Co można robić we Florencji?

Florencja przechodziła swój największy rozkwit w momencie, gdy w Polsce jeszcze rozkminiano, w jaki sposób pokonać Krzyżaków i dochodziło do potyczek pod Grunwaldem. Tak więc na nudę nie da się tam narzekać. Dokładnie w XV wieku, czyli włoskim quatrocenta, ulicami miasta przechadzał się Michał Anioł, Leonardo da Vinci i Botticelli, a w 1504 r. z pobliskiej Umbrii przyjechał również Rafael.

 

To był czas, w którym artyści na płaskich obrazach starali się przedstawić trójwymiarowość świata. Najbardziej niesamowite jest to, że te piękne pałace i zapierające dech w piersiach kościoły stoją sobie do dzisiaj, ponieważ nikt ich nie zburzył. Trochę mniej szczęścia miały mosty, które Niemcy wysadzili w ’44. Hitler zakochał się jednak w Ponte Vecchio, czyli Moście Złotników i mimo, iż ładunki wybuchowe zostały już pod nim podłożone, most „łaską pańską” ocalał.

 

Dlaczego Florencja?

Myślę, że to jest dobry moment, aby opowiedzieć Wam, co mnie do tej Florencji ściągnęło. Otóż w latach 1449 – 1494 (z małymi przerwami na zlecenia innych włoskich miast) mieszkał tam malarz, którego dzieła bardzo chciałam zobaczyć. Domenico Ghirlandaio malował w niezwykle ciekawy, plastyczny sposób. W jego obrazach możemy podpatrzeć sceny z życia tamtejszych mieszkańców Florencji. Swój złoty czas miał w latach 80-tych. Wtedy też przez chwilę był w Rzymie, aby w kaplicy Sykstyńskiej namalować dwa freski – Powołanie św. Piotra oraz Zmartwychwstanie Chrystusa.

 

Przybyłam.

Na dworcu przytłoczyła mnie ilość ludzi. Nie dało się zrobić kroku, bez bycia trąconą lub popchniętą. Namierzyłam więc hotel i szybko zniknęłam w bocznych uliczkach. Dotarłam w 5 minut (jak się później okazało, wszędzie miałam od 5 do 10 minut, no może do wszystkiego za rzeką trochę dłużej). Oczom moim ukazały się olbrzymie, drewniane drzwi.

 

 

Nacisnęłam guzik domofonu, drzwi zaskrzypiały i wślizgnęłam się do środka. Klatka schodowa była magiczna, czułam się jak w zamku. Wielkie marmurowe schody, cudowne zdobienia, przepięknie kute poręcze. Niestety pokój odbiegał od standardów klatki, ale miał prysznic 😀 Szybko więc skorzystałam i poszłam zdobywać miasto.

 

Kaplica Medyceuszów

Z hotelu weszłam prosto do kaplicy Medyceuszów, znajdującej się jakby na tyłach bazyliki San Lorenzo, uznawanej za najstarszy kościół Florencji. Znajdują się tam groby 50 członków rodziny Medyceuszów.

 

 

 

Było blisko i na dodatek za darmo. Później dowiedziałam się, że zaprojektował ją Michał Anioł. Niestety nie skończył, bo w 1534 r. wezwali go do kontynuowania pracy w Kaplicy Sykstyńskiej w Rzymie.

 

Pierwsze komnaty do najciekawszych nie należały, bo można tam było podziwiać hostie z różnych wieków. Na tym się akurat za bardzo nie znam. Poszłam tam, gdzie strzałka wskazywała dorobek Michała Anioła. Trochę tam błądziłam, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że kaplica zapiera dech w piersiach.

 

 

Później już tylko jarałam się rzeźbami Michała Anioła, które jako pierwsze zobaczyłam na własne oczy. Jest czad.

 

Musiałam tylko rozkmninić, która to która, ale pomysł, że oba grobowce zrobione zostały na zasadzie przeciwieństw, dwóch spojrzeń na życie, bardzo mi się podoba.  Zmierzch i Jutrzenka (po lewej) to nagrobek Wawrzyńca II Medyceusza. Pogrążonemu w myśleniu, z twarzą w cieniu, towarzyszą postaci z tej części doby, w której obecność słońca jest niepełna, kiedy wszystko jest niedoświetlone, a świat zanurzony jest w kontemplacji. Dzień i noc (po prawej) to to mauzoleum Juliana Medyceusza, aktywnego wodza, chętnego do działania.

 

Zmierzch i Jutrzenka / Dzień i noc Michała Anioła

 

Pomiędzy grobowcami znajduje się

 

Kaplica Medyceuszów przez kilkaset lat ukrywała w swoich piwnicach rysunki nieznanego autorstwa. W 2017 roku zostały one przypisane przez historyków sztuki Michałowi Aniołowi i ujrzały światło dzienne. Historia głosi, że narysował je, gdy ukrywał w piwnicach kościoła przed karą śmierci za udział w buntach przeciwko rządom Medyceuszów.

