja w Tajlandii, a on w Kostaryce) spotkaliśmy się w Polsce. Kolejnym życiowym krokiem stała się amerykańska wiza imigracyjna. W ambasadzie powiedziano nam, że proces potrwa 3 miesiące. Pojechał do Stanów, aby się przygotować na mój przyjazd. Wymogi wizowe stanowią, że po przekroczeniu granicy z USA w wizą narzeczeńską w paszporcie, należy wziąć ślub do 90 dni

Zbierałam całą dokumentację do kilkuetapowego procesu wizowego i czekałam na tę wizę w Polsce. Przez kilka miesięcy: jesień, zimę, uczyłam angielskiego. Wiosną przez miesiąc jeździliśmy po zachodnim wybrzeżu Afryki. Z grupą znajomych, z siostrą i obecnym mężem. Przejechaliśmy od Maroka, przez Saharę Zachodnią, Mauretanię, Senegal, aż do Gambii. Zajęło nam to miesiąc. Wróciłam do Polski na miesiąc i wyjechałam znowu do Tajlandii, do innej pracy, organizować obozy dla młodzieży międzynarodowej. Była to praca społeczna z elementami edukacji międzykulturowej i kultury tajskiej. Następnie wybrałam się do Egiptu na 6 tygodni, aby zrobić kolejny kurs nurkowy.

wrozjazdach_gen podróżnika
foto from: Dive +

Czy to był moment, w którym zaczęła się Twoja przygoda z nurkowaniem?

W zasadzie trwa do dzisiaj. Zaczęłam ją w Tajlandii. Moja przyjaciółka tam nurkowała i mnie zaciągnęła na zajęcia. Skończyłam kolejne kursy. Aż stwierdziłam, że chcę zrobić profesjonalny kurs, po skończeniu którego mogłabym pracować jako nurek, jako przewodnik. Wybór padł na Egipt. Po powrocie okazało się, że dostałam wizę do Stanów, której wyrobienie miało zająć 3 miesiące, a trwało to rok i 3 miesiące. Nigdy tam nie pojechałam. Życie różne pisze scenariusze. Zerwałam zaręczyny. Kolejne 2-3 miesiące spędziłam w Polsce. Następnie pracowałam przez rok jako przewodnik po Azji Południowo – Wschodniej: Tajlandia, Kambodża, Malezja. W międzyczasie pojechałam do Tanzanii, organizować obozy młodzieżowe.

wrozjazdach_gen podróżnika

 

Weszłam na Kilimandżaro, stamtąd dostałam się na Zanzibar, gdzie odpoczywałam i nurkowałam. Kolejnym etapem znów była Polska, a jesienią trafiłam do Azji, jako przewodnik. W 2017 rok i w styczniu pojechałam do Meksyku na nurkowy staż instruktorski. Zostałam tam do maja 2018 r. Staż trwał 4 miesiące. Po 2 – tygodniowym kursie instruktorskim zdałam egzaminy, a następnie pracowałam jako instruktorka. Spędziłam miesiąc w Polsce wyjechałam na Fidżi, organizować obozy młodzieżowe, które były związane z ochroną środowiska i rafy koralowej. Po skończeniu kontraktu na Pacyfiku przyleciałam od razu tutaj, na Malediwy w sierpniu 2018 r. Do tej pory mieszkam i pracuję jako instruktorka nurkowania.

Na zdjęciach Twój pobyt na Malediwach wygląda bardzo spoko. Czy tak faktycznie jest?

Nurkuję, więc dla mnie to doskonałe miejsce. Sezon deszczowy się skończył, więc już nie jest depresyjnie, tylko ładnie i słonecznie. Aczkolwiek żyję na małej wyspie, która ma 300 na 400 metrów. Można ją przejść w 15 minut naokoło wolnym krokiem. Trzeba się nastawić i wiele rzeczy sobie w głowie poukładać, lubić ze sobą być, lubić samotność, bo to totalna izolacja od świata.

wrozjazdach_gen podróżnika

 

Co to znaczy?

W lutym miałam kontuzję, sprzęt nurkowy spadł mi na stopę. Na szczęście nie była złamana, ale najbliższy roentgen był w stolicy, godzina lotu samolotem. Gdyby mi się coś poważnego stało, to sytuacja się komplikuje. Tutaj jest tylko hotel, w którym pracuje 160 osób i mamy 53 wille dla gości. To koniec. Na lokalnej wyspie jest klinika, ale pobierają tam krew i przypisują podstawowe leki.

A jak otoczenie?

Na Malediwach jest kilka wysp w okolicy, zamieszkałych przez lokalnych mieszkańców. Tam znajdziesz sklepy oraz domy, miasteczka. Ale wiele wysp przeznaczono tylko na hotele lub są zupełnie niezaludnione.

A pamiętasz, co się wydarzyło, gdy byłaś mała, co ukształtowało twoje życie właśnie w ten sposób? Co sprawiło, że po studiach inżynierskich rzuciłaś wszystko i zaczęłaś podróżować?

Tak jak pisałam u siebie na blogu, te studia były trochę strzałem jak kulą w płot. Skończyłam biotechnologię na politechnice. Następnie studia magisterskie na tej samej uczelni, ale już z zarządzania. To bardziej mnie interesowało, bo pracowałam w organizacji pozarządowej w Polsce i tym się zajmowałam. Jak przypomnę sobie początki, to podróżowanie od zawsze było w moim życiu. Moi rodzice często się przemieszczali, dużo jeździliśmy na rowerach. Oni poznali się w rowerowym klubie studenckim. Zawsze nas gdzieś zabierali.

Koniec komuny i okres przemian to nie był czasy, kiedy wycieczki zagraniczne były czymś na porządku dziennym. Nie to co teraz, że 9 letnie dzieciaki lat były już na Seszelach i Malediwach czy na Hawajach. Mnie rodzice wysyłali pod namiot nad jezioro. Jeździliśmy my w polskie góry, odwiedzaliśmy rodzinę na Mazurach. Biwakowaliśmy nawet u nas na Pomorzu. A to wycieczka do Torunia, za chwilę znowu wycieczka do Warszawy. Tak więc podróże zawsze były obecne w naszym życiu. Mój tata też przez jakiś czas mieszkał w Niemczech, zatem każde wakacje spędzałyśmy tam. Z czasem zaczęły się obozy, które też nie były jakimś wypasem. Najwyżej do Czech, ale była też Słowacja i Ukraina. Dzięki tym wycieczkom stało się dla nas naturalne, że w wakacje gdzieś pojedziemy.

 

wrozjazdach_gen podróżnika

 

A co z nich pamiętasz? Z czym Ci się one kojarzą?

Nienawidziłam chodzić po górach 😊 Pamiętam, że jak wchodziłyśmy na Trzy Krony, to z patykiem w krzaki biegłam, bo się obrażałam, że muszę iść w górę. Potem były obozy trekkingowe i wspinaczkowe. Na studiach nawet przez jeden semestr należałam do klubu studenckiego wędrówek górskich.

A z jakimi emocjami Ci się kojarzą te pierwsze wyjazdy? Byłaś podekscytowana? Tęskniłaś za rodzicami?

Pierwsze wyjazdy były z nimi, ale kolonie już bez. Ja nie wiem, czy w tamtym wieku się za rodzicami tęskni. Teraz tęsknię za nimi bardziej. Kiedyś jechało się na dwa tygodnie w góry z rówieśnikami i właśnie tak było fajne.

To nie mogły być jakieś wielkie emocje, bo jakoś ich nie pamiętam. W Czechach, trafiliśmy na powódź stulecia. Też trochę nas zalało. Siedzieliśmy w tym czasie w domkach. Dla mnie to były po prostu deszcz, ale rodzice się martwili.

Innym razem podczas obozu na Słowacji chodziliśmy po górach bez kontaktu z rodzicami. Po tygodniu trafiliśmy do cywilizacji, skąd mogliśmy skontaktować się z rodzinami. Dowiedziałam się, że w Gdańsku była powódź. Nikt z nas nic nie wiedział. Dostaliśmy zgodę od opiekunów na dodatkowe pół godziny dzwonienia. Wszystkie telefony naokoło placu zostały przez nas obstawione.

Pamiętam, że z czasem zaczęłam lubić te góry. Spodobało mi się chodzenie.

A co w nich polubiłaś?

Poczucie, że się coś osiągnęło. To widać od razu. Idziesz w góry, jest ciężko, nie chce Ci się iść, jesteś spragniona, pot spływa po każdej możliwej części ciała, na zmianę słońce, deszcz, ulewa. Ale jak wchodzisz na szczyt to ogarnia cię takie bardzo namacalne poczucie, że się udało.

A takiego jest pod wodą?

Ciszę. Jest tak cicho, jak nigdzie indziej. Gdy zanurzają się uszy i później cała głowa, to zaczyna się taka podwodna medytacja. Woda w taki magiczny sposób uspokaja. Wszystko dzieje się dużo wolniej, na przykład ruchy, a nawet myślenie. Czas też płynie wolniej. W tym tygodniu nurkuję z super doświadczonym nurkiem z Austrii, schodzimy pod wodę i się chillujemy. Płyniemy, oglądamy rybki i rafę. Pełen relaks. Z początkującymi kursantami jestem na wyciągnięcie ręki, patrzę im w oczy czy nie ma paniki, czy utrzymują swoją pływalność i czy czują się swobodnie pod wodą, aby przypadkiem gwałtownie nie zanurzyli się za głęboko lub nie wypłynęli niekontrolowanie w górę. Oczywiście taka praca jest bardzo satysfakcjonująca, jednak lubię taki moment, że nie trzeba się o nikogo nad wyraz martwić. Podczas mojego ostatniego urlopu w listopadzie, wybrałam się na tygodniowe safari nurkowe na łodzi. Pierwszego dnia nie mogłam się przestawić 😊 Patrzyłam na wszystkich nurków czy wszystko gotowe, czy wszyscy są bezpieczni, czy sprzęt został sprawdzony. Po zanurzeniu liczyłam ludzi, pytałam ile powietrza im zostało. Zajęło mi kilka nurkowań, aby przestawić się z trybu pracy na tryb relaksu. Gdy ten moment nastał, cieszyłam się urlopem i światem podwodnym.

wrozjazdach_gen podróżnika

 

Podróżujesz w bardzo nietypowy sposób, ponieważ regularnie zmieniasz miejsca zamieszkania. Co się stało, że chciałaś, aby Twoje życie wyglądało właśnie w ten sposób?

Wydaje mi się, że rok to taki właśnie okres, kiedy cykl się zatacza, kiedy można zaobserwować zmiany w porach roku. Ogarnia mnie wtedy poczucie spełnienia, osiągnięcia czegoś, poznania danego miejsca i jeżeli nie czuję, że chciałabym tu zostać dłużej, to po prostu się przenoszę. To jest powiązane z moimi kontraktami, które na ogół są roczne. Mimo, że wszędzie miałam możliwość przedłużenia umowy i nigdy tego nie zrobiłam. Im bardziej poznaję świat, tym więcej odnajduję miejsc, które chciałabym jeszcze zobaczyć i tyle rzeczy, które chciałabym jeszcze zrobić. Obecnie skupiam się na nurkowaniu, abym jako instruktorka zdobyła doświadczenie w różnych wodach w wielu krajach. Nurkowanie na Malediwach jest zupełnie inne, niż w Meksyku. Nie tylko ze względu na rafy i stworzenia podwodne, ale głównie o prądy. Tutaj panują inne warunki.

Gdzie jest trudniej, które wody są bardziej wymagające?

Wydaje mi się, że na Malediwach. To się wiąże z lokalizacją, ponieważ wyspy zlokalizowane są na środku oceanu. Ulegają wpływowi wielu prądów. Malediwy powstały podczas wybuchów wulkanów – lawa spłynęła po bokach wulkanu i po zetknięciu z wodą zastygła. Naokoło tego, w takim pierścieniu, zwanym atolem, zaczęła powstawać rafa. Sam wulkan zapadł się, natomiast rafa i wyspy zostały. Malediwy składają się z takich pierścieni, które w środku są dość płytkie. Lokalni mieszkańcy mojego atolu twierdzą, że w niektórych miejscach osiąga on 100 m głębokości, inne mogą mieć też 50 m. Natomiast na brzegu, na zewnętrznej części, ściana opada nawet do 2000 metrów, bo to już środek oceanu. Dlatego wpływ prądów morskich jest dużo większy niż w Meksyku. Przed każdym nurkowaniem muszę wskoczyć do wody, z maską i płatwami, i sprawdzić, w którą stronę płynie prąd oraz z jaką siłą. Od tego zależy jak zaplanowane i przeprowadzone będzie to miejsce nurkowe. W Meksyku nie ma tego problemu. Prąd jest w jedną albo drugą stronę, dzięki rafie barierowej masz wrażenie, że płyniesz wzdłuż ściany.

A gdzie jeszcze chciałabyś nurkować?

Na Galapagos – to chyba marzenie każdego nurka. Istnieją takie dwa stworzenia, które chciałabym zobaczyć pod wodą: rekiny młoty i wieloryby humbaki. Humbaka widziałam wcześniej na Islandii, ale tylko z łodzi, a chciałabym z nim nurkować. Najlepszym miejscem, aby je spotkać, są okolice wysp Tonga na Pacyfiku. Niestety to bardzo daleko i dotarcie tam jest bardzo drogie. Młoty mam nadzieję, że zobaczę w kwietniu. Co prawda sezon na nie minął, ale może jakiś się zabłąka. A jak nie, to można je też spotkać na Galapagos. W Afryce Południowej, w RPA, odbywa się Sardine Race. To okres, kiedy ławice sardynek przepływają i w tym czasie rekiny atakują je od dołu, a z góry próbują je złapać ptaki. Sardynki są w potrzasku, ale podobno dla nurków to niesamowite widowisko.

 

wrozjazdach_gen podróżnika

 

A czy to jest bezpieczne?

Raczej tak. Jeśli przestrzega się zasad bezpieczeństwa. W sumie często dostaję takie pytania, bo naokoło naszej wyspy mamy z 15 rekinów. Małych, zupełnie niegroźnych. Ale na urodziny wybieram się na nurkowanie z żarłaczami tygrysimi i musiałam już tatę uspokoić. Moja mama się o mnie nie martwi, ale tata obgryza paznokcie ze stresu. Na szczęście wszystko jest pod kontrolą. Są określone zasady bezpieczeństwa, to płytkie nurkowanie, nigdy nie było ataku na człowieka i nigdy nikt tam nie zginął. Kiedyś byłam przewodnikiem na nurkowaniach z żarłaczem tępogłowym. To duże rekiny, więc można się zacząć stresować.

Widziałam, jak się moi klienci, moi goście zachowywali, czasami stresowali, ale umieli kontrolować emocje. Nie czułam się ani trochę zagrożona. Jak sobie myślę o nurkowaniu z żarłaczami białymi w klatkach w RPA, to ze względów etycznych chyba bym się nie zdecydowała. Rekiny nie atakują, gdy nie czują się zagrożone, więc nie powinno się wpływać na ich terytorium, zaczepiać ich, prowokować, podpływać, kiedy one jedzą. Nie powinno się też ich dotykać, podobnie zresztą jak innych stworzeń, bo to może spowodować u nich agresję, my możemy je skrzywdzić, a one nas.

Tego można się w sumie spodziewać. A jak ludzie zachowują się podczas nurkowania?

Pod wodą trochę inaczej zachowuje się człowiek. Ludzie się ekscytują, czasami się boją lub czują się zagrożeni. Takim książkowym przykładem paniki pod wodą jest zdjęcie maski, wyplucie automatu, wstrzymanie oddechu i wystrzelenie do góry. Zrobienie każdej z tych rzeczy może być niebezpieczne w skutkach. Uszkodzone płuca, co może grozić śmiercią, możesz się udusić, zakrztusić wodą, możesz się utopić to najgorszy scenariusz. Ale tak działa człowiek, że wydaje się, że ekwipunek go ogranicza. Dopóki się tego nie wytrenuje, to panika może się zdarzyć. Wszyscy obowiązkowo ćwiczą: zdejmij maskę pod wodą, wyjmij regulator pod wodą, włóż go z powrotem. Ale w panice człowiek myśli inaczej.

Miałaś kiedyś do czynienia z atakiem paniki u Twoich nurków?

Zdarzali się. Jeden nurek mnie kiedyś pobił pod wodą. Spanikował, ja go próbowałam trzymać, aby nie wyskoczył do góry. Zaczął mnie okładać pięściami. To był duży koleś, amerykański strażak. Później mnie oczywiście przepraszał. Innym razem miałam doświadczonego nurka, który chciał wystrzelić z 30 m w górę, ale udało mi się go opanować. To są ekstremalne sytuacje, z którymi się spotkałam podczas 2 nurkowań z ponad 1200, które odbyłam.

 

wrozjazdach_gen podróżnika
foto from: Dressel Divers International

A zdarzały się problemy ze sprzętem?

Kiedyś chłopakowi zepsuł się automat pod wodą. Automat ma manometr, który pokazuje, ile masz powietrza. Nurkowanie zaczyna się od dwustu barów. Przy 50 barach powinno się zakończyć nurkowanie. Chłopak się nie zorientował, że igła w jego automacie jest nieruchoma od jakiegoś czasu. Pytam się go, ile ma powietrza? Odpowiada, że 90. Oznaczało, że mieliśmy jeszcze trochę czasu. Po chwili przypłynął do mnie i pokazał, że nie ma powietrza. Dałam mu swój zapasowy, bo nurek ma zawsze dwa automaty i skończyliśmy nurkowanie. Później się okazało, że sprzęt był wadliwy. Dbaj o swój sprzęt, a on zadba o ciebie pod wodą.

Na szczęście jesteś przeszkolona jak reagować w takich sytuacjach, ponieważ uspokojenie osoby pod wodą, która zaczyna panikować, może okazać się trudne. Masz w sobie ogromną ciekawość świata i różnych miejsc, Twoja siostra też dużo podróżuje, ale robicie to zupełnie inaczej. Czy według Ciebie są cechy charakteru, które determinują, że będziesz podróżowała i w jaki sposób?

Myślę, że to na pewno kwestia charakteru. Jesteśmy bliźniaczkami, obie podróżujemy i można powiedzieć, że wyssałyśmy to z mlekiem matki. Ale my od zawsze byłyśmy inne. W byciu bliźniakiem ważne jest, aby zachować swoją tożsamość i osobowość, bo ludzie traktują bliźniaki jak jedną osobę. Urodziłyście się tego samego dnia, to na pewno jesteście takie same. Ania bardziej zwracała uwagę na wygląd i blog modowo – lifestylowy, który prowadzi, to jej osobowość. Zawsze bardziej ją niż mnie cechowała przedsiębiorczość, stąd też jej wielki sukces życiowy i osobisty. Obie ciężko pracujemy, ale w inny sposób. Ja robię wszystko po kolei: znajduję pracę, przeprowadzam się i siedzę tam przez rok.

Ania podróżuje inaczej i trochę determinuje to jej pracę. Moje życie zawodowe każe mi siedzieć w miejscu. Nauczyciel angielskiego też dużo nie zarabia, więc moje podróże związane były z budżetem, którym dysponowałam i często kończyło się na wyjazdach backpackerskich: gdzieś stopem, u znajomych na kanapie lub pod namiotem. Czasami nie mogłam pozwolić sobie na wyjście do baru, kupowaliśmy piwo i piliśmy na krawężniku. Teraz mieszkam w 5-gwiazdkowym hotelu, ale moje życie to nie ten sam standard co gości hotelowych. Mój pokój, który dzielę z koleżanką, jest mniejszy niż pokój w akademiku. Łazienkę dzielimy między 8 dziewczyn. Także mimo tego, że mamy zupełnie inne sposoby podróżowania, bardzo dobrze się w nich odnajdujemy.

Jaka Twoim zdaniem jest najważniejsza cecha osób podróżujących?

Tak sobie myślę, że aby podróżować, to trzeba być wytrwałym. Wytrwałym w swoich postanowieniach. Cały czas spotykam ludzi, od których słyszę że też by tak chcieli, „ty to masz super, bo masz pracę jak nieustające wakacje”. A to po prostu praca i każdy raj powszednieje. Ja nie leżę na plaży i nie piję kokosów. Od 2 tygodni nie miałam dnia wolnego. Ostatni mój wolny weekend miałam w 2014 r., a później miałam najwyżej jeden dzień przerwy. Pracuję przeważnie od 8.30 do 18.00.

W Meksyku praca zaczynała się o 7.00, a kończyliśmy niby o 17, ale nigdy tak nie było. Centrum nurkowe zamykaliśmy o 18, a droga powrotna do domu zajmowała kolejne 30 minut. W dzień wolny przeważnie śpię, robię pranie, dzwonię do rodziny i staram się pisać. Bez względu na to, czy jestem na Malediwach, czy byłam w Meksyku. Takie życie wybrałam, ale to nadal życie, nie jest wolne od zmartwień, zmagań czy trudów.

Czyli aby zrealizować marzenia, trzeba być wytrwałym?

Trzeba być wytrwałym, aby te marzenia osiągnąć. Bo Marzenia się nie spełniają ot tak. Trzeba o nie walczyć i pewną cenę zapłacić. Podróżuję, nurkuję i robię to, co kocham, ale zawsze przebywam z dala od rodziny, od przyjaciół. Mojej siostrzenicy jeszcze nie widziałam, a urodziła się w sierpniu. Różne rzeczy mnie omijają. Trzy moje przyjaciółki wzięły ślub, każda mnie poprosiła o bycie świadkową, żadnej nie widziałam na żywo w sukni ślubnej. Także cena jest wysoka, ale mam tego świadomość.

Moje nurkowanie również wymaga zaangażowania, wielu godzin pracy i dużych pieniędzy. Nauczycielka angielskiego nie zarabia kokosów, więc musiałam je odłożyć. Stąd picie piwa na krawężniku, a nie chodzenie na imprezy, bo ważniejsze było dla mnie nurkowanie. Oczywiście rodzina mi pomogła, za co bardzo im dziękuję, ale wiedzieli, że to nie jest tymczasowy kaprys. Mają świadomość, że moją najbliższą przyszłość uzależniam od nurkowania, od miejsc, gdzie mogę zejść pod wodę, gdzie mogę dostać pracę. Oni wiedzą, że temu się poświęcam.

wrozjazdach_gen podróżnika

 

A nie jesteś samotna?

Trzeba lubić być ze sobą. 2 tygodnie wakacji to nie emigracja. Zupełnie inaczej siedzi się samemu kilka lat za granicą. Ludzie się zmieniają. Podczas pół rocznego pobytu w Meksyku zespół w pracy zmienił się trzy razy. Teraz na Malediwach średnio co cztery miesiące ktoś przychodzi lub odchodzi, a ja nie mam tutaj wielu znajomych. Odejście jednej osoby robi różnicę. Teraz moja współlokatorka się wyprowadza, kończy jej się kontrakt i to dla mnie wielka zmiana. Więc trzeba lubić być samą ze sobą i na pewno trzeba umieć się dostosować do wszystkiego, łącznie z tym, że na śniadanie je się noodle i curry. Dzień w dzień. Przez prawie 365 dni w roku. W Meksyku były tacos.

Ja będąc w Wietnamie tęskniłam za schabowym.

A ja, gdzie bym nie była, zawsze tęsknię za serem. Ser: żółty, biały, pleśniowy, brie, dojrzewający, cheddar, zawsze brakuje mi sera. A do tego lubię wino, a ostatnio piłam je w sierpniu. Na Malediwach alkohol jest nielegalny, grozi za to nawet 30 lat do więzienia. Można pić tylko w hotelach, ale ja nie mogę korzystać z baru dla gości. Mamy swój bar dla obsługi, który otwierają codziennie od 21.00 do północy, ale dzisiaj jest zamknięty, bo piątek to dzień modlitw.

Trzeba być mega otwartym i umieć akceptować specyfikę i inność danego kraju.

Zdecydowanie. W Meksyku przez rok żyłam bez ciepłej wody. Nie miałam jej ani w pracy, ani w domu, bo dzięki temu mieszkanie kosztowało 100 dolarów miesięcznie mniej. Wiesz jak zimno jest zimą, gdy nie ma ogrzewania i ciepłej wody? Domy są z dziurami, np. przy prysznicu, bo to są otwory wentylacyjne. Podłoga ma szpary, okna są cienkie albo ich brak lub występuje tam siatka. Budynki nie są dostosowane do zimna. Spędzam cały dzień nurkując i nieważne jak ciepła jest woda (zimą ok. 25 stopni), to po 4, 6, 8 godzinach robi się człowiekowi zimno. Na dużej głębokości ogarnia człowieka przenikający chłód. W Chinach też tak miałam i używałam termoforów. W Gruzji nalewałam wrzątku do butelek i się okładałam nimi w łóżku.

 

wrozjazdach_gen podróżnika

 

I to są właśnie te rajskie podróże. W końcu wrzucasz piękne fotki z niebieską wodą, malowniczą plażą i najdziwniejszymi morskimi zwierzętami.

Pewnie niewiele osób zauważyło, że tutaj zdjęcia są robione tylko z trzech miejsc, bo tylko do nich mam dostęp. To wyspa, ale my nie mamy plaży. Możemy wejść tylko na malutki kawałeczek, a wszystko inne udostępniane jest jedynie gościom.

A sama wybierasz sobie kolejne miejsce do życia?

Dokładnie tak. Ale nie zawsze znajduję tam, gdzie bym chciała. Tutaj trafiłam, bo właśnie na Malediwach była praca. Wcześniej mieszkałam w Tajlandii, ale tam również nie planowałam. Chciałam pojechać do Tanzanii, ale akurat panowała epidemia eboli w Afryce i projekty nie ruszyły. Nie ważne, że na drugim krańcu kontynentu, ale opinia publiczna uważała, że skoro w Afryce to w każdym jej zakątku. Później zaproponowano mi Galapagos, ale musiałam odmówić. Umówiłam się z firmą, że za rok. Niestety rok później mieli komplet zespołu i zaproponowano mi Fidżi. Teraz moim priorytetem jest nurkowanie zatem miejsce zamieszkania uzależniam od tego.

wrozjazdach_gen podróżnika

A poleciłabyś komuś życie podróżnika?

Pewnie! Ja uwielbiam moje życie. Ono nie jest różowe, ale oceniam je jako doskonałe w swej niedoskonałości. Bardzo lubię się uczyć, poznawać różne miejsca i stawiać sobie wyzwania. Widzę w sobie ogromną przemianę przez te 8 lat, moja rodzina i przyjaciele też to zauważyli. Doceniam, jak to buduje charakter i pomaga w życiu. Z podróżowaniem jest trochę tak, jak z wchodzeniem na górę: droga może nie jest idealna, są piękne widoki, ale głównie to pot, ulewa, wiatr, inni turyści. Ale jak już wejdziesz na szczyt, to widzisz wszystko z góry i przede wszystkim czujesz swój osiągnięty cel. Tak samo mam z podróżami, choć wiem, że one nie są dla każdego i takie życie nie każdemu odpowiada, ale uważam, że warto spróbować.