Gen Podróżnika a dziedziczność - rozmowa z Ewą - Mewą w locie

Wracam do Was z kolejnym wywiadem. Po Ani, Agnieszce, Martynie i Weronice, przyszedł czas na Ewę (Mewa w locie). W jej przypadku Gen Podróżnika z całą pewnością nie został odziedziczony. Jak to się stało, że spakowała plecak i poleciała do Tajlandii? Czego się boi najbardziej i co ją jara? Przeczytajcie :)

Jak to się stało, że zaczęłaś podróżować?

W sumie to nie wiem, bo u mnie w domu nikt nie podróżuje. Mam całą rodzinę domatorów. Mama nie rozumie wyjazdów, wyciągnąć gdzieś moją siostrę to jakaś jazda. Także nie wiem, po kim to mam.

Zaczęło się przypadkiem od wyjazdu do Tajlandii. Mieszkał tam mój znajomy i któregoś dnia napisał, że są bilety czarterowe za 500 zł. I to była moja pierwsza w życiu samotna podróż i na dodatek do Azji.

Kiedy to było?

Stosunkowo niedawno, bo cztery albo pięć lat temu, ale dla mnie to było coś. Jestem laską ze wsi, nigdy nie miałam wakacji, nigdy nigdzie nie jeździłam. No dobra, miałam trip ogórkiem po Europie, ale dotarliśmy tylko do Amsterdamu i się zepsuł. Niby mnie nosiło, ale nie miałam tak, jak niektórzy moi znajomi, którzy całe życie gdzieś wyjeżdżali, coś robili, coś widzieli. Ja nie byłam nigdzie. Raz tata zabrał nas na rodzinną wycieczkę do Lichenia.

Znam te emocje, też jako dziecko miałam podobną historię :D

Chciałabym to podkreślić: do Lichenia! Na zdjęciu pamiątkowym wszyscy pozujemy, a mój tata trzyma obraz Maryi. Najlepsze jest to, że nigdy nie był super religijny.

Zdecydowałaś się jednak samodzielnie pojechać do Tajlandii…

To był dla mnie jakiś kosmos, ta odwaga i w ogóle. Mój znajomy mieszkał w Chiang Mai, a ja wylądowałam w Bangkoku. Nie wiedziałam, czy się dogadam, czy cokolwiek ciekawego się tam wydarzy, ale byłam tak podjarana i dumna z siebie wewnętrznie, że mi się to udaje ogarnąć. Wyszłam z lotniska w Bangkoku, ogarnęłam taksówkę i pojechałam w miejsce, gdzie stały autobusy. Sprawdziłam bilety, wiedziałam o której jest odjazd. Potem dogadałam się z taksówkarzem, aby mi zrobił objazdówkę po mieście. Wszyscy mnie straszyli, abym pamiętała o uruchomieniu taksometru, ja oczywiście pojechałam bez i pan taksówkarz na koniec oddał mi część pieniędzy dlatego, że jestem taka uczciwa i że mu zaufałam. No hit! Ja mam z Tajlandii super wspomnienia.

Gdzie pojechałaś po Bangkoku?

W nocy pojechałam do Chiang Mai. Znajomy dużo pracował, więc miał dla mnie mało czasu. Wszędzie chodziłam sama i byłam z siebie bardzo dumna. Tam po raz pierwszy poczułam głód podróży. Właśnie tam rozbuchała we mnie chęć podróżowania, te emocje i podjarka, że sobie idę ulicą, a tu palmy :D Ja nie wiem, czy ja wcześniej widziałam palmy… Chyba nigdy.

Dla mnie to była taka największa przygoda życia. Znajoma kumpla, z którą się zaprzyjaźniłam, zabrała mnie na wycieczkę do dżungli. Jadłam tam jakieś mrówcze jaja. Byłam mega podekscytowana.

Ale na Tajlandii się nie skończyło...

Wróciłam, miałam nocleg w Polce i od razu poleciałam do Barcelony. Jeszcze z głową w Tajlandii, taka podekscytowana. Wewnątrz mnie obudziło się dziecko, które się mega cieszyło ze wszystkiego, co je otacza. Że totalnie inny świat, że sama, że taki długi lot. To było dla mnie niesamowite. I jeszcze ten maraton, że przylatuję, przepakowuję się i lecę dalej, sprawiło, że zaczęłam chcieć więcej. Od tego się wszystko zaczęło.

Pracowałaś w Niemczech, byłaś w Tajlandii, ale co się stało,
że pokochałaś podróże? Czego oczekiwałaś?

No chyba właśnie niczego. Byłam takim dzieciakiem, który nie widział świata i mnie ciągnęło do wszystkiego. Nie miałam oczekiwań, że coś się gdzieś wydarzy albo że coś konkretnego zobaczę. Mój znajomy mieszkał w Hiszpanii i zaprosili mnie do siebie. Jak tam leciałam, to czułam się totalnie w innym świecie: palmy, dwie wody spotykające się w Tarifie i świadomość, że tam gdzieś płynie prom do Afryki… To było dla mnie tak niepojęte! Czułam się jak dziecko, które czytało o tym w książkach, ale to nie mogło istnieć naprawdę. Nagle znajomy mi mówi, że z miejsca, na które patrzę, wypływają promy do Afryki. To się nie dzieje! Afryka? Przecież ona jest tak daleko.

Podróżowanie bez oczekiwań było bardzo fajne.

Chciałam zobaczyć jak najwięcej, ale nie mogło mnie nic rozczarować, bo ja nie wiedziałam, jak to może wyglądać. A ponieważ muszę być we wszystkim najlepsza, widzieć jak najwięcej i jestem taka mega zachłanna, miałam motywację do zobaczenia kolejnego miejsca, gdy wszyscy z ekipy byli już zmęczeni.

A na jakiej podstawie wybierasz kolejne miejsca?

To są czyste przypadki. Tanzania i Kilimandżaro to cudowny przypadek. Byłam na podwieszanych namiotach w Himalaya Base Camp, poznałam grupę zajebistych lasek, z którymi się na maksa skumałyśmy. Później podczas majowej wędrówki po Tatrach i jedna z nich rzuciła, że przed trzydziestką chce wejść na Kilimandżaro. Ale gdzie, skąd pieniądze, kiedy? Plan zakładał wyprawę we wrześniu. Byłam tak, przerażona, że nie mogłam podjąć decyzji. Wahałam się do ostatniej chwili, ale wiedziałyśmy, że finalnie powiem: TAK. Mimo wszystko sama nie mogłam w to uwierzyć.

W tym roku udało Ci się spełnić jedno ze swoich dużych marzeń...

Tak, były to lasy Amazonii. Odkąd oglądałam Cejrowskiego, latającego po lasach na boso albo w gumiakach, chciałam to zobaczyć. Kilka lat temu poznałam Ewę, która miała dokładnie takie samo marzenie. Ale lata mijały, nic się nie działo. W końcu Ewa do mnie dzwoni: musimy robić Peru. Jedziecie z nami czy nie? Jak mamy jechać? Nie ma forsy, nie jesteśmy przygotowani, temat umarł. Dzwoni do nas za jakiś czas i znów mówi, że musimy jechać. No i się zdecydowaliśmy.

To są cudowne przypadki też dlatego, że spotykam super ludzi na swojej drodze.

Osobiście bardzo lubię zimne kraje, góry, więc chętnie wybieram takie regiony. Szwajcaria była taką destynacją, gdzie bardzo chciałam jechać. Bardzo, bardzo, bardzo. Jak się trafiła okazja, to nie miałam wątpliwości. Islandia też mnie zachwyciła – ta zmienna pogoda, chłodny klimat. Już mieliśmy śnieg. Gdy lecieliśmy do Stavanger w Norwegii, to też byłam strasznie napalona.

A co z takim krajem jak Włochy? Widziałam, że dość często tam bywasz...

Włochy też mi się bardzo podobają, choć jeżdżę tam głównie dla jedzenia. Kocham makaron, kocham pizzę, w ogóle kocham żreć. Jest tam bardzo przyjemny klimat. Staram się wybierać mniej popularne destynacje (o ile takie jeszcze istnieją).  Jak otworzyli Bari i byłam tam 2 czy 3 lata temu, nikt jeszcze tam nie latał. Miałam taką podjarkę, ze fajnie, że jeszcze nigdy o tym nie słyszałam. Zobaczyłam tani bilet i to było to Bari.

Como też chciałam zobaczyć ze względu na góry. Nadmorskie tereny raczej nie, bo ja się po prostu boję wody. Nie wchodzę do mórz, bo mam stracha, że mnie porwie prąd albo coś. Trochę umiem pływać, poruszam się przód, tył. Ale się cykam. Co innego górskie wędrówki, gdzie mogę się zmęczyć, przetyrać, nie mieć siły ruszyć palcem. Lubię to.

Ostatnio byłaś w Umbrii. Co o niej myślisz?

Bardzo mi się spodobała. Wodospad w Terni i okolice tego miasta. Nie mam w ogóle stamtąd zdjęć, bo po pierwsze byłam kierowcą, a po drugie na zdjęciach nie było widać tego piękna i się wkurzałam. Ale cała droga, wielkie zielone góry, ścieżki strome i kręte. Cała Umbria jest tak mało doceniana, a to jest naprawdę przepiękny region. Okolice Narni z położonymi w lesie turbo błękitnymi wodami, gdzie się można kąpać.

Czego tak na prawdę szukasz w podróżach? Co sprawia Ci największą radość?

Myślę, że właśnie to karmienie ciekawości. I świadomość, że nowe czeka za rogiem, że jestem cały czas taka niepewna. Z jednej strony możesz się na coś przygotować, ponieważ świat jest zalany zdjęciami. Możesz sobie wszystko zobaczyć. Ale nikt nie zabierze Ci emocji, które tam powstaną. Właśnie tego dzieciaka, ciekawego, który nie może złapać tchu stojąc na punkcie widokowym albo idąc pod górę, który nie może uwierzyć w to, co widzi. Każde  zobaczone miejsce podsyca moją potrzebę podróżowania.

Zawiodłaś się kiedyś?

Tak… na Islandii. Chociaż to jest jedno z moich ulubionych miejsc, to zorza polarna w wielu przypadkach nie wygląda jak na zdjęciach. Wiadomo, że to zależy od zorzy - bywają bardziej i mniej intensywne. My mieliśmy takiego farta, że widzieliśmy ją trzy lub cztery razy, ale specjalnie celowaliśmy w okres zimowy. No niby każdy Ci mówi, że zdjęcia są specjalnie naświetlane, długi czas, itp. Ale jedziesz i okazuje się, że zorze nie są aż tak spektakularne, jak oczekiwałaś.

Pewnie teraz dużo ludzi mnie zhejtuje, bo jak ktoś widział piękne zorze, to być może mają tak intensywne kolory. W tym samym czasie, w którym my byliśmy, byli inni ludzie i widziałam ich zdjęcia - ich zorza była ekstra, super naświetlona, zielona, podkolorowana, taka fest zorza z marzeń. My wiemy, że ona w realu aż tak nie wyglądała. To nie było jakieś wielkie zawiedzenie, ale to nie było to.

Może takie istnieją ? A czego się boisz w podróżowaniu?

Ja jestem wiecznie wydygana :D Niby taki chojrak ze mnie, ale dużo mam rzeczy, których się boję. Na przykład denerwuję się jak wypożyczam samochód, że coś się z nim stanie. I nieważne, że mam pełny pakiet ubezpieczenia. To nie ma znaczenia. Jak byłyśmy z koleżanką w Toskanii i Umbrii i jechałyśmy taką szutrową drogą, to 30 km/h i więcej nie pojadę. Bo na pewno coś się zniszczy. Po prostu mam łeb panikary jeżeli chodzi o rzeczy związane z odpowiedzialnością. Ale nie boję się kradzieży, staram się być odpowiedzialna i czujna, ale z natury jestem bardzo ufna. Po prostu nie przekreślam ludzi z góry.

Boisz się chodzić samej po nocy?

Raczej się nie boję. Byłam kiedyś sama nad Como i do 22.30 nie mogłam się dodzwonić do hotelu, który wcześniej zarezerwowałam. Hotel znajdował się na górze, 6 czy 7 km od centrum miasta. Był grudzień, w Bellagio o tej porze roku nic się nie dzieje. Musiałam się napić wina i przemyśleć, co teraz zrobić. Niedaleko była winiarnia, więc poszłam sprawdzić.

- Jakie wino? - pyta typek za ladą

- Jakieś takie na dobre myślenie – odpowiadam.

Od słowa do słowa opowiedziałam mu całą historię. Siedziałam u niego z godzinę i rozmawialiśmy. W międzyczasie wysłałam do tego hotelu maila, ale nie dostałam odpowiedzi. Znalazłam nowy pokój, bardzo drogi. Gdy weszłam do środka zadzwonił do mnie ktoś z hotelu.

- Człowieku, już mam nerwy zszarpane, mieliście napisane na stronie, że możecie po kogoś podjechać, nie można się do was dodzwonić.

Po 20 minutach podjeżdża ten typ, skóra, długie siwe włosy, związane w kucyk, dwuosobowy, niski, czarny sportowy samochód. Mój mały plecaczek nie mieścił się nigdzie, musiałam go wziąć pod nogi. Taką miał furę… No i wsiadłam. Wysłałam tylko do domu lokalizację, w co wsiadam i pojechałam. Znajomi twierdzili, że dobrze, że im wysłałam lokalizację, bo przynajmniej by wiedzieli, gdzie szukać zwłok. Tylko tyle mogliby mi pomóc ?

Ale warto było?

No jasne, to jest najlepszy hotel. Zapłaciłam bardzo mało, a on był na górze, z widokiem na jezioro i na wschód słońca. Ja tam umarłam ze szczęścia. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Weszłam na balkon, oglądałam, robiłam zdjęcia, cieszyłam się. No dobra, ile można siedzieć na balkonie, przecież już wszystko widziałam. Wracam, siadam w pokoju… A, jeszcze raz sobie wyjdę :D I tak z dwadzieścia razy wychodziłam i wchodziłam. Każdemu znajomemu wysyłałam inny filmik z widokiem ?

Także niewielu rzeczy się boję w podróży. Jestem panikarą, że coś się zepsuje i aby mi nikt nie kazał pływać. Zwłaszcza we wzburzonym morzu. Lubię na nie patrzeć, ale nie chciałabym w nim pływać, bo się boję, że mnie porwą fale.

Czyli jeszcze może Cię spotkać morska przygoda. W końcu na jachtach nie musisz dotykać wody ? A masz podróżnika, który Cię inspiruje?

Chyba nie… Obserwuję różnych ludzi. Myślę, że lubię coś w Cejrowskim, lubię to takie boso, takie dziko. To jest moje. Wiadomo, że dużo rzeczy jest pod program, ale  podziwiam to próbowanie różnych rzeczy, otwartość, mniejszy lęk.

Jak byłam w lasach w Amazonii, pływałam, chodziłam, ale gdyby mi ktoś powiedział, że jedziesz do Amazonii i tylko z przewodnikiem zostajecie tam przez dwa tygodnie, to idę w to jak w dym. Cejrowski właśnie opowiada o takich historiach, gdzie szedł, kogoś spotkał i dużo się działo. Takie podróżowanie jest dla mnie ekstra, to są historie, które naprawdę chciałabym przeżyć. Trochę dzikie, trochę niebezpieczne, miejsca, gdzie jeszcze nigdy nikt nie dotarł i ten świat jest nieznany.

A jako dziecko obserwowałaś kogoś? Oglądałaś programy
podróżnicze?

Ja nie byłam takim normalnym dzieckiem. Razem z siostrą nie oglądałyśmy telewizji (no może poza wieczorynką), ponieważ miałyśmy wieś. Całe życie spędzałyśmy na zewnątrz. Mając siedem lat jeździłam traktorem. Bardzo szybko nauczyłam się prowadzić samochód, bo trzeba było coś przewieźć na polu. Uważam, że wieś ukształtowała mój charakter. Nie było opcji, aby ktoś czegoś nie umiał, nie można było okazywać słabości.

Nigdy się nie bałam pracy, więc dużo zapierniczałam. Moje dzieciństwo było po prostu inne. Razem z siostrą, bez telewizji, wychowane na książkach. Miałyśmy bardzo bujną wyobraźnię. Mama się bała, że jestem trochę psychiczna. Nawet nie wiesz, jak działa moja wyobraźnia, jak prowadzę samochód w nocy. Staaara! Konie galopują razem ze mną ?

Wiemy już, że bujna wyobraźnia nie przeszkadza, ale jakie
cechy charakteru powinna mieć osoba, która bierze się za podróżowanie?

Wydaje mi się, że podróżować może zacząć każdy, ale powinno się dostosować styl podróżowania do siebie. Jedni wolą na dziko, inni bardziej hotelowo. Chciałabym natomiast ustalić jedną rzecz: nie mylmy podróżowania z wyjazdem na urlop. Jak ktoś mi mówi, że pojechał na all-inclusive i że podróżuje, no to ja przepraszam. Jestem w stanie zaakceptować zwiedzanie za dnia i korzystanie z uroków all-inclusive wieczorem. Ale wyjechanie gdzieś i spędzenie tygodnia czy dwóch w jednym hotelu, to nie jest podróżowanie. Co innego przemieszczanie się od hotelu do hotelu. To, co jest pomiędzy, może być prawdziwą przygodą.

Niezwykle ważne jest nieużalanie się nad sobą. Trzeba być zaradnym i otwartym. Jak ktoś nie jest komunikatywny, to ja nie wiem jak się porozumie. Złota zasada: koniec języka za przewodnika idealnie sprawdza się w podróżach.

Co polecasz ludziom, którzy jeszcze nigdy nie podróżowali?

Zawsze odpowiadam tak samo: kupić bilet.

Ale gdzie?

Gdziekolwiek. Tak, aby po prostu spróbować. Jeżeli nie kupisz biletu, to nigdy nie ruszysz. Nie ma szans. Mając bilet, masz już jakiś ostateczny termin, do którego musisz się wyrobić, odważyć, zmobilizować. To nie musi być odległa destynacja, nie każdy chce się rzucać na głęboką wodę. Wystarczy zrobić ten pierwszy krok. Bilet motywuje – musisz się zorganizować, jakoś tam dotrzeć i przetrwać. Ja bookuję noclegi z minuty na minutę, ale nie zawsze tak było! W Chorwacji miałam pierwszy nocleg, a później chodziłam od domu do domu i negocjowałam ceny. Trzeba mieć bilet i się po prostu odważyć.

A jaką destynację byś poleciła?

Gorce. To są moje ulubione góry i myślę, że ja je sobie ukochałam zupełnie bez powodu. One mają coś takiego, co mnie przyciąga. Z racjonalnych argumentów: mają piękne lasy i bardzo łatwe szlaki, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Poza tym z wielu miejsc widać Tatry.

Jak wyruszasz szlakiem z przełęczy Knurowskiej do Studzionek i potem na Lubań, to idziesz i cały czas widzisz Tatry. Nie wiem czy jest coś lepszego niż droga przez las, przez polany, z widokiem na pasmo Tatr. Nie wyobrażam sobie. W ogóle bardzo polecam Polskę i dlatego stworzyłam hasztag #chwalmyswoje. Chcę pokazywać, że Polska jest sztosem.

Z zagranicznych miejsc, to Szwajcaria jest najlepsza. Jakbym tylko miała pieniądze, to chciałabym tam wracać milion razy. 

Słowenia jest ekstra, zrobiła na mnie super wrażenie. W zeszłym roku mieliśmy zrobić samochodem trasę Czarnogóra i Bośnia, ale niestety zepsuł się w Austrii. Typ, który nigdy nikomu nie pomógł, naprawił nam samochód na trochę, ale musieliśmy dokupić część. Zmieniliśmy więc plan i zamiast takiego dalekiego prucia, zrobiliśmy Słowenię, która totalnie mnie zauroczyła. Wszystko jest tam przepiękne: góry, jeziora, lasy i nawet miasteczka. Część z nich kiedyś należała kiedyś do Włoch, więc są bardzo kolorowe. Mają wąskie uliczki. Poza tym w Piranie moja znajoma siedząc na cyplu widziała delfiny. To jest w ogóle sztos.

Szczerze polecam też Peru i Tanzanię, bo to moje ogromne przygody. Wciąż nie wierzę, że tam byłam. Mam wrażenie, że mi się śniło. Ale uwaga, w Tanzanii, mimo tego, że jest pyszna kawa, ciężko się jej napić. Oni mają teraz fazę na kawę rozpuszczalną.

mewawlocie_peru

A jakie miejsce polecasz pod kątem kulinarnym?

Najlepsze jedzenie jest oczywiście w Tajlandii. W Peru, mimo tego, że jest dużo dobrego jedzenia, czy to ceviche czy komosy ryżowe, to do wszystkiego dają słodkie pieczywo. Na koniec w samolocie dostaliśmy słodkie pieczywo nadziewane mięsem mielonym. Myślałam, że się popłaczę. Tak bardzo chciałam zjeść coś normalnego.

Na co zwracasz szczególną uwagę w nowych miejscach?

Myślę, że jest to aktualnie panująca moda. Na przykład w Peru nigdzie nie zrobisz sobie hybrydy. Nie przywożę pamiątek z podróży, ale lubię kolekcjonować różne doświadczenia, Znam się trochę na robieniu paznokci, wiec chciałam zobaczyć, jak oni to robią. Obeszłam całą Arequipę i tam niestety teraz jest faza na tipsy. Druga moda, która u nas też była – wszyscy noszą zwężane spodnie z cienkiego jeansu z mega niskim stanem, ale bez kieszeni. Są turbo gładkie i eksponują każdą niedoskonałość i krągłość. Jak ktoś kucnie, to już katastrofa. Przy takiej bardziej krągłej budowie ciała Peruwianek pasują idealnie :D

Gdzie będzie Twoja następna podróż?

Z powodu braku pieniędzy, nie ma jeszcze planu. Bardzo bym chciała zrobić objazdówkę po Niemczech. Chce wrócić do tego kraju. Kilka lat temu jeździłam, ale raczej po miastach. Byłam we Francji w Paryżu i w Mec, a także w Luksemburgu. Określiłabym je jako luźne wypady, takie bezpieczne. Przede wszystkim chciałabym tak naprawdę przejechać te Niemcy, zwiedzić miejsca, pogadać, bo po tylu latach znów mam barierę,. I jeszcze teraz mi się wymarzyła Albania.

Marzenia często wydają mi się tak nierealne, że wolę marzyć o realnych rzeczach. W dzieciństwie nigdy nie miałam idola, bo ja nigdy nie myślę o tym, co jest nierealne. Jak uznam, że coś nie ma szansy się wydarzyć, to tego nie ma. Podobnie mam teraz. Jak coś finansowo się nie spina, to po co tracić na to czas. Może kiedyś się uda, ale póki co myślę o czymś, co jest możliwe do zrealizowania teraz.  


Florencja - czym zachwyca i jak ją ugryźć?

Co można robić we Florencji?

Florencja przechodziła swój największy rozkwit w momencie, gdy w Polsce jeszcze rozkminiano, w jaki sposób pokonać Krzyżaków i dochodziło do potyczek pod Grunwaldem. Tak więc na nudę nie da się tam narzekać. Dokładnie w XV wieku, czyli włoskim quatrocenta, ulicami miasta przechadzał się Michał Anioł, Leonardo da Vinci i Botticelli, a w 1504 r. z pobliskiej Umbrii przyjechał również Rafael.

To był czas, w którym artyści na płaskich obrazach starali się przedstawić trójwymiarowość świata. Najbardziej niesamowite jest to, że te piękne pałace i zapierające dech w piersiach kościoły stoją sobie do dzisiaj, ponieważ nikt ich nie zburzył. Trochę mniej szczęścia miały mosty, które Niemcy wysadzili w '44. Hitler zakochał się jednak w Ponte Vecchio, czyli Moście Złotników i mimo, iż ładunki wybuchowe zostały już pod nim podłożone, most "łaską pańską" ocalał.

Dlaczego Florencja?

Myślę, że to jest dobry moment, aby opowiedzieć Wam, co mnie do tej Florencji ściągnęło. Otóż w latach 1449 - 1494 (z małymi przerwami na zlecenia innych włoskich miast) mieszkał tam malarz, którego dzieła bardzo chciałam zobaczyć. Domenico Ghirlandaio malował w niezwykle ciekawy, plastyczny sposób. W jego obrazach możemy podpatrzeć sceny z życia tamtejszych mieszkańców Florencji. Swój złoty czas miał w latach 80-tych. Wtedy też przez chwilę był w Rzymie, aby w kaplicy Sykstyńskiej namalować dwa freski - Powołanie św. Piotra oraz Zmartwychwstanie Chrystusa.

Przybyłam.

Na dworcu przytłoczyła mnie ilość ludzi. Nie dało się zrobić kroku, bez bycia trąconą lub popchniętą. Namierzyłam więc hotel i szybko zniknęłam w bocznych uliczkach. Dotarłam w 5 minut (jak się później okazało, wszędzie miałam od 5 do 10 minut, no może do wszystkiego za rzeką trochę dłużej). Oczom moim ukazały się olbrzymie, drewniane drzwi.

Nacisnęłam guzik domofonu, drzwi zaskrzypiały i wślizgnęłam się do środka. Klatka schodowa była magiczna, czułam się jak w zamku. Wielkie marmurowe schody, cudowne zdobienia, przepięknie kute poręcze. Niestety pokój odbiegał od standardów klatki, ale miał prysznic :D Szybko więc skorzystałam i poszłam zdobywać miasto.

Kaplica Medyceuszów

Z hotelu weszłam prosto do kaplicy Medyceuszów, znajdującej się jakby na tyłach bazyliki San Lorenzo, uznawanej za najstarszy kościół Florencji. Znajdują się tam groby 50 członków rodziny Medyceuszów.

Było blisko i na dodatek za darmo. Później dowiedziałam się, że zaprojektował ją Michał Anioł. Niestety nie skończył, bo w 1534 r. wezwali go do kontynuowania pracy w Kaplicy Sykstyńskiej w Rzymie.

Pierwsze komnaty do najciekawszych nie należały, bo można tam było podziwiać hostie z różnych wieków. Na tym się akurat za bardzo nie znam. Poszłam tam, gdzie strzałka wskazywała dorobek Michała Anioła. Trochę tam błądziłam, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że kaplica zapiera dech w piersiach.

Później już tylko jarałam się rzeźbami Michała Anioła, które jako pierwsze zobaczyłam na własne oczy. Jest czad.

Musiałam tylko rozkmninić, która to która, ale pomysł, że oba grobowce zrobione zostały na zasadzie przeciwieństw, dwóch spojrzeń na życie, bardzo mi się podoba.  Zmierzch i Jutrzenka (po lewej) to nagrobek Wawrzyńca II Medyceusza. Pogrążonemu w myśleniu, z twarzą w cieniu, towarzyszą postaci z tej części doby, w której obecność słońca jest niepełna, kiedy wszystko jest niedoświetlone, a świat zanurzony jest w kontemplacji. Dzień i noc (po prawej) to to mauzoleum Juliana Medyceusza, aktywnego wodza, chętnego do działania.

Zmierzch i Jutrzenka / Dzień i noc Michała Anioła
Pomiędzy grobowcami znajduje się

Kaplica Medyceuszów przez kilkaset lat ukrywała w swoich piwnicach rysunki nieznanego autorstwa. W 2017 roku zostały one przypisane przez historyków sztuki Michałowi Aniołowi i ujrzały światło dzienne. Historia głosi, że narysował je, gdy ukrywał w piwnicach kościoła przed karą śmierci za udział w buntach przeciwko rządom Medyceuszów.

Idę dalej - Florencja sama się nie zwiedzi

Postanowiłam zawęzić zwiedzane obiekty do miejsc, gdzie znajdę twórczość Ghirlandaia, ale niestety, Leonardo da Vinci też mnie pociąga ;) Weszłam więc do Muzeum Leonarda da Vinci. Warto zobaczyć te eksponaty. I zastanowić się, jaką ten człowiek miał głowę! Przecież to kosmos!

Wychodzę, skwar już jest straszny, bo ok. 35 stopni, mimo iż jest końcówka września. Zmierzam w kierunku kościoła San Marco, ale niestety odbijam się od drzwi. Dzisiaj jest piąta niedziela miesiąca, czyli zamknięte. Musze wrócić następnego dnia.

Opadłam z sił. Dała mi się we znaki średnio przespana noc (o szczegółach nocy w hostelu i zwiedzania Pizy możecie przeczytać tutaj), więc postanowiłam wrócić do hotelu. Drzemka. Często na wakacjach czuję, że szkoda czasu na odsypianie, ale tym razem zaplanowałam nocne szwendanie się ulicami i musiałam odzyskać energię. Zamykam trzeszczące okiennice i lulu. Pół godziny mnie nie zbawi.

Florencja - czego nie można przegapić?

Szybki prysznic i zasuwam w stronę rzeki. Po raz kolejny dech w piersi mi zapiera... tym razem Katedra Santa Maria del Fiore! Nie mam słów, aby ją opisać. Jest przepiękna, olbrzymia i jeszcze jak ma się świadomość, ile lat powstawała kopuła, którą zawdzięczamy Filippowi Brunelleschiemu. Wiecie, że ona jest większa nawet od Panteonu? Szok.

Idę dalej, mijam miliony turystów, wkurzam się bardzo, bo zdjęcia zrobić się nie da, bo wąsko, ale też dlatego, że co chwilę ktoś Cię szturcha. Mijam sklepy Versace i Armaniego. I jest! Galeria Uffizi. Chciałam do niej pójść we wtorek (uwaga, w poniedziałki nieczynna), ale nie mogłam się oprzeć. Po okazaniu legitymacji przemiły pan z obsługi wpuszcza mnie pod linkami. Jaram się nieustannie.

Szybko się okazuje, że to nie był najlepszy pomysł, bo po kilku salach rozładowuje mi się aparat, a bateria w telefonie zaczyna migać. Wiem jak wrócić do hotelu, więc zrelaksowana zwiedzam dalej. Z każdą godziną jest przyjemniej, bo turyści poszli już na wieczorną szamkę. Poza tym nie muszę uwiecznić wszystkiego. Ważne, abym mogła na spokojnie podziwiać obrazy, które mnie interesują (dlatego fotki poniżej są robione telefonem, bo do galerii już nie miałam czasu wrócić :/).

To, co najważniejsze, mam :D

Wiosna, Sandro Botticelli, 1470–1482

To dzieło powstało na zlecenie kuzyna Wawrzyńca Wspaniałego Medyceusza i miało być dekoracją willi w Castello. Botticelli odwołuje się do pogańskich rzeźb i mitologicznych postaci. Stworzył idealny typ kobiecej urody - o delikatnych oczach, splecionych przy skroniach, a dalej rozwianych włosach, krągłych brzuchach i biodrach. Również w elementach przyrody można znaleźć odwołanie do rzeczywistości. Botanicy są w stanie zidentyfikować ponad 130 konkretnych gatunków roślin.

Narodziny Wenus, Sandro Botticelli, 1485
Doni Tondo, Michał Anioł, 1504–1506

Domenico Ghirlandaio też był w Galerii Uffizzi, ale pokażę Wam jego obrazy w kolejnym poście, abyście mogli porównać sobie wszystkie jego dzieła. A co! Taka mała lekcja historii sztuki ;)

Jedzenie to nie jest moja mocna strona

Po wyjściu postanowiłam znaleźć coś do jedzenia, ale niestety nie mam nic do zarekomendowania. Wiem, że sporo ludzi podróżuje do Włoch tylko w jednym celu ;), ale ja zjadłam średnio smaczny i dość drogi makaron. Poza tym jadłam go sama i zdałam sobie sprawę, że z powodu kawy i posiłków zmuszona jestem podróżować z kimś, a najlepiej w doborowym towarzystwie :)

Teraz jak na to patrzę, to stwierdzam, że wygląda całkiem nieźle. Może mój nastrój wpłynął na smak?

Zwiedziłam jeszcze Mercato Centrale, ale poza architekturą nic szczególnego tam nie znalazłam.

Wieczorem wyłączyłam nawigację i chodziłam sobie ulicami miasta.

Było to bardzo przyjemne, bo temperatura oscylowała wokoło 20 stopni. Ludzi było zdecydowanie mniej, ale ten uroczy knajpowy gwar wciąż mi towarzyszył. Przeszłam się nad rzekę, a w drodze powrotnej nabrałam ochoty na lody. Gdy się okazało, że kosztują w granicy 8 euro, postanowiłam sprawdzić czy jest szansa na lody na polską kieszeń. I się udało. W małej uliczce, niedaleko kaplicy Medyceuszów znalazłam punkt, gdzie 2 gałki lodów kosztowały 4 euro. To wciąż dużo, ale czułam, że tyle mogę zapłacić.

Szczęśliwa położyłam się spać, aby kolejnego dnia podążać szlakiem obrazów Ghirlandaio.


Piza - co warto zwiedzić w jeden dzień?

Piza już za chwilę

Taaa, właśnie siedzę sobie na lotnisku w Modlinie. I czekam. Czekam już godzinę, bo zostałam przekonana patentem, że zajdziemy na kawę do McDonalda. Nic na to nie poradzę, że ją lubię i ten argument na mnie działa. Gdy okazało się, że mijamy tablicę Łomianek, zdałam sobie sprawę, że był to zwyczajny podstęp, abym się nie spóźniła na samolot. Mimo wszystko odnoszę wrażenie, że między spóźnieniem, a siedzeniem na lotnisku kilka godzin, jest jeszcze jakaś przestrzeń i można byłoby ją trochę inaczej zaplanować.

Tak więc siedzę i sobie patrzę. Samolot do Barcelony opóźniony, przed tablicą informującą o locie do Rzymu stoją zniecierpliwieni ludzie. Podobno bramki już są otwarte, ale obsługi nie widać. Wydaje mi się, że spora cześć naszej społeczności po prostu lubi czasem sobie postać. A ja tak sobie czekam, gdy (nagle, zupełnie niespodziewanie ;)) na tablicy, na której napis Piza widniał obok godziny odlotu, zaczął migać OPÓŹNIONY! No nie! ZNOWU?!?!

Chyba nie mam szczęścia do tego lotniska. Ostatnio, przed lotem do Neapolu, czekałam 5h. Ale czuję, że tym razem będzie lepiej.

 

Dlaczego sama?

Chwila przerwy to dobry moment, aby Wam napisać, dlaczego tym razem pojechałam do Włoch zupełnie sama. Ten pomysł rodził się we mnie już od kilku miesięcy. Najpierw się zastanawiałam, czy to ma sens? Bo przecież z kimś zawsze weselej, bezpieczniej, ktoś się Tobą zaopiekuje i będzie z kim wypić kawę. I to wszystko prawda, ale podróżowanie samodzielne ma też swoje plusy: można robić to, na co ma się ochotę, kiedy się chce i jak się chce. I tych argumentów nie da się podważyć. A ja pomysł na te krótkie wakacje miałam następujący: lecę do Pizy, zwiedzam ją szybciutko i spadam do Florencji. A tam już... hulaj dusza! Odwiedzę wszystkie muzea - bo kto mi zabroni :D

Oczywiście mój pierwszy pomysł na samodzielną podróż był trochę inny - marzył mi się tydzień w Iranie. I mimo tego, że ludzie, którzy tam byli i pokochali ten kraj twierdzą, że jest tam totalnie bezpiecznie, stwierdziłam, że zrobię coś bliższego memu sercu, a Iran wypróbuję następnym razem ;)

 

Udało się!

Intuicja mnie nie myliła - mieliśmy tylko kilkunastominutową obsuwę. Nad lotniskiem w Pizie kołowaliśmy już o 23.45. Później spacerkiem dotarłam do hostelu. Nawigacja mówiła o 15 minutach, mi droga zajęła z pół godziny, bo zdjęcia na długim czasie wymagają... czasu ;) W takich momentach bardzo się cieszę, że zawsze pakuję się w mały plecak.

 

plecak
Tak wygląda idealny plecak dla szwędacza

 

Spodnie i sweter miałam na sobie, bo w Polce było 17 stopni, a we Włoszech 25. A więc w plecaku japonki, sukienka, spódnica, 2 koszulki. Trochę miejsca zajęły mi książki i notatki o Ghirlandaiu, ale o tym już w kolejnym wpisie;)

 

Hostel był bardzo przyzwoity.

Safestay Piza to wesoły, kolorowy budynek, z perkusją i uroczym ogródkiem. Gdy się tam zjawiłam po północy, dużo ludzi siedziało przy stolikach i rozmawiało. W pokoju na trzecim piętrze zastałam tylko 3 porzucone na środku torby. Ogarnęłam się szybko i poszłam spać. O 3 nad ranem obudzili mnie właściciele bagażów. Wstałam o 7 i postanowiłam korzystać z dnia. Na początku brałam pod uwagę opcję z czekaniem na budzik, ale stwierdziłam, że skoro mój organizm chce już zwiedzać, to nie ma co go powstrzymywać. W hostelu dostałam mapkę z najważniejszymi atrakcjami w mieście.

 

Co oferuje Piza?

Piza zaraz po wschodzie słońca jest bardzo przyjemna.

 

piza

 

Puste i czyste ulice, ciche odgłosy leniwie krzątających się w domach ludzi, zapach poranka. Przespacerowałam się do pl. Vittorio Emanuele II, później z pomocą pizańczyków znalazłam mural Keith'a Haring'a,

 

Keith Haring
Mural Tuttomondo został wykonany w 1898 roku

 

zrobiłam window shopping zamkniętych jeszcze sklepów przy ul. Italia Corso, uwieczniłam kilka rzeźb, m. in. Ulissesa.

 

ulisses, piza
Ulisses, czyli inaczej Odyseusz

 

art piza
Tych już nie pamiętam, ale uważam, że warto zobaczyć wszystkie

 

 

Bardzo urokliwe jest również przejście przez most na rzece Arno - tutaj Piza zdobywa kolejny punkt i podnosi się w rankingu włoskich miast ;) Podobno turyści uwielbiają Lungarno, czyli nabrzeże, jednak o 8 rano spaceruję tutaj praktycznie samotnie.

 

arno
Kamienice, wybudowane w średniowieczu i renesansie, należały do bogatych włoskich rodów

 

arno
I wersja pod wschodzące słońce

 

Wreszcie pomiędzy kamienicami zobaczyłam Krzywą Wieżę. czyli Torre Pendente.

 

krzywa wieża w Pizie

 

Kierując się w jej stronę przedostałam się przez ulicę ze sklepikami i dotarłam na trochę już zatłoczonym Piazza dei Miracoli, zwany kompleksem Duomo. Baptysterium, katedra, muzeum, opera, wieża i coś jeszcze tworzą architektonicznie przepiękną przestrzeń, nawiązującą do kultury islamskiej. Idealna trawa, idealne rzeźbienia i idealne niebo na zawsze pozostaną na moich zdjęciach :D

 

duomo

Wpadłam na chwilkę do Baptysterium:

 

baptysterium w pizie

 

baptysterium w pizie

 

baptysterium w pizie

 

Myślę, że nie warto wchodzić do budynków...

Ale z zewnątrz zobaczyć je trzeba. Muzeum akurat było zamknięte, więc się nie wypowiem. ️

 

Katedra Santa Maria Assunta, czyli katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
Katedra Santa Maria Assunta, czyli katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

 

Wracając wstąpiłam na kawę przy placu Vittorio Emanuele II. Bardzo przyjemnie obserwuje się niedzielne życie Włochów, wciąż jeszcze poranną porą. Kawa jak zwykle pyszna i tania: 1.4 euro. Muszę się Wam przyznać, że to był pierwszy moment, kiedy poczułam, że jednak lubię podróżować z ludźmi. Zwłaszcza tymi, którzy też uwielbiają kawę ;)

 

kawa

 

10.54 wsiadłam do pociągu do Florencji (8.70 euro) i prawie przegapiłam stację, bo pochłonęła mnie literatura. No nic, takie życie. Często podróżuję sobie właśnie po to, aby znaleźć czas na czytanie. Wszystkie piękne widoki, nowe miejsca i muzea są tylko przy okazji. Od czytania ważniejsi są jedynie ludzie :)


Delta Mekongu - można również na własną rękę

Delta Mekongu to było moje marzenie. Mimo, iż różne są opinie na jej temat, uważałam, że być w Wietnamie i nie zobaczyć życia, które toczy się w końcowym odcinku tej rzeki, to jak być w Włoszech i nie jeść pizzy ;) Udało nam się dotrzeć do jednego z miasteczek w delcie, tylko co zrobić, aby móc wypłynąć i zobaczyć to, co planowaliśmy?

Wstaliśmy rano, spakowaliśmy manatki i mieliśmy chwilę na podziwianie naszego hotelu. Okazało się, że jest pełen kwiatów i super zadbanej roślinności. Zmienił się tez człowiek na recepcji (O przygodach dnia poprzedniego możecie przeczytać tutaj)- czego chcieć więcej? ;)

 

rośliny Mekong

 

Hasło dnia: czekać

Nowa osoba załatwiła nam taksówkę i prywatny rejs po Mekongu. Musieliśmy tylko poczekać. Ale nie udało nam się dowiedzieć, ile mamy czekać ani na kogo. Wiedzieliśmy sobie na kamyczkach pod hotelem i korzystaliśmy ze słońca. Po ok. 40 minutach przyjechała taksówka. Oczywiście wielką niewiadomą było, gdzie jedziemy. Pan dowiózł nas do portu i bez słowa zostawił. Cumowały tam łódki, które widzieliśmy przed wyjazdem na zdjęciach innych osób. Tego typu pojazdy pływały po Mekongu. Byliśmy coraz bliżej realizacji planu. Ale znów musieliśmy czekać nie wiadomo ile i na kogo.

 

delta Mekongu

 

delta Mekongu

 

Po jakimś czasie przypłynęła nasza łódź z panem, który niestety nie mówił ani słowa po angielsku. No trudno, na migi też można się jakoś dogadać. Kazał nam wsiadać, więc posłusznie załadowaliśmy się do środka. Razem z bagażami oczywiście. W tym momencie zorientowaliśmy się, że mamy prywatny trip - delta Mekongu w kilka godzin :D

 

delta Mekongu

 

Pogoda była idealna. Cieplutko, trochę wietrznie i przede wszystkim bardzo słonecznie. Daszek naszej łajby zagwarantował nam przyjemny dzień.

 

delta Mekongu

 

Łódką po Mekongu - atrakcje

Nie znaliśmy planu wycieczki i nie wiedzieliśmy, ile to będzie trwało. Nie mieliśmy żadnych planów, więc z przyjemnością wysiadaliśmy z łódki i zwiedzaliśmy poszczególne miejsca. A trochę ich było ;)

  • Przepłynięcie małą łódeczką

 

delta Mekongu

 

Mekong

 

  • Zwiedzanie miejsca, gdzie na co dzień odbywa się targ wodny

 

delta Mekongu

 

delta Mekongu

 

delta Mekongu

 

edukacja wietnam

 

  • Przy okazji zobaczyliśmy, jak może wyglądać edukacja w Wietnamie

 

delta Mekongu
Nie ukrywam, że w takich zajęciach chętnie wzięłabym udział :)

 

  • Odwiedzenie hodowli grzybków (podobno bardzo zdrowych),

delta Mekongu

 

  • Ogród liliowy to jedno z piękniejszych miejsc. Dobrze, że akurat kwitły ;)

 

Mekong lilie

 

  • Z perspektywy totalnego amatora - ule mają podobne do naszych

 

Mekong

 

  • Mieliśmy również okazję spróbować herbaty i miodu liliowego. Pycha! I jeszcze ten czarny czosnek.

 

delta Mekongu

 

Mekong
Po tym pięknym miejscu oprowadziła nas przeurocza Wietnamka.

 

  • Kolejnym przystankiem było miejsce dla prawdziwych twardzieli. Zaczęło się niewinnie, prażonym jęczmieniem.

 

Mekong

 

  • Następnie weszliśmy do świata napoi zwierzęco - alkoholowych.

 

alkohol

 

  • Na szczęście na koniec było coś na osłodę

 

Mekong

 

 

W drodze do Mui Ne

To był bardzo miły dzień - temperatura idealna, tempo zwiedzania dostosowane do naszych potrzeb, brak komarów i nieprzyjemnych zapachów. Mimo faktu, że Mekong do najczystszych nie należy i kąpać bym się w nim nie chciała, szczerze polecam poświęcić dzień i zobaczyć, jak żyją ludzie w tej części Wietnamu.

A my tymczasem mkniemy do Mui Ne :)

 

autobus


Sa Dec, Wietnam - czy warto tam jechać?

Sa Dec to urocze miasteczko, położone nad rzeką Mekong. Bardzo chciałam zobaczyć ogród, z którego słynie. W głowie miałam tę ogromną ilość kwiatów, które widziałam na wielu zdjęciach w internecie. Zjedliśmy więc śniadanie w Sajgonie i ruszyliśmy w drogę.

 

Sa Dec Wietnam Mekong
Tak, to własnie ta porcja jedzenia dała nam energię do 22, kiedy zjedliśmy następny posiłek :D

 

Jak dojechać do Sa Dec z Ho Chi Minh?

W sumie bardzo prosto. Dworzec - tam kupujesz bilet - i jedziesz ok. 3h. Można płacić kartą, ale akurat jak my chcieliśmy kupić bilet, to terminal nie działał. Na szczęście na terenie dworca jest bankomat, wiec można wszystko załatwić w miarę sprawnie. Później już tylko czekasz na autobus, który kiedyś przyjedzie. Obsługa i inni pasażerowie są na tyle uprzejmi, że jak powiesz kilku osobom, gdzie jedziesz, to na pewno dadzą Ci znać, jak tylko Twój autobus pojawi się na horyzoncie ;)

 

Sa Dec Wietnam Mekong
Czekamy sobie i obserwujemy

 

W trakcie drogi zatrzymaliśmy się w markecie pośrodku niczego. Mogliśmy zaopatrzyć się we wszystko: od jedzenia, po środku chemiczne i ubranie.

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Co zwiedzić w Sa Dec?

Dojechaliśmy, obczailiśmy kilka ważnych punktów na mapie (w Wietnamie internet jest absolutnie wszędzie) i ruszyliśmy w drogę. Było prawie 40 stopni, a my z plecakami, ale daliśmy radę.

Trasa poprowadziła nas obok świątyni Chùa Kiến An Cung, która została zbudowana w latach 1924-1927 przez Chińczyków z Fujian.

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Pośrodku głównej sali znajdował się ołtarz Quang Tracha Tona Vuonga. Figura została odlana w czerwonym brązie. Postać się uśmiecha i trzyma pas klejnotów. Obok podziwiać możemy dwóch innych bogów.

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Po drugiej stronie ulicy stał piękny mur - pomnik. Był tak duży, że nawet mój szerokokątny obiektyw nie objął całego ;)

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

 

Kolejnym ważnym punktem na mapie Sa Dec był antyczny dom, w którym podziwiać można fotki Huynh Thuy Le i Marguerite Duras. Francuska pisarka urodziła się w kolonialnych Indochinach w 1914 r.  W wieku 15 lat Duras, mieszkając z matką i dwoma braćmi w Sa Dec, rozpoczęła romans z 27-letnim synem bogatego chińskiego właściciela ziemskiego. Ich skandaliczny romans posłużył jako inspiracja do bestsellerowej powieści Duras „Kochanek”, na podstawie której nakręcono film. Podobno we wnętrzu można oglądać fotki kochanków, ale potwierdzić nie możemy, bo nie byliśmy ;)

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

 

Teraz już tylko ogród, długo przeze mnie wyczekiwany. Dzieliła nas od niego jedyne godzina spacerku. Z przerwą na kawę trochę dłużej. Przypomnę, że kawa w Wietnamie jest przepyszna i poprawia nastrój w każdej sytuacji.

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

 

Szliśmy wzdłuż "rzeczki"

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Mijaliśmy zrelaksowanych ludzi

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

I urocze przydomowe ołtarzyki

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Aż wreszcie dotarliśmy do bram...

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Flower Village Park, który podziwiałam na zdjęciach, w rzeczywistości wyglądał tak:

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Kwiatki były, ale na pewno nie w takiej jakości, ilości i kompozycjach, jakich się spodziewałam.

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Nie wiedziałam, czy śmiać się czy płakać. Ale jest nauka: przed wizytą w ogrodach z kwiatami zawsze trzeba sprawdzić, jak prezentują się one w porze roku, w której zamierzamy odwiedzić dane miejsce. Najwidoczniej końcówka marca to nie jest czas kwitnienia w południowym Wietnamie.

 

Z Sa Dec do Vinh Long

Odpoczęliśmy chwilę w pełnym słońcu i ruszyliśmy w drogę powrotną. Niestety nie było tam Ubera ani Graba, nie znaleźliśmy też sensownej trasy do dworca, która poprowadziłaby nas inną częścią miasta. Ruszyliśmy więc dokładnie tą samą trasą, zniesmaczeni, zmęczeni i głodni.

Udało nam się dotrzeć do centrum i ustalić, który bus jedzie do Vinh Long. Rozsiedliśmy się w środku. O klimatyzacji mogliśmy jedynie pomarzyć, a mimo tego w autobusie było zdecydowanie chłodniej. Miałam też chwilę na podziwianie lokalnych zwyczajów religijnych.

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

 

W Vinh Long znów nie dało się znaleźć żadnego kierowcy Ubera ani Graba, a do hotelu mieliśmy 8 km. Tak więc sobie szliśmy, z każdym krokiem coraz bardziej wykończeni, zdemotywowani i głodni. W głowie miałam jeszcze plan na następny dzień - płynąć Deltą Mekongu. Do tej pory nic nie udało nam się ogarnąć. Po drodze nie było miejsca, gdzie moglibyśmy coś przekąsić. Mijaliśmy ludzi, którzy właśnie wracali do domu, kościoły, w których trwały obrzędy, zakłady z mechanikami i dużą liczbą skuterów. Bawiliśmy się z napotkanymi zwierzętami, a jedzenia jak nie było, tak nie ma.

 

Uwaga na jedzenie w Sa Dec

W końcu trafiliśmy na otwarty bar, w którym zamówiliśmy piwo i coś, co na obrazku wyglądało jak mięsko. Wyglądało, bo jak przyszło, to okazało się, że są to najgorszego sortu, trochę surowe podroby. Z całego dania zjedliśmy ogórka i wypiliśmy po 2 piwa. Teraz nie dość, że głodni, to byliśmy jeszcze pijani. A do hotelu wciąż daleko.

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Na miejscu nikt nie mówił po angielsku, więc próbowaliśmy się porozumieć z pomocą translatora. Niestety nieskutecznie. Nie byliśmy z stanie poprosić młodego człowieka na recepcji o klimatyzowany pokój, a wentylator ledwo dział. W tej sytuacji zrezygnowałam z pytania o wycieczkę po Mekongu. Postanowiłam zobaczyć, co przyniesie jutro...

Plan mieliśmy napięty i była wewnętrzna presja na jego zrealizowanie ;)

 


Gen Podróżnika czasami ujawnia się od razu - rozmowa z Weroniką Szyszka

Weronika Szyszka zaraz po maturze wybrała się z koleżankami na miesięczną podróż stopem. Chcecie wiedzieć, gdzie była, co zobaczyła i jakie miała przygody? Czytajcie dalej :)

 

gen podróżnika

 

Weroniko, dlaczego zaczęłaś podróżować?

Zawsze byłam ciekawa świata i gdy miałam naście lat, piętnaście, szesnaście, w moim życiu pojawił się Instagram. Zaczęłam obserwować ludzi, którzy mieli gen podróżnika i dużo podróżowali. Fascynowały mnie miejsca, które odwiedzają. Ale zawsze było to dla mnie odległe i nie do spełnienia, ponieważ wiązało się z kosztami. Wcześniej jeździłam z rodzicami na wakacje i miałam świadomość, że jest to bardzo duży wydatek, a więc dopóki nie będę miała stałej pracy i nie będę dorosła, to na pewno nie będę mogła sobie na to pozwolić.

Na szczęście poznałam chłopaka, który był harcerzem i miał doświadczenie w jeżdżeniu stopem. Pierwszy raz pojechaliśmy na Woodstock, później do Pragi. Bardzo mi się to spodobało i w następnym roku zaplanowaliśmy wyprawę do Chorwacji i Czarnogóry. Pojechaliśmy w czwórkę - dwie pary i było to moje pierwsze zetknięcie się z trudami podróży. Zdałam sobie sprawę, że nie jest tak piękne, jak się wszystkim wydaje. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że była to dla mnie szkoła życia, ale mimo wszystko złapałam bakcyla.

Rok później ruszyłam w drogę z moimi dwiema przyjaciółkami i w moim odczuciu była to dużo ciekawsza, fajniejsza i bardziej niebezpieczna przygoda. Nic się co prawda nie wydarzyło, ale dużo rzeczy mogło.

 

gen podróżnika

 

Ja również kilka razy jeździłam stopem i przy takim sposobie przemieszczenia się ryzyko zawsze jest gdzieś w tle .

Ogólnie wszędzie może się nam stać coś złego, ale podczas podróży ryzyko jest podwyższone, więc należy uważać bardziej, ale bez przesady. Trzeba po prostu być ostrożnym.

 

A gdzie byłaś z rodzicami i co pamiętasz z tych podróży?

Nic spektakularnego, takie typowe wczasy: Turcja, Tunezja. Raz pojechałam z mamą i bratem do Tajlandii. W sumie było fajnie, ale spędziliśmy cały czas w jednym miejscu. Miałam ochotę wziąć plecak, wsiąść do pociągu i gdzieś pojechać. Wiem, że kiedyś tam wrócę i zrobię sobie objazdowy trip po swojemu.

Czyli rodzice nauczyli Cię wyjeżdżać, ale raczej odpoczywać w nowym miejscu, niż szukać przygód?

Dokładnie. To przyjaciele pokazali mi inny sposób na podróżowanie. Wewnątrz siebie zrozumiałam, z czego tak właściwie czerpię przyjemność. Przez to, że byłam młoda, nie miałam stałej pracy ani zamożnych rodziców, wydawało mi się, że podróżowanie jest niemożliwe. Dopiero jeżdżenie stopem, z namiotem w plecaku było na miarę moich możliwości finansowych. I do tego jest dużo fajniejsze.

 

A pamiętasz swoją pierwszą podróż z czasów dziecięcych?

Pamiętam, jak pojechaliśmy do Chorwacji samochodem. Rodzice wynajęli apartament na 10 dni. Głównie plażowaliśmy i dla dziesięciolatki to była adekwatna rozrywka ?

 

A teraz co Ci teraz sprawia największą przyjemność w podróżowaniu?

Trudno powiedzieć. Na pewno lubię wolność, ponieważ ja nigdy nie mam planu. Uwielbiam szukać informacji o danym miejscu w internecie, ale jeszcze nigdy się tak nie zdarzyło, że ten wstępny zamysł został zrealizowany. Bardzo lubię spontaniczność, to, że nie wiem, gdzie ani z kim będę jutro. Dużą przyjemność mi sprawia poznawanie nowych ludzi.

 

gen podróżnika

 

W podróży z przyjaciółkami na promie na Kefalonię (na którą płynęłyśmy tylko dlatego, że przypadkiem znalazłyśmy się w porcie i dotarcie tam było najtańsze) poznałyśmy 62-letniego dziadka, który wracał po dziesięciu miesiącach ze Stanów Zjednoczonych. W USA pracuje i na wakacje przylatuje do miejsca, gdzie się urodził. Po wstępnej rozmowie o naszej podróży, zaproponował, że nas podwiezie na plażę (gdzie z reguły rozbijałyśmy namiot). Zostawił nam numer do siebie, gdybyśmy jednak zdecydowały się nocować w domu. Po zbiorowej naradzie zdecydowałyśmy się skorzystać z propozycji. Zostałyśmy u niego pięć dni. Nie chciał pieniędzy ani za nocleg, ani za jedzenie. Pokazał nam atrakcje na wyspie, zabrał do lokalnych winiarni. Dzięki temu, że miał samochód, mogłyśmy zaprawdę dobrze poznać Kefalonię. Jedyne, co mogłyśmy mu dać w zamian, to towarzystwo. To było cudowne doświadczenie i dzięki temu, że zaoszczędziłyśmy trochę pieniędzy, mogłyśmy wydłużyć sobie wakacje.

 

Poznawanie nowych ludzi to jest coś, co bardzo lubię. Cieszę się, gdy mogę zrozumieć ich mentalność, kulturę, realia życia. Nie wyobrażam sobie, że ktoś w Polsce mógłby mi zaproponować darmowy nocleg, bo jestem z plecakiem i podróżuję.

 

Rozumiem, że na propozycje losu, reagujesz raczej pozytywnie?

Tak, jestem otwarta na zmiany i zwracam uwagę na to, co się w mojej podróży dzieje niespodziewanie.

 

gen podróżnika

 

Czy podróże są dla Ciebie ważne?

Biorąc pod uwagę moje dzieciństwo, bardzo chciałabym, aby moje życie było stabilne. Już teraz dużo myślę o zapewnieniu sobie komfortowej sytuacji finansowej. Mimo tego, że bardzo lubię podróże i na pewno będę to robić, nie chcę być zawodowym podróżnikiem. Planuję na stałe zamieszkać w jakimś ciepłym kraju, na przykład w Hiszpanii lub Portugalii. Docelowo marzę do dużej rodzinie i chciałabym dobrze wychować gromadkę dzieci, a poznawanie nowych krajów potraktować jak wakacje. Chcę zobaczyć jak najwięcej w życiu, ale tak na spokojnie.

 

W poprzednim wywiadzie Martyna Skura opowiadała, że zarówno ona, jak i jej siostra są bardzo ciekawe świata. Czy Twoje rodzeństwo też ma potrzebę podróżowania?

Mój młodszy brat nie wykazuje takiego zainteresowania ?

 

Wasi rodzice wychowywali Was podobnie, wyjeżdżaliście na wakacje wszyscy razem. Jak myślisz, które cechy charakteru determinują chęć podróżowania? Dlaczego Ty to lubisz, a on nie?

Jeżeli chodzi o podróżowanie, które ja sobie wybrałam, to kluczową cechą jest niska granica komfortu, zwłaszcza jeżeli chodzi o kobiety. Wydaje mi się, że u mężczyzn jest to bardziej popularne. I oczywiście odwaga. Trzeba się przełamać, wyjść poza granicę tego, co się zna, poza własne miasto i grupę przyjaciół.

 

A z kim lubisz podróżować?

Z dziewczynami – z moimi przyjaciółkami. Długo zastanawiałyśmy się gdzie wyjechać. Temat podróży stopem przewijał się w zasadzie przez całą klasę maturalną. Miałyśmy w związku z tym wiele konfliktów, jednak wyczekiwanie i planowanie pomogło przetrwać nam ten najtrudniejszy rok licealny. Wiedziałyśmy, że będzie to wypad niskobudżetowy, ponieważ żadna z nas z powodu nauki nie pracowała. Zaczęłyśmy szukać taniego biletu lotniczego tylko w jedną stronę, ponieważ planowałyśmy stopniowo wracać stopem do Gdyni. Za 160 zł za osobę kupiłyśmy lot do Aten. Dwa dni po ostatnim egzaminie siedziałyśmy już na lotnisku z plecakami wypchanymi makaronami, sosami w proszku, miałyśmy kuchenkę turystyczną, namiot i śpiwory ? Nie wiedziałyśmy, co nas czeka. Wiedziałyśmy, ze nie będzie nas trzy tygodnie. Na lotnisku zastanawiałyśmy się gdzie pojedziemy jutro, gdzie za tydzień, przez jakie kraje możemy wracać?

 

Finalnie trasa wyglądała tak: Grecja, Czarnogóra, Albania, Chorwacja. Ku naszemu zaskoczeniu najbardziej polubiłyśmy Albanię. Wszystkie mity, jakie słyszałyśmy wcześniej o tym kraju, zostały obalone. Okazała się najcudowniejsza ze względu na ludzi, których tam poznałyśmy. To był najbardziej życzliwy naród, z jakim się zetknęłam. Podróż stopem była niezwykle prosta. Z reguły czekałyśmy około 5 minut, najdłużej 20 minut. W Grecji zdarzyło nam się łapać stopa przez 5 godzin. W Albanii zdarzyło nam się próbować łapać stopa na totalnym pustkowiu, na którym nic nie jeździło. Widząc przejeżdżający autobus opuściłyśmy rękę, ponieważ środki komunikacji publicznej wiążą się z opłatą za bilet, a nie o to nam chodziło. Kierowca zgodził się podwieźć nas za darmo. W autobusie poznałyśmy 5 ludzi, którzy jechali nad morze. Mieli zarezerwowany apartament i zaproponowali nam, abyśmy się dołączyły. Zapłaciłyśmy 6 euro za noc za własny pokój z łazienką. Poimprezowaliśmy trochę, pokazali nam też kilka ciekawych miejsc.

 

gen podróżnika

 

Z ciekawszych przygód policjanci na granicy albańsko – czarnogórskiej zaproponowali nam nocleg. Nie skorzystałyśmy, ponieważ przyjechał samochód do miejsca, gdzie chciałyśmy jechać. A szkoda :)

 

Przekraczałam też granicę za zasłoniętymi kotarkami na kozetce tira – wtedy się nawet trochę bałam. Nie wiem dlaczego, ale nie czułam się komfortowo.

 

A gdyby Twoje 19-letnie dziecko powiedziało Ci, że planuje wycieczkę stopem do Albanii – zgodziłabyś się?

Nie :)  Jak z perspektywy czasu pomyślę sobie, jak wyglądała ta wyprawa, to nie puściłabym swojego dziecka.

 

A co byś mu poleciła? Jakie wskazówki dała?

Jakby się już uparło…  Po powrocie zdałam sobie sprawę, że podczas wakacji byłyśmy bardzo aktywne w mediach społecznościowych. Teraz myślę, że to nie było zbyt rozsądne, bo po udostępnieniu lokalizacji (a przypomnę, że byłyśmy tam we trzy dziewiętnastoletnie dziewczyny) wielu mężczyzn do nas pisało wiadomości. Nie zwracałyśmy na to uwagi, ale ktoś mógł bez problemu nas namierzyć i przyjść, chociażby w nocy i wiedząc, kto tam śpi, bez skrupułów zajrzeć nam do namiotu. To było bardzo głupie i przed takim działaniem przestrzegłabym swoje dziecko.

 

A miałyście osobę, która wiedziała, jakie są Wasze plany, gdzie Was szukać w razie czego?

Niestety nie, ponieważ my nie wiedziałyśmy, gdzie będziemy. Często pytałyśmy się ludzi o rekomendacje, co warto w okolicy zobaczyć.

 

Jak myślisz, istnieje coś takiego jak gen podróżnika?

Mam nadzieję, że tak i że moje dzieci go będą miały ?, choć ja nie wiem po kim miałabym go odziedziczyć. Wydaje mi się, że jestem pierwszą osobą w mojej rodzinie, która podróżuje.

 

A zdradzisz nam, co teraz planujesz?

Teraz wszystkie moje fundusze pochłaniają studia, ponieważ ja się utrzymuję sama. Przez pierwszą część wakacji planuję pracować i ostatni miesiąc przeznaczyć na naukę serfowania w Maroko albo w Portugalii.


Ho Chi Minh, czyli Sajgon w 24h - co warto zwiedzić?

Ho Chi Minh - powitanie

Ho chi Minh to cudowne miasto na południu Wietnamu. Znajduje się nad rzeką Sajgon i do 1976 roku pod taką właśnie nazwą figurowało. Po upadku Wietnamu Południowego, w trwającej od 1959 roku II wojnie indochińskiej, zostało nazwane na cześć Ho Chi Minh'a - założyciela i przywódcy Komunistycznej Partii Indochin. Świetne miasto z rewelacyjnymi kawiarniami, bardzo ruchliwe i kolorowe. To tutaj po raz pierwszy poczuliśmy, co ma do zaoferowania Azja.

 

Co jest ważne?

Zanim Wam opowiem resztę, mała dygresja. Dzisiaj przy śniadaniu spytałam T., co najbardziej utkwiło mu w pamięci, jeżeli chodzi o Sajgon i dowiedziałam się, że czyszczenie nóg. Wyobraźcie sobie, że przez cały dzień do T. podchodzili różni ludzi i chcieli mu umyć stopy, bo najzwyczajniej w świecie miał brudne (podobno dlatego, że rano padał deszcz i było błoto, ale ja tam nie jestem pewna :))

 

Co należy zrobić jeszcze na lotnisku?

Po całodniowej wyprawie na mur chiński, dotarliśmy do Sajgonu o 1 w nocy. Na lotnisku przede wszystkim przebraliśmy się w coś, w czym nie zwariujemy w 35 stopniach Celsjusza. Później musieliśmy wymienić dolary, które nam zostały z poprzednich podróży, wypłacić pozostałą część gotówki, potrzebnej do przeżycia najbliższych kilku dni oraz nabyć kartę internetową. Wszystko udało się załatwić bardzo sprawnie, gdyż w porcie lotniczym SGN czynne były tylko te 3 punkty: kantor, bankomat i kiosk. Krzątali się również taksówkarze, bardzo chętni do pomocy, ale ostrzeżeni wiedzieliśmy, że nie możemy im ufać. Nie byliśmy gotowi na negocjacje. Brak snu od 24 godzin dawał się we znaki. Zainstalowaliśmy więc Graba i udaliśmy się do zarezerwowanego dwa tygodnie wcześniej hostelu Aloha Saigon, który miał oczekiwać na nasz przyjazd.

 

Potwierdzenie mailowe to nie wszystko

Niestety nie oczekiwał. Check-in skończył się o 19.00 i nie było już wolnych łóżek. Nasza wcześniejsza korespondencja mailowa i potwierdzenie przyjazdu nie miało znaczenia. Nie ma łóżek i tyle. Jest 3 w nocy, a my znajdujemy się na najbardziej imprezowej ulicy Sajgonu. Postanowiliśmy poszukać czegoś do jedzenia i przekoczować do 7. Na szczęście ulicę dalej, przy Bui Vien, znalazło się dla nas miejsce noclegowe, jednak nie za 36 zł za 2 osoby za 2 noce, ale za 70 zł za 2 osoby za 1 noc. No cóż, niech będzie. Dobrze, że wzięłam ze sobą stopery do uszu :D Tej nocy się przydały (i żadnej innej).

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

Rano okazało się, że widok z okna mieliśmy całkiem przyzwoity, szkoda tylko, że od samego rana lało :) Wyszliśmy poszukać jedzenia, jak na prawdziwych turystów przystało. W sumie marzyłam o kawie, T. o kanapkach i udało nam się zaspokoić oba pragnienia. Wybraliśmy chyba najdroższą knajpę w mieście, ale tak to jest, jak się słabo liczy banknoty z dużą liczbą zer. Kilka przecznic dalej za takie samo śniadanie zapłacilibyśmy 1/3 ceny. No trudno, co zjedzone, to nasze.

 

ho chi minch, czyli Sajgon
Nasze typowo wietnamskie śniadanie ;) Ale tylko na takie się odważyliśmy.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

Co zwiedzić w Ho Chi Minh?

2) Przede wszystkim ulice :)

Zaczęliśmy od spaceru. Początkowo trzymaliśmy się chodnika i już wtedy wyostrzyły nam się zmysły. Wiedzieliśmy, że niebezpieczeństwo może nadejść z każdej strony. Później walczyliśmy o życie przechodząc przez jezdnię. Pewnie wszyscy już wiedzą, że w Wietnamie skutery są absolutnie wszędzie i za nic mają sobie przepisy ruchu drogowego. Na jednym pojeździe siedzi cała czteroosobowa rodzina, ktoś przewozi kosz melonów albo na ramieniu trzyma 5 m rurę.

 

I tak sobie ci ludzie jeżdżą pod prąd na rondzie, na czerwonym świetle, po chodnikach czy torowiskach. Instytucja przejścia dla pieszych bez świateł w zasadzie nie istnieje, a na takim ze światłami też jest duża szansa, że ktoś nagle przejedzie. Co więc należy robić? Po prostu iść. Nie za szybko, nie za wolno, zdecydowanym krokiem przemieszczać się do celu. Można podnieść rękę lub próbować nawiązać kontakt wzrokowy. Nie należy się broń boże zatrzymywać, bo wypadek murowany. Wtedy już na milion procent ktoś Cię rozjedzie. Poniżej jedna ze spokojniejszych ulic, już po zamknięciu targu.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon
Kwiaty mnie urzekają zawsze

 

2) Markety, czyli wietnamskie targi

Szliśmy sobie spokojnie w stronę Ben Thanh Market, ponieważ T. w drodze powrotnej z Wielkiego Muru Chińskiego zgubił kurtkę i mieliśmy nadzieję, że coś uda nam się tam nabyć. Pośród stoisk między innymi z jedzeniem, materiałami, pamiątkami znaleźliśmy stoisko z ubraniami sportowymi. Wiedzieliśmy, że trzeba się targować, ale nie myślałam, że aż tak. Cena wywoławcza 2 000 000 VND. Po naszych minach pani szybko się skorygowała do 1 000 000 VND. Później dowiedzieliśmy się, jacy ładni jesteśmy i cena zeszła do 600 000 VND. W 40 stopniach Celsjusza T. włożył na siebie kurtkę i niestety rękawy okazały się za krótkie, a cała była za szeroka. Nie byliśmy usatysfakcjonowani, więc ładnie podziękowaliśmy. Pani na odchodne zaproponowała 300 000 VND. Nic nie kupiliśmy, ale jest to bardzo ciekawe miejsce do obserwowania ludzi, zarówno sprzedawców, jak i turystów :)

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

3) Pałac Zjednoczenia

Po drodze do Muzeum Wojny mijaliśmy Pałac Zjednoczenia, wybudowany w latach 1868 - 1873. My nie weszliśmy do środka, ze względu na czas, ale podobno warto :)

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

O tym, że jesteśmy już blisko zorientowaliśmy się po murze, który był cały obklejony "biletami" do muzeum - naklejkami z gołębicą - symbolem pokoju.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

4) Muzeum Pozostałości Wojennych (Nha Trung Bay Toi Ac Chien Tranh)

Gdy chodziłam jeszcze do szkoły, a było to bardzo dawno temu, o II wojnie indochińskiej niewiele się mówiło. Widziałam kilka filmów, w tym kultowe już Good morning Wietnam, które do dzisiaj wybrzmiewa mi w głowie wraz z głosem Robina Williamsa.  Później dowiedziałam się trochę więcej dzięki Jane Fondzie i jej do dziś mocno kontrowersyjnej działalności zaangażowanej politycznie. Poszukałam trochę informacji w internecie, obejrzałam kilka dokumentów, ale przede wszystkim miałam możliwość odwiedzenia Muzeum Pozostałości Wojennych (Nha Trung Bay Toi Ac Chien Tranh) i poznania stanowiska Wietnamczyków.

 

ho chi minch, czyli Sajgon, Muzeum Pozostałości Wojennych

 

ho chi minch, czyli Sajgon, Muzeum Pozostałości Wojennych

 

ho chi minch, czyli Sajgon, Muzeum Pozostałości Wojennych

 

ho chi minch, czyli Sajgon, Muzeum Pozostałości Wojennych

 

ho chi minch, czyli Sajgon, Muzeum Pozostałości Wojennych

 

ho chi minch, czyli Sajgon, Muzeum Pozostałości Wojennych

 

ho chi minch, czyli Sajgon, Muzeum Pozostałości Wojennych

 

ho chi minch, czyli Sajgon, Muzeum Pozostałości Wojennych

 

5) Kawiarnie

Nie pokazuję zdjęć ofiar Agenta Orange, bo są bardzo przerażające. Wyszliśmy stamtąd wyczerpani. Na szczęście tuż za bramą muzeum była kawiarnia z widokiem na piękną zieleń. Tego nam było trzeba przed dalszą drogą.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

6) Architekturę

Teraz już tylko zostało nam podziwianie pięknych budynków i przyrody.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

7) Świątynię buddyjską

Odwiedziliśmy świątynię buddyjską Ngọc Hoàng Pagoda. Otoczona była ogromnymi, starymi drzewami. Skorzystaliśmy więc z cienia i dostępności ławeczek. Mieliśmy też krótką chwilę, aby poobserwować.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

 

8) Rzekę Sajgon

Zrobiliśmy sobie całkiem fajny spacer wzdłuż rzeki Sajgon.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

 

9) ZOO

I zupełnie przypadkowo trafiliśmy do zoo. Było czynne jeszcze tylko przez godzinę, więc zdecydowaliśmy się na bardzo szybki spacer. Niestety nie jest w dobrym stanie i oprócz nas spotkaliśmy tam jedynie kilka osób, ale za to mają imponująca kolekcję zwierząt, w tym białe tygrysy, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon
Czy Wy też widzicie wielkie okulary na tej skale?

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

Natknęliśmy się na całkiem fajne stworzenia unieruchomione i powiem Wam, że tego typu zoo w zupełności by mi wystarczyło :)

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

W zoo był również do zwiedzenia bardzo wiekowy ogród botaniczny.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

 

10) Street Food Market

Po wyjściu z ogrodu zastał nas już bardzo późny zachód słońca. Zanim dotarliśmy do centrum, było już kompletnie ciemno. Udało nam się znaleźć Street Food Market, co mnie bardzo ucieszyło. Miałam go na swojej liście miejsc do zobaczenia i byłam już głodna jak wilk.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon
No i te wietnamskie murale. Jak ja je uwielbiam!

 

12) Miasto nocą

Nocą Ho Chi Minh przybrało zupełnie inny wygląd - wszędzie pojawiły się kolorowe światła.

 

ho chi minh

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

Więcej nocnych fotek możecie sobie obejrzeć na instagramie w rozjazdach.pl

 

Czy warto tak pędzić?

I tak wyglądał nasz pierwszy pełny dzień w Wietnamie. Pewnie moglibyśmy zobaczyć więcej w Ho Chi Minh i w sumie trochę żałuję, że w Sajgonie byliśmy tak krótko, ale przynajmniej jest do czego wracać :)


Gen Podróżnika w wersji na co dzień - rozmowa z Martyną z bloga Life in 20 kg

Dla Martyny z bloga Life in 20 kg podróżowanie to codzienność. Od wyjazdu do Gruzji, co roku zmienia miejsce życia. O nurkowaniu z rekinami, mieszkaniu przez rok bez ciepłej wody oraz innych skutkach jej decyzji przeczytacie poniżej :)

 

wrozjazdach_gen podróżnika

Jak to się stało, że zaczęłaś podróżować?

Wyprowadziłam się z Polski w marcu 2011 r. Dokładnie 2 tygodnie po obronie pracy magisterskiej. Przeprowadziłam się do Gruzji. Najpierw mieszkałam przez 9 miesięcy w Akhaltikhe i byłam wolontariuszką w organizacji zajmującej się aktywizacją i prawami kobiet. W tym czasie gruzińskie Ministerstwo Edukacji i Nauki realizowało program dla obcokrajowców, dzięki któremu przyjeżdżali i uczyli angielskiego w szkołach publicznych. Zgłosiłam się, przeszłam kwalifikacje i przeprowadziłam się na kolejne pół roku do Kutaisi. Jeszcze podczas mojego pierwszego pobytu w Gruzji uczyłam angielskiego moje Gruzinki w organizacji. Doświadczenie w szkole było jednak zupełnie czymś innym. Im dłużej je uczyłam tym bardziej mi się to podobało, a chęć do podróżowania rosła. Dużo moich znajomych, również uczących tego języka, szukało pracy w Azji. Też mnie to zainteresowało. Bardzo chciałam wyjechać do Japonii, ale pamiętam, że Japonia i Korea ostatecznie odpadły, między innymi dlatego, że w tamtych latach wymagano native speakerów i paszportu anglojęzycznego kraju. Finalnie nikt mi nawet nie odpowiedział na moje zgłoszenie.

Jakie miejsce więc wybrałaś?

Znalazłam pracę w Chinach. Wraz z moim ówczesnym partnerem przeprowadziliśmy się na rok do Państwa Środka. Kolejnym nowym adresem zamieszkania stała się Tajlandia, od razu, nawet nie odwiedzając rodziny w Polsce. Pracowałam w zapomnianej przez Boga wiosce rybackiej na południu, która w 2004 r. została doświadczona przez tsunami. Cały czas trwała odbudowa – infrastruktura i budynki już były okej, a my działaliśmy tam społecznie i dla lokalnego społeczeństwa. Przed tsunami niewiele instytucji interesowało się Tajlandią. Po tym wydarzeniu bardzo dużo organizacji pomocy humanitarnej i rozwojowej zostało skierowanych w tamte rejony. Jedna z nich prowadziła centrum dla dzieci niepełnosprawnych. W Tajlandii w 2013 - 2014 roku integracja dzieci niepełnosprawnych nie istniała. To centrum oferowało tym dzieciom, alternatywę od spędzenia całego życia w domu, przykute do łózek. Byli podopieczni na wózkach, z porażeniem mózgowym, z zespołem Downa, z bardzo zaawansowanym autyzmem.

Co robiliście dla dzieciaków?

Organizowaliśmy wraz z ich opiekunami i terapeutami różne zajęcia plastyczne, muzyczne czy sportowe. Ponad to w naszej wiosce prowadziliśmy zajęcia z edukacji prozdrowotnej, uczyliśmy angielskiego w szkole i przedszkolu. W Tajlandii do szkoły mogą iść tylko dzieci z obywatelstwem tajskim, a w naszej wiosce około połowa mieszkańców była pochodzenia birmańskiego i pozbawionych było podstawowej edukacji. Pojawiła się tam organizacja misyjna z Singapuru, która otworzyła szkołę dla dzieci z Birmy i my w tej szkole też uczyliśmy: angielskiego, prowadziliśmy zajęcia sportowe, zajęcia z ochrony środowiska i z edukacji prozdrowotnej. Odwiedzaliśmy centrum dla uchodźców, (nie mylić z obozem dla uchodźców – to zupełnie inna instytucja), gdzie pracowaliśmy z 24 osobami i wyłącznie kobietami i dziećmi. Mężczyźni byli wtrącani do więzienia. Ośrodek na początku stanowił centrum interwencji kryzysowej dla Tajek, ale ponieważ zaistniała taka potrzeba, zaopiekowano się tymi kobietami i dziećmi. Niestety finalnie one również uciekły próbując dostać się do Malezji. Nadzieja karze mi wierzyć, że nie wpadły w ręce handlarzy ludźmi.

wrozjazdach_gen podróżnika

 

Mam nadzieję, że szczęśliwie udało im się dostać do Malezji. A jak wyglądała Twoja przygoda po roku w Tajlandii?

Wróciłam do Polski. Z wyżej wspomnianym partnerem, z którym poznaliśmy się w Gruzji, mieszkaliśmy razem w Chinach (gdzie się zaręczyliśmy) a kolejny rok spędziliśmy osobno (ja w Tajlandii, a on w Kostaryce) spotkaliśmy się w Polsce. Kolejnym życiowym krokiem stała się amerykańska wiza imigracyjna. W ambasadzie powiedziano nam, że proces potrwa 3 miesiące. Pojechał do Stanów, aby się przygotować na mój przyjazd. Wymogi wizowe stanowią, że po przekroczeniu granicy z USA w wizą narzeczeńską w paszporcie, należy wziąć ślub do 90 dni

Zbierałam całą dokumentację do kilkuetapowego procesu wizowego i czekałam na tę wizę w Polsce. Przez kilka miesięcy: jesień, zimę, uczyłam angielskiego. Wiosną przez miesiąc jeździliśmy po zachodnim wybrzeżu Afryki. Z grupą znajomych, z siostrą i obecnym mężem. Przejechaliśmy od Maroka, przez Saharę Zachodnią, Mauretanię, Senegal, aż do Gambii. Zajęło nam to miesiąc. Wróciłam do Polski na miesiąc i wyjechałam znowu do Tajlandii, do innej pracy, organizować obozy dla młodzieży międzynarodowej. Była to praca społeczna z elementami edukacji międzykulturowej i kultury tajskiej. Następnie wybrałam się do Egiptu na 6 tygodni, aby zrobić kolejny kurs nurkowy.

wrozjazdach_gen podróżnika
foto from: Dive +

Czy to był moment, w którym zaczęła się Twoja przygoda z nurkowaniem?

W zasadzie trwa do dzisiaj. Zaczęłam ją w Tajlandii. Moja przyjaciółka tam nurkowała i mnie zaciągnęła na zajęcia. Skończyłam kolejne kursy. Aż stwierdziłam, że chcę zrobić profesjonalny kurs, po skończeniu którego mogłabym pracować jako nurek, jako przewodnik. Wybór padł na Egipt. Po powrocie okazało się, że dostałam wizę do Stanów, której wyrobienie miało zająć 3 miesiące, a trwało to rok i 3 miesiące. Nigdy tam nie pojechałam. Życie różne pisze scenariusze. Zerwałam zaręczyny. Kolejne 2-3 miesiące spędziłam w Polsce. Następnie pracowałam przez rok jako przewodnik po Azji Południowo – Wschodniej: Tajlandia, Kambodża, Malezja. W międzyczasie pojechałam do Tanzanii, organizować obozy młodzieżowe.

wrozjazdach_gen podróżnika

 

Weszłam na Kilimandżaro, stamtąd dostałam się na Zanzibar, gdzie odpoczywałam i nurkowałam. Kolejnym etapem znów była Polska, a jesienią trafiłam do Azji, jako przewodnik. W 2017 rok i w styczniu pojechałam do Meksyku na nurkowy staż instruktorski. Zostałam tam do maja 2018 r. Staż trwał 4 miesiące. Po 2 - tygodniowym kursie instruktorskim zdałam egzaminy, a następnie pracowałam jako instruktorka. Spędziłam miesiąc w Polsce wyjechałam na Fidżi, organizować obozy młodzieżowe, które były związane z ochroną środowiska i rafy koralowej. Po skończeniu kontraktu na Pacyfiku przyleciałam od razu tutaj, na Malediwy w sierpniu 2018 r. Do tej pory mieszkam i pracuję jako instruktorka nurkowania.

Na zdjęciach Twój pobyt na Malediwach wygląda bardzo spoko. Czy tak faktycznie jest?

Nurkuję, więc dla mnie to doskonałe miejsce. Sezon deszczowy się skończył, więc już nie jest depresyjnie, tylko ładnie i słonecznie. Aczkolwiek żyję na małej wyspie, która ma 300 na 400 metrów. Można ją przejść w 15 minut naokoło wolnym krokiem. Trzeba się nastawić i wiele rzeczy sobie w głowie poukładać, lubić ze sobą być, lubić samotność, bo to totalna izolacja od świata.

wrozjazdach_gen podróżnika

 

Co to znaczy?

W lutym miałam kontuzję, sprzęt nurkowy spadł mi na stopę. Na szczęście nie była złamana, ale najbliższy roentgen był w stolicy, godzina lotu samolotem. Gdyby mi się coś poważnego stało, to sytuacja się komplikuje. Tutaj jest tylko hotel, w którym pracuje 160 osób i mamy 53 wille dla gości. To koniec. Na lokalnej wyspie jest klinika, ale pobierają tam krew i przypisują podstawowe leki.

A jak otoczenie?

Na Malediwach jest kilka wysp w okolicy, zamieszkałych przez lokalnych mieszkańców. Tam znajdziesz sklepy oraz domy, miasteczka. Ale wiele wysp przeznaczono tylko na hotele lub są zupełnie niezaludnione.

A pamiętasz, co się wydarzyło, gdy byłaś mała, co ukształtowało twoje życie właśnie w ten sposób? Co sprawiło, że po studiach inżynierskich rzuciłaś wszystko i zaczęłaś podróżować?

Tak jak pisałam u siebie na blogu, te studia były trochę strzałem jak kulą w płot. Skończyłam biotechnologię na politechnice. Następnie studia magisterskie na tej samej uczelni, ale już z zarządzania. To bardziej mnie interesowało, bo pracowałam w organizacji pozarządowej w Polsce i tym się zajmowałam. Jak przypomnę sobie początki, to podróżowanie od zawsze było w moim życiu. Moi rodzice często się przemieszczali, dużo jeździliśmy na rowerach. Oni poznali się w rowerowym klubie studenckim. Zawsze nas gdzieś zabierali.

Koniec komuny i okres przemian to nie był czasy, kiedy wycieczki zagraniczne były czymś na porządku dziennym. Nie to co teraz, że 9 letnie dzieciaki lat były już na Seszelach i Malediwach czy na Hawajach. Mnie rodzice wysyłali pod namiot nad jezioro. Jeździliśmy my w polskie góry, odwiedzaliśmy rodzinę na Mazurach. Biwakowaliśmy nawet u nas na Pomorzu. A to wycieczka do Torunia, za chwilę znowu wycieczka do Warszawy. Tak więc podróże zawsze były obecne w naszym życiu. Mój tata też przez jakiś czas mieszkał w Niemczech, zatem każde wakacje spędzałyśmy tam. Z czasem zaczęły się obozy, które też nie były jakimś wypasem. Najwyżej do Czech, ale była też Słowacja i Ukraina. Dzięki tym wycieczkom stało się dla nas naturalne, że w wakacje gdzieś pojedziemy.

 

wrozjazdach_gen podróżnika

 

A co z nich pamiętasz? Z czym Ci się one kojarzą?

Nienawidziłam chodzić po górach ? Pamiętam, że jak wchodziłyśmy na Trzy Krony, to z patykiem w krzaki biegłam, bo się obrażałam, że muszę iść w górę. Potem były obozy trekkingowe i wspinaczkowe. Na studiach nawet przez jeden semestr należałam do klubu studenckiego wędrówek górskich.

A z jakimi emocjami Ci się kojarzą te pierwsze wyjazdy? Byłaś podekscytowana? Tęskniłaś za rodzicami?

Pierwsze wyjazdy były z nimi, ale kolonie już bez. Ja nie wiem, czy w tamtym wieku się za rodzicami tęskni. Teraz tęsknię za nimi bardziej. Kiedyś jechało się na dwa tygodnie w góry z rówieśnikami i właśnie tak było fajne.

To nie mogły być jakieś wielkie emocje, bo jakoś ich nie pamiętam. W Czechach, trafiliśmy na powódź stulecia. Też trochę nas zalało. Siedzieliśmy w tym czasie w domkach. Dla mnie to były po prostu deszcz, ale rodzice się martwili.

Innym razem podczas obozu na Słowacji chodziliśmy po górach bez kontaktu z rodzicami. Po tygodniu trafiliśmy do cywilizacji, skąd mogliśmy skontaktować się z rodzinami. Dowiedziałam się, że w Gdańsku była powódź. Nikt z nas nic nie wiedział. Dostaliśmy zgodę od opiekunów na dodatkowe pół godziny dzwonienia. Wszystkie telefony naokoło placu zostały przez nas obstawione.

Pamiętam, że z czasem zaczęłam lubić te góry. Spodobało mi się chodzenie.

A co w nich polubiłaś?

Poczucie, że się coś osiągnęło. To widać od razu. Idziesz w góry, jest ciężko, nie chce Ci się iść, jesteś spragniona, pot spływa po każdej możliwej części ciała, na zmianę słońce, deszcz, ulewa. Ale jak wchodzisz na szczyt to ogarnia cię takie bardzo namacalne poczucie, że się udało.

A takiego jest pod wodą?

Ciszę. Jest tak cicho, jak nigdzie indziej. Gdy zanurzają się uszy i później cała głowa, to zaczyna się taka podwodna medytacja. Woda w taki magiczny sposób uspokaja. Wszystko dzieje się dużo wolniej, na przykład ruchy, a nawet myślenie. Czas też płynie wolniej. W tym tygodniu nurkuję z super doświadczonym nurkiem z Austrii, schodzimy pod wodę i się chillujemy. Płyniemy, oglądamy rybki i rafę. Pełen relaks. Z początkującymi kursantami jestem na wyciągnięcie ręki, patrzę im w oczy czy nie ma paniki, czy utrzymują swoją pływalność i czy czują się swobodnie pod wodą, aby przypadkiem gwałtownie nie zanurzyli się za głęboko lub nie wypłynęli niekontrolowanie w górę. Oczywiście taka praca jest bardzo satysfakcjonująca, jednak lubię taki moment, że nie trzeba się o nikogo nad wyraz martwić. Podczas mojego ostatniego urlopu w listopadzie, wybrałam się na tygodniowe safari nurkowe na łodzi. Pierwszego dnia nie mogłam się przestawić ? Patrzyłam na wszystkich nurków czy wszystko gotowe, czy wszyscy są bezpieczni, czy sprzęt został sprawdzony. Po zanurzeniu liczyłam ludzi, pytałam ile powietrza im zostało. Zajęło mi kilka nurkowań, aby przestawić się z trybu pracy na tryb relaksu. Gdy ten moment nastał, cieszyłam się urlopem i światem podwodnym.

wrozjazdach_gen podróżnika

 

Podróżujesz w bardzo nietypowy sposób, ponieważ regularnie zmieniasz miejsca zamieszkania. Co się stało, że chciałaś, aby Twoje życie wyglądało właśnie w ten sposób?

Wydaje mi się, że rok to taki właśnie okres, kiedy cykl się zatacza, kiedy można zaobserwować zmiany w porach roku. Ogarnia mnie wtedy poczucie spełnienia, osiągnięcia czegoś, poznania danego miejsca i jeżeli nie czuję, że chciałabym tu zostać dłużej, to po prostu się przenoszę. To jest powiązane z moimi kontraktami, które na ogół są roczne. Mimo, że wszędzie miałam możliwość przedłużenia umowy i nigdy tego nie zrobiłam. Im bardziej poznaję świat, tym więcej odnajduję miejsc, które chciałabym jeszcze zobaczyć i tyle rzeczy, które chciałabym jeszcze zrobić. Obecnie skupiam się na nurkowaniu, abym jako instruktorka zdobyła doświadczenie w różnych wodach w wielu krajach. Nurkowanie na Malediwach jest zupełnie inne, niż w Meksyku. Nie tylko ze względu na rafy i stworzenia podwodne, ale głównie o prądy. Tutaj panują inne warunki.

Gdzie jest trudniej, które wody są bardziej wymagające?

Wydaje mi się, że na Malediwach. To się wiąże z lokalizacją, ponieważ wyspy zlokalizowane są na środku oceanu. Ulegają wpływowi wielu prądów. Malediwy powstały podczas wybuchów wulkanów – lawa spłynęła po bokach wulkanu i po zetknięciu z wodą zastygła. Naokoło tego, w takim pierścieniu, zwanym atolem, zaczęła powstawać rafa. Sam wulkan zapadł się, natomiast rafa i wyspy zostały. Malediwy składają się z takich pierścieni, które w środku są dość płytkie. Lokalni mieszkańcy mojego atolu twierdzą, że w niektórych miejscach osiąga on 100 m głębokości, inne mogą mieć też 50 m. Natomiast na brzegu, na zewnętrznej części, ściana opada nawet do 2000 metrów, bo to już środek oceanu. Dlatego wpływ prądów morskich jest dużo większy niż w Meksyku. Przed każdym nurkowaniem muszę wskoczyć do wody, z maską i płatwami, i sprawdzić, w którą stronę płynie prąd oraz z jaką siłą. Od tego zależy jak zaplanowane i przeprowadzone będzie to miejsce nurkowe. W Meksyku nie ma tego problemu. Prąd jest w jedną albo drugą stronę, dzięki rafie barierowej masz wrażenie, że płyniesz wzdłuż ściany.

A gdzie jeszcze chciałabyś nurkować?

Na Galapagos – to chyba marzenie każdego nurka. Istnieją takie dwa stworzenia, które chciałabym zobaczyć pod wodą: rekiny młoty i wieloryby humbaki. Humbaka widziałam wcześniej na Islandii, ale tylko z łodzi, a chciałabym z nim nurkować. Najlepszym miejscem, aby je spotkać, są okolice wysp Tonga na Pacyfiku. Niestety to bardzo daleko i dotarcie tam jest bardzo drogie. Młoty mam nadzieję, że zobaczę w kwietniu. Co prawda sezon na nie minął, ale może jakiś się zabłąka. A jak nie, to można je też spotkać na Galapagos. W Afryce Południowej, w RPA, odbywa się Sardine Race. To okres, kiedy ławice sardynek przepływają i w tym czasie rekiny atakują je od dołu, a z góry próbują je złapać ptaki. Sardynki są w potrzasku, ale podobno dla nurków to niesamowite widowisko.

 

wrozjazdach_gen podróżnika

 

A czy to jest bezpieczne?

Raczej tak. Jeśli przestrzega się zasad bezpieczeństwa. W sumie często dostaję takie pytania, bo naokoło naszej wyspy mamy z 15 rekinów. Małych, zupełnie niegroźnych. Ale na urodziny wybieram się na nurkowanie z żarłaczami tygrysimi i musiałam już tatę uspokoić. Moja mama się o mnie nie martwi, ale tata obgryza paznokcie ze stresu. Na szczęście wszystko jest pod kontrolą. Są określone zasady bezpieczeństwa, to płytkie nurkowanie, nigdy nie było ataku na człowieka i nigdy nikt tam nie zginął. Kiedyś byłam przewodnikiem na nurkowaniach z żarłaczem tępogłowym. To duże rekiny, więc można się zacząć stresować.

Widziałam, jak się moi klienci, moi goście zachowywali, czasami stresowali, ale umieli kontrolować emocje. Nie czułam się ani trochę zagrożona. Jak sobie myślę o nurkowaniu z żarłaczami białymi w klatkach w RPA, to ze względów etycznych chyba bym się nie zdecydowała. Rekiny nie atakują, gdy nie czują się zagrożone, więc nie powinno się wpływać na ich terytorium, zaczepiać ich, prowokować, podpływać, kiedy one jedzą. Nie powinno się też ich dotykać, podobnie zresztą jak innych stworzeń, bo to może spowodować u nich agresję, my możemy je skrzywdzić, a one nas.

Tego można się w sumie spodziewać. A jak ludzie zachowują się podczas nurkowania?

Pod wodą trochę inaczej zachowuje się człowiek. Ludzie się ekscytują, czasami się boją lub czują się zagrożeni. Takim książkowym przykładem paniki pod wodą jest zdjęcie maski, wyplucie automatu, wstrzymanie oddechu i wystrzelenie do góry. Zrobienie każdej z tych rzeczy może być niebezpieczne w skutkach. Uszkodzone płuca, co może grozić śmiercią, możesz się udusić, zakrztusić wodą, możesz się utopić to najgorszy scenariusz. Ale tak działa człowiek, że wydaje się, że ekwipunek go ogranicza. Dopóki się tego nie wytrenuje, to panika może się zdarzyć. Wszyscy obowiązkowo ćwiczą: zdejmij maskę pod wodą, wyjmij regulator pod wodą, włóż go z powrotem. Ale w panice człowiek myśli inaczej.

Miałaś kiedyś do czynienia z atakiem paniki u Twoich nurków?

Zdarzali się. Jeden nurek mnie kiedyś pobił pod wodą. Spanikował, ja go próbowałam trzymać, aby nie wyskoczył do góry. Zaczął mnie okładać pięściami. To był duży koleś, amerykański strażak. Później mnie oczywiście przepraszał. Innym razem miałam doświadczonego nurka, który chciał wystrzelić z 30 m w górę, ale udało mi się go opanować. To są ekstremalne sytuacje, z którymi się spotkałam podczas 2 nurkowań z ponad 1200, które odbyłam.

 

wrozjazdach_gen podróżnika
foto from: Dressel Divers International

A zdarzały się problemy ze sprzętem?

Kiedyś chłopakowi zepsuł się automat pod wodą. Automat ma manometr, który pokazuje, ile masz powietrza. Nurkowanie zaczyna się od dwustu barów. Przy 50 barach powinno się zakończyć nurkowanie. Chłopak się nie zorientował, że igła w jego automacie jest nieruchoma od jakiegoś czasu. Pytam się go, ile ma powietrza? Odpowiada, że 90. Oznaczało, że mieliśmy jeszcze trochę czasu. Po chwili przypłynął do mnie i pokazał, że nie ma powietrza. Dałam mu swój zapasowy, bo nurek ma zawsze dwa automaty i skończyliśmy nurkowanie. Później się okazało, że sprzęt był wadliwy. Dbaj o swój sprzęt, a on zadba o ciebie pod wodą.

Na szczęście jesteś przeszkolona jak reagować w takich sytuacjach, ponieważ uspokojenie osoby pod wodą, która zaczyna panikować, może okazać się trudne. Masz w sobie ogromną ciekawość świata i różnych miejsc, Twoja siostra też dużo podróżuje, ale robicie to zupełnie inaczej. Czy według Ciebie są cechy charakteru, które determinują, że będziesz podróżowała i w jaki sposób?

Myślę, że to na pewno kwestia charakteru. Jesteśmy bliźniaczkami, obie podróżujemy i można powiedzieć, że wyssałyśmy to z mlekiem matki. Ale my od zawsze byłyśmy inne. W byciu bliźniakiem ważne jest, aby zachować swoją tożsamość i osobowość, bo ludzie traktują bliźniaki jak jedną osobę. Urodziłyście się tego samego dnia, to na pewno jesteście takie same. Ania bardziej zwracała uwagę na wygląd i blog modowo - lifestylowy, który prowadzi, to jej osobowość. Zawsze bardziej ją niż mnie cechowała przedsiębiorczość, stąd też jej wielki sukces życiowy i osobisty. Obie ciężko pracujemy, ale w inny sposób. Ja robię wszystko po kolei: znajduję pracę, przeprowadzam się i siedzę tam przez rok.

Ania podróżuje inaczej i trochę determinuje to jej pracę. Moje życie zawodowe każe mi siedzieć w miejscu. Nauczyciel angielskiego też dużo nie zarabia, więc moje podróże związane były z budżetem, którym dysponowałam i często kończyło się na wyjazdach backpackerskich: gdzieś stopem, u znajomych na kanapie lub pod namiotem. Czasami nie mogłam pozwolić sobie na wyjście do baru, kupowaliśmy piwo i piliśmy na krawężniku. Teraz mieszkam w 5-gwiazdkowym hotelu, ale moje życie to nie ten sam standard co gości hotelowych. Mój pokój, który dzielę z koleżanką, jest mniejszy niż pokój w akademiku. Łazienkę dzielimy między 8 dziewczyn. Także mimo tego, że mamy zupełnie inne sposoby podróżowania, bardzo dobrze się w nich odnajdujemy.

Jaka Twoim zdaniem jest najważniejsza cecha osób podróżujących?

Tak sobie myślę, że aby podróżować, to trzeba być wytrwałym. Wytrwałym w swoich postanowieniach. Cały czas spotykam ludzi, od których słyszę że też by tak chcieli, „ty to masz super, bo masz pracę jak nieustające wakacje”. A to po prostu praca i każdy raj powszednieje. Ja nie leżę na plaży i nie piję kokosów. Od 2 tygodni nie miałam dnia wolnego. Ostatni mój wolny weekend miałam w 2014 r., a później miałam najwyżej jeden dzień przerwy. Pracuję przeważnie od 8.30 do 18.00.

W Meksyku praca zaczynała się o 7.00, a kończyliśmy niby o 17, ale nigdy tak nie było. Centrum nurkowe zamykaliśmy o 18, a droga powrotna do domu zajmowała kolejne 30 minut. W dzień wolny przeważnie śpię, robię pranie, dzwonię do rodziny i staram się pisać. Bez względu na to, czy jestem na Malediwach, czy byłam w Meksyku. Takie życie wybrałam, ale to nadal życie, nie jest wolne od zmartwień, zmagań czy trudów.

Czyli aby zrealizować marzenia, trzeba być wytrwałym?

Trzeba być wytrwałym, aby te marzenia osiągnąć. Bo Marzenia się nie spełniają ot tak. Trzeba o nie walczyć i pewną cenę zapłacić. Podróżuję, nurkuję i robię to, co kocham, ale zawsze przebywam z dala od rodziny, od przyjaciół. Mojej siostrzenicy jeszcze nie widziałam, a urodziła się w sierpniu. Różne rzeczy mnie omijają. Trzy moje przyjaciółki wzięły ślub, każda mnie poprosiła o bycie świadkową, żadnej nie widziałam na żywo w sukni ślubnej. Także cena jest wysoka, ale mam tego świadomość.

Moje nurkowanie również wymaga zaangażowania, wielu godzin pracy i dużych pieniędzy. Nauczycielka angielskiego nie zarabia kokosów, więc musiałam je odłożyć. Stąd picie piwa na krawężniku, a nie chodzenie na imprezy, bo ważniejsze było dla mnie nurkowanie. Oczywiście rodzina mi pomogła, za co bardzo im dziękuję, ale wiedzieli, że to nie jest tymczasowy kaprys. Mają świadomość, że moją najbliższą przyszłość uzależniam od nurkowania, od miejsc, gdzie mogę zejść pod wodę, gdzie mogę dostać pracę. Oni wiedzą, że temu się poświęcam.

wrozjazdach_gen podróżnika

 

A nie jesteś samotna?

Trzeba lubić być ze sobą. 2 tygodnie wakacji to nie emigracja. Zupełnie inaczej siedzi się samemu kilka lat za granicą. Ludzie się zmieniają. Podczas pół rocznego pobytu w Meksyku zespół w pracy zmienił się trzy razy. Teraz na Malediwach średnio co cztery miesiące ktoś przychodzi lub odchodzi, a ja nie mam tutaj wielu znajomych. Odejście jednej osoby robi różnicę. Teraz moja współlokatorka się wyprowadza, kończy jej się kontrakt i to dla mnie wielka zmiana. Więc trzeba lubić być samą ze sobą i na pewno trzeba umieć się dostosować do wszystkiego, łącznie z tym, że na śniadanie je się noodle i curry. Dzień w dzień. Przez prawie 365 dni w roku. W Meksyku były tacos.

Ja będąc w Wietnamie tęskniłam za schabowym.

A ja, gdzie bym nie była, zawsze tęsknię za serem. Ser: żółty, biały, pleśniowy, brie, dojrzewający, cheddar, zawsze brakuje mi sera. A do tego lubię wino, a ostatnio piłam je w sierpniu. Na Malediwach alkohol jest nielegalny, grozi za to nawet 30 lat do więzienia. Można pić tylko w hotelach, ale ja nie mogę korzystać z baru dla gości. Mamy swój bar dla obsługi, który otwierają codziennie od 21.00 do północy, ale dzisiaj jest zamknięty, bo piątek to dzień modlitw.

Trzeba być mega otwartym i umieć akceptować specyfikę i inność danego kraju.

Zdecydowanie. W Meksyku przez rok żyłam bez ciepłej wody. Nie miałam jej ani w pracy, ani w domu, bo dzięki temu mieszkanie kosztowało 100 dolarów miesięcznie mniej. Wiesz jak zimno jest zimą, gdy nie ma ogrzewania i ciepłej wody? Domy są z dziurami, np. przy prysznicu, bo to są otwory wentylacyjne. Podłoga ma szpary, okna są cienkie albo ich brak lub występuje tam siatka. Budynki nie są dostosowane do zimna. Spędzam cały dzień nurkując i nieważne jak ciepła jest woda (zimą ok. 25 stopni), to po 4, 6, 8 godzinach robi się człowiekowi zimno. Na dużej głębokości ogarnia człowieka przenikający chłód. W Chinach też tak miałam i używałam termoforów. W Gruzji nalewałam wrzątku do butelek i się okładałam nimi w łóżku.

 

wrozjazdach_gen podróżnika

 

I to są właśnie te rajskie podróże. W końcu wrzucasz piękne fotki z niebieską wodą, malowniczą plażą i najdziwniejszymi morskimi zwierzętami.

Pewnie niewiele osób zauważyło, że tutaj zdjęcia są robione tylko z trzech miejsc, bo tylko do nich mam dostęp. To wyspa, ale my nie mamy plaży. Możemy wejść tylko na malutki kawałeczek, a wszystko inne udostępniane jest jedynie gościom.

A sama wybierasz sobie kolejne miejsce do życia?

Dokładnie tak. Ale nie zawsze znajduję tam, gdzie bym chciała. Tutaj trafiłam, bo właśnie na Malediwach była praca. Wcześniej mieszkałam w Tajlandii, ale tam również nie planowałam. Chciałam pojechać do Tanzanii, ale akurat panowała epidemia eboli w Afryce i projekty nie ruszyły. Nie ważne, że na drugim krańcu kontynentu, ale opinia publiczna uważała, że skoro w Afryce to w każdym jej zakątku. Później zaproponowano mi Galapagos, ale musiałam odmówić. Umówiłam się z firmą, że za rok. Niestety rok później mieli komplet zespołu i zaproponowano mi Fidżi. Teraz moim priorytetem jest nurkowanie zatem miejsce zamieszkania uzależniam od tego.

wrozjazdach_gen podróżnika

A poleciłabyś komuś życie podróżnika?

Pewnie! Ja uwielbiam moje życie. Ono nie jest różowe, ale oceniam je jako doskonałe w swej niedoskonałości. Bardzo lubię się uczyć, poznawać różne miejsca i stawiać sobie wyzwania. Widzę w sobie ogromną przemianę przez te 8 lat, moja rodzina i przyjaciele też to zauważyli. Doceniam, jak to buduje charakter i pomaga w życiu. Z podróżowaniem jest trochę tak, jak z wchodzeniem na górę: droga może nie jest idealna, są piękne widoki, ale głównie to pot, ulewa, wiatr, inni turyści. Ale jak już wejdziesz na szczyt, to widzisz wszystko z góry i przede wszystkim czujesz swój osiągnięty cel. Tak samo mam z podróżami, choć wiem, że one nie są dla każdego i takie życie nie każdemu odpowiada, ale uważam, że warto spróbować.


Wielki Mur Chiński - jak się tam dostać?

Cześć,

po powrocie z Azji potrzebowałam chwili, aby ułożyć sobie w głowie to, co się wydarzyło. Jeszcze nie wiem, czy lubię ten kontynent. Do Japonii nie muszę już wracać (choć pewnie jak się taka okazja przydarzy, to nie odmówię), ale o Wietnamie nie mam jeszcze wyrobionego zdania. Tutaj możecie rzucić okiem, jaki był plan.

I w związku z tym, że mam mnóstwo myśli w głowie i jeszcze więcej emocji, zacznę od przygody w Pekinie :)

O 5 rano pojawiliśmy się na lotnisku. Mimo tego, że przeczytałam wiele wpisów na blogach o tym, jak się dostać na Mur, nie było to proste.

Przede wszystkim na lotnisku w Pekinie nie działa Wi-Fi. Można próbować się zalogować, czekać na kod, który przychodzi smsem, to po każdej próbie połączenia się z jakąkolwiek stroną czy aplikacją googlową zostaje się automatycznie wylogowanym. I cała zabawa zaczyna się od początku. Także z reguły pomocna wyszukiwarka google odpadła, google maps czy moje mapy również nie zadziałały. Chcieliśmy ściągnąć maps me, ale sklep z aplikacjami też jest google, więc nie działa. Próba pobrania lokalnej przeglądarki skończyła się fiaskiem, ponieważ wszystko jest po chińsku, więc nie znaleźliśmy też miejsca, gdzie można byłoby zmienić język.

Na szczęście zrobiłam kilka screenów jeszcze w Polsce i na tym się opieraliśmy.

Punkt 1 - zdobądź 24h wizę.

No i zaczęły się schody. Najpierw obsługa lotniska kazała nam stanąć w najdłuższej kolejce na lotnisku. Po podejściu do okienka, powiedzieli, a w zasadzie pokazali, że powinniśmy być w kolejce obok -> Loty tranzytowe, Tajwan i jeszcze jakieś państwo, którego już nie pamiętam. Wydawało mi się to podejrzane, ale kazali, to staliśmy. W okienku otrzymaliśmy info, że powinniśmy pójść jeszcze bardziej w lewo, do kolejnej kolejki. Ciągnęła się na pół lotniska, ale nie mieliśmy wyboru - staliśmy. W pewnym momencie obsługa kazała 90% osób iść. Gdzieś. Pokazali kierunek. Go. Gdy się zorientowaliśmy, że chodziło im o kolejkę 1, wróciliśmy i tam poznaliśmy czteroosobową grupkę młodych ludzi z Łodzi, których przygoda ze zdobyciem wizy wyglądała bardzo podobnie, tylko w trochę innej kolejności. Zgadaliśmy się, że wszyscy mamy 15h i podobny plan - zobaczyć mur w Mutianyu na własne oczy. Razem raźniej pokonywać przeszkody, stawiane przez Chińczyków. Jak już udało nam się dotrzeć do okienka, okazało się, że powinniśmy wypełnić niebieską karteczkę, a nie żółtą, ale to już był nieduży problem. Z wizą w paszporcie (na szczęście jest darmowa) znaleźliśmy się wszyscy ponownie w kolejce nr 1. I finalnie zostaliśmy wpuszczeni ok. 10.00.

To jest jedyne słuszne miejsce, gdzie można zdobyć wizę na 24h. Nie dajcie się przegonić, nie bierzcie numerków. Stawajcie w kolejce i stójcie.

Punkt 2 - dostać się do miasta.

Czyli przejechać lotniskowym pociągiem z terminala T2E na T3C. Tam zaatakowało nas kilku taksówkarzy, którzy całą 6 zawiozą na mur i z powrotem za jedyne 200 CNY, czyli ok. 100 zł za osobę. Gdy zaproponowaliśmy 100 CNY (tyle mniej więcej wyniosła nas podróż w dwie strony za osobę środkami komunikacji), jeden z nich powiedział, że jesteśmy głupi i splunął z oburzeniem... To się nazywa gościnność.

Punkt 3 - komunikacją miejską na mur.

Przeszliśmy ogromną halę, na której jest zarówno kantor jak i bankomat, znaleźliśmy Airport Express bus i za 25 CNY od osoby dojechaliśmy do stacji Dongzhimen. Zajmuje to ok 30 minut. Wtedy tez mieliśmy okazję zobaczyć Chiny po raz pierwszy z bliska :)

lotnisko w pekinie

wielki mur chiński

pekin
Szału nie ma ;)

Następnie przesiedliśmy się do autobusu 916, którym planowaliśmy jechać do stacji Huairou - 12 CNY za osobę. Na szczęście jechała z nami grupka niemieckich turystów, z którymi był przewodnik, więc wiedzieliśmy, gdzie wysiąść.

bus in china

Kolejny punkt to negocjacje z taksówkarzami, aby zawieźli nas na miejsce. Udało się za 80 CNY za przejazd, czyli 13,3 CNY za osobę.

Punkt 4 -  Wielki Mur Chiński, zwany też Murem 10 Tysięcy Li

Teraz już tylko kupujemy bilet za 120 CNY, który obejmuje również bus. Podjechaliśmy 5 minut i mieliśmy do pokonania już jedynie 1235 schodów.

pekin

I powiem Wam, że było warto! Wielki Mur Chiński robi ogromne wrażenie.

wielki mur chiński

wielki mur chiński

wielki mur chiński

Gdy opuściliśmy Wielki Mur Chiński i zeszliśmy na dół w Polsce była 5.12 :D

Droga powrotna minęła nam bez większych problemów. Każdy zapamiętał jakiś szczegół i w 6 osób udało nam się ją bezproblemowo odtworzyć. Na lotnisku byliśmy 4h przed odlotem, więc jeszcze zdążyliśmy wspólnie zjeść obiad. Ekipa z Łodzi poleciała na Filipiny, a przed nami Wietnam.

wielki mur chiński


Wietnam w 12 dni - plan doskonały

Jeszcze tylko 6 dni i Wietnam stanie przed nami otworem! Cała wycieczka zajmie nam 16 dni, ale w samym Wietnamie będziemy 12. Tym razem lecę z T., ale przygotowania są identyczne, jakbym leciała sama ;) Jaram się na maksa, bo nigdy nie byłam w PRAWDZIWEJ AZJI. Byłam w Japonii, ale to się nie liczy. Chcę doświadczyć tego chaosu i brudu, pojeździć skuterem po ulicach, na których jedyną zasadą jest brak jakichkolwiek zasad, zobaczyć Mekong, wodne targi i życie w delcie rzeki, spróbować podobno najlepszej kuchni oraz poobserwować ludzi. To ostatnie lubię najbardziej, ale ponieważ w Wietnamie będę po raz pierwszy i chciałabym zobaczyć wszystko, na "bycie" mogę nie mieć zbyt dużo czasu. Ale gdzieś to wcisnę. Na pewno :)

 

Jeszcze nigdy nie przeczytałam tylu blogów i nie obejrzałam tylu filmów na YouTube, co przed wycieczką do Wietnamu. Po powrocie powiem Wam, czy to było dobre, czy złe. Postanowiłam zrobić plan na bazie informacji zamieszczonych na innych blogach i w ogólnie pojętym internecie, a po powrocie dać Wam znać, co nie wyszło i dlaczego :)  Póki co plan idealny wygląda następująco:

 

Dzień pierwszy

Wylatujemy z Warszawy o 13.00 i pakuję się jedynie w plecak podręczny. Będziemy bardzo dużo się przemieszczać i kilka nocy spędzimy w autobusach lub pociągach. Duży, a przede wszystkim ciężki plecak nie wchodzi w grę. Kto go później będzie nosił? ;)

 

Dzień drugi

Lądujemy o 4:40 na lotnisku w Pekinie i mamy 15 godzin i 40 minut, aby ogarnąć wizę (która na szczęście jest darmowa) i dostać się na Wielki Mur Chiński. Jest kilka miejsc: Jinshanling oraz Simatai - niedawno było w remoncie, więc nie ma o o tym odcinku zbyt wielu informacji, Badaling - podobno bardziej turystyczne i  Mutianyu - tu jest zdecydowanie mniej ludzi, więc to będzie nasz cel. Trudniej się tam dostać, ale my nie damy rady?

Wyjście z lotniska zajmuje 2h i z portu lotniczego należy dostać się linią lotniskową do Dongzhimen (2 przystanki), następnie znaleźć linię 916, jechać nią do samego końca i tam wsiąść w H23 i H24. Bardzo bym chciała skorzystać z wyciągu krzesełkowego, bo uwielbiam takie widoki! Niby wszystko jasne, ale martwi mnie fakt, że wujek google mówi o 6h podróży autobusami, czyli mamy 2h wyjście z lotniska +6j dojazd + 2h na murze + 6h powrót. Z moich obliczeń przekroczyliśmy już czas na przerwę w Pekinie, ale co tam. Innym się udało, więc my też damy radę.

W razie czego w drodze powrotnej możemy skorzystać z przejazdu prywatnego.

O 20.20 mamy lot do Ho Chi Minh - niecałe 5 godzin, aby się przespać i zregenerować siły przed Sajgonem :)

 

mur chiński

 

Dzień trzeci

Na lotnisku jesteśmy o 1 w nocy. Odprawa i te sprawy, więc pewnie koło 4 znajdziemy się w Hostelu Aloha, gdzie wyjątkowo spędzimy 2 noce, za które zapłaciłam 36 zł (2 noce dla 2 osób). Instalujemy Ubera i Graba i mam nadzieję, że to nam ułatwi przemieszczanie się po mieście.

W Sajgonie planujemy zobaczyć:

  1. Nocne oblicze miasta, gdyż śpimy w imprezowej dzielnicy Ben Thanh,
  2. Księgarnię, gdyż mamy do niej 1 km, a ja uwielbiam książki,
  3. Muzeum Wojny,
  4. Notre Dame Cathedral,
  5. Na wielu blogach polecają też Central Post Office i Ratusz, czyli Ho Chi Ming City Hall, ale to pod warunkiem, że będą po drodze,
  6. Ben Thanh Market - 15 minut z buta - na pewno tam będziemy, zwłaszcza, że jest tam pyszna szamka.

A poza tym będziemy się szwendać...

Warto przeczytać:

 

Dzień czwarty

Kawkę i śniadanie pewnie jeszcze zjemy w Sajgonie, ale ok 10.30 zaczniemy kierować się w stronę Delty Mekongu. Pierwszą lokalizacją będzie Sa Dec, czyli kwiatowa wioska. Planujemy się tam dostać z pomocą FUTA Bus Lines. Podróż trwa ok. 3h i kosztuje 210 000 VND, czyli ok. 35 zł za 2 osoby.

Oprócz kwiatowej wioski znalazłam też info, że warto tam zobaczyć antyczny budynek i market. Zobaczymy, pochodzimy i podejmiemy decyzję, czy zostaniemy na noc, czy tego samego dnia pojedziemy do Vinh Long.

 

Dzień piąty

Minie nam pod znakiem organizowania i przeżywania wycieczki /spływu po Mekongu.

Jak to wyglądało?:

 

Mekong

 

Dzień szósty

Chciałabym zobaczyć market w Can Tho. Zobaczymy, czy się uda. Tak czy siak, jemy śniadanie i mkniemy do Mui Ne. Bardzo dużo się naczytałam o tej miejscowości w książce Andrzeja Mellera Czołem, nie ma hien, którą zdecydowanie odradzam. Nie jest dobrym wstępem do zwiedzania Wietnamu. Tak czy siak, Mui Ne chciałabym zobaczyć i piękne białe plaże też.

Wracamy więc do Sajgonu (3h), kawka, może jeszcze jakiś spacer i jedziemy do Mui Ne, jedynie 6h (270 000 VND, czyli ok. 45 zł za 2 osoby)  Tam będziemy odpoczywać, plażować, oglądać białe i czerwone wydmy, a także wąwóz.

 

Dzień siódmy

To Mui Ne ciąg dalszy - chwila relaksu każdemu się należy. Przynajmniej jeden dzień na całą podróż. No dobra, prawie cały, ponieważ o 18.00 jedziemy pociągiem do Da Nang.

 

da nang

 

Czas jazdy: 15h 21 min.

Cena: 1 212 000 VND, czyli ok. 200 zł

Na miejscu będziemy o 10.00, gotowi do podboju świata :) Po przyjeździe spróbujemy się dostać do kompleksu świątyń My Son Temple. I jest szansa, że będziemy się posiłkować skuterem. Nie jestem przekonana do tego rozwiązania, ale niezależność od wietnamskich środków komunikacji jest pociągająca, a w tym wypadku chyba nawet konieczna. Może udałoby się nam zobaczyć jeszcze Marmurowe Góry, kto wie? Po powrocie do Da Nang w planie mamy most - wielką rękę, Pagodę Phap Lam, Dragon Bridge, ale to już nocą i co ważniejsze - z góry. I oczywiście wieczorne życie!

 

Dzień ósmy

Z Da Nang do Hoi An powinniśmy dostać się lokalnym busem za 40 000 VND, czyli ok. 6,60 zł za dwie osoby (coraz bardziej podobają mi się te ceny ;) ). Wynajmujemy rower (o ile kondycja fizyczna pozwoli) lub skuter i mkniemy zobaczyć okoliczne pola ryżowe. Poszukamy też dowodów obecności Kazimierza Kwiatkowskiego.

 

Dzień dziewiąty i dziesiąty

Z Hoi An musimy wrócić do Da Nang, skąd pociągiem przez 13h będziemy jechać do Ninh Binh.

Cena: 1,198,000 VND, czyli niecałe 200 zł za 2 osoby.

 

ninh binh

 

A z Ninh Binh (myślę, że bez zbędnego zwiedzania) pojedziemy do Tam Coc (póki co jeszcze nie wiem jak, może uber zadziała, bo to tylko kilkanaście kilometrów), podziwiać piękne krajobrazy. Wcześniej też podziwialiśmy, ale w tym rejonie podobno przyroda jest obłędna. Skuter można wynająć za 100 000 VND za dzień, czyli 16 zł.

 

Chcielibyśmy przepłynąć Trang An i zobaczyć Hang Mua (widoki z góry warte są wdrapywania), ewentualnie jeszcze Świątynia Bich Dong i Kompleks Bai Dinh.

Warto też wskoczyć do Parku Narodowego Cuc Phuong.

Czy ktoś ma namiary na rozciągacz czasu? W tym rejonie na pewno nam się przyda.

Warto przeczytać:

 

Dzień jedenasty

W nocy z 31 marca na 1 kwietnia jedziemy do górskiej miejscowości Sapa.

Trasa wygląda następująco: Ninh Binh - Hanoi - 2h pociągiem.  Cena: 160 000 NVD, czyli ok. 30 zł za 2 osoby

Hanoi - Sapa - nocny 6-godzinny pociąg (22.00 - 4.00). Cena: 520 000 VND, czyli ok. 85 zł za 2 osoby

Tylko co o 4 rano robić w wiosce w górach, gdzie jest bardziej niż pewne, że będzie zimno.

 

Może od razu spacer do Cat Cat, aby poobserwować poranne życie największej mniejszości etnicznej w okolicy - H'mong ? Zobaczymy, czy nie będzie padało. No i fajnie byłoby zrobić jakiś trekking. Sapa jest dla mnie dość dużą niewiadomą.

Doczytałam się gdzieś, że równie piękne jest Ha Giang, tylko bez takiej liczby turystów. Może spróbujemy?

 

Dzień dwunasty

I znów mamy trochę ruchomy plan, bo albo z 1 na 2 kwietnia pojedziemy do Haiphong, a stamtąd do Cat Ba - nazwę można przetłumaczyć jako "Wyspa Kobiet". Albo zrobimy to dzień później ;) Wszystko okaże się na miejscu - czy wietnamskie góry na granicy z Chinami przypadną nam do gustu.

 

W obu przypadkach droga na Cat Ba będzie podobna:

Sapa - Hanoi - nocny 6-godzinny pociąg (22.00 - 4.00). Cena: 520 000 VND, czyli ok. 85 zł za 2 osoby

Hanoi - Haiphong - autobusem ok. 1h. Cena: 200 000 VND, czyli ok. 35 zł za 2 osoby. Autobusy jeżdżą co pół godziny :)

Haiphong - Cat ba - 5 km spacer z dworca do portu, a czemu nie :) Później już tylko