 

 

Idę dalej – Florencja sama się nie zwiedzi

Postanowiłam zawęzić zwiedzane obiekty do miejsc, gdzie znajdę twórczość Ghirlandaia, ale niestety, Leonardo da Vinci też mnie pociąga 😉 Weszłam więc do Muzeum Leonarda da Vinci. Warto zobaczyć te eksponaty. I zastanowić się, jaką ten człowiek miał głowę! Przecież to kosmos!

 

 

Wychodzę, skwar już jest straszny, bo ok. 35 stopni, mimo iż jest końcówka września. Zmierzam w kierunku kościoła San Marco, ale niestety odbijam się od drzwi. Dzisiaj jest piąta niedziela miesiąca, czyli zamknięte. Musze wrócić następnego dnia.

 

 

Opadłam z sił. Dała mi się we znaki średnio przespana noc (o szczegółach nocy w hostelu i zwiedzania Pizy możecie przeczytać tutaj), więc postanowiłam wrócić do hotelu. Drzemka. Często na wakacjach czuję, że szkoda czasu na odsypianie, ale tym razem zaplanowałam nocne szwendanie się ulicami i musiałam odzyskać energię. Zamykam trzeszczące okiennice i lulu. Pół godziny mnie nie zbawi.

 

Florencja – czego nie można przegapić?

Szybki prysznic i zasuwam w stronę rzeki. Po raz kolejny dech w piersi mi zapiera… tym razem Katedra Santa Maria del Fiore! Nie mam słów, aby ją opisać. Jest przepiękna, olbrzymia i jeszcze jak ma się świadomość, ile lat powstawała kopuła, którą zawdzięczamy Filippowi Brunelleschiemu. Wiecie, że ona jest większa nawet od Panteonu? Szok.

 

 

Idę dalej, mijam miliony turystów, wkurzam się bardzo, bo zdjęcia zrobić się nie da, bo wąsko, ale też dlatego, że co chwilę ktoś Cię szturcha. Mijam sklepy Versace i Armaniego. I jest! Galeria Uffizi. Chciałam do niej pójść we wtorek (uwaga, w poniedziałki nieczynna), ale nie mogłam się oprzeć. Po okazaniu legitymacji przemiły pan z obsługi wpuszcza mnie pod linkami. Jaram się nieustannie.

 

 

Szybko się okazuje, że to nie był najlepszy pomysł, bo po kilku salach rozładowuje mi się aparat, a bateria w telefonie zaczyna migać. Wiem jak wrócić do hotelu, więc zrelaksowana zwiedzam dalej. Z każdą godziną jest przyjemniej, bo turyści poszli już na wieczorną szamkę. Poza tym nie muszę uwiecznić wszystkiego. Ważne, abym mogła na spokojnie podziwiać obrazy, które mnie interesują (dlatego fotki poniżej są robione telefonem, bo do galerii już nie miałam czasu wrócić :/).

 

 

To, co najważniejsze, mam 😀

 

Wiosna, Sandro Botticelli, 1470–1482

 

 

Narodziny Wenus, Sandro Botticelli, 1485

 

Doni Tondo, Michał Anioł, 1504–1506

 

Domenico Ghirlandaio też był w Galerii Uffizzi, ale pokażę Wam jego obrazy w kolejnym poście, abyście mogli porównać sobie wszystkie jego dzieła. A co! Taka mała lekcja historii sztuki 😉

 

Jedzenie to nie jest moja mocna strona

Po wyjściu postanowiłam znaleźć coś do jedzenia, ale niestety nie mam nic do zarekomendowania. Wiem, że sporo ludzi podróżuje do Włoch tylko w jednym celu ;), ale ja zjadłam średnio smaczny i dość drogi makaron. Poza tym jadłam go sama i zdałam sobie sprawę, że z powodu kawy i posiłków zmuszona jestem podróżować z kimś, a najlepiej w doborowym towarzystwie 🙂

 

Teraz jak na to patrzę, to stwierdzam, że wygląda całkiem nieźle. Może mój nastrój wpłynął na smak?

 

Zwiedziłam jeszcze Mercato Centrale, ale poza architekturą nic szczególnego tam nie znalazłam.

 

 

Wieczorem wyłączyłam nawigację i chodziłam sobie ulicami miasta.

 

 

Było to bardzo przyjemne, bo temperatura oscylowała wokoło 20 stopni. Ludzi było zdecydowanie mniej, ale ten uroczy knajpowy gwar wciąż mi towarzyszył. Przeszłam się nad rzekę, a w drodze powrotnej nabrałam ochoty na lody. Gdy się okazało, że kosztują w granicy 8 euro, postanowiłam sprawdzić czy jest szansa na lody na polską kieszeń. I się udało. W małej uliczce, niedaleko kaplicy Medyceuszów znalazłam punkt, gdzie 2 gałki lodów kosztowały 4 euro. To wciąż dużo, ale czułam, że tyle mogę zapłacić.

 

 

Szczęśliwa położyłam się spać, aby kolejnego dnia podążać szlakiem obrazów Ghirlandaio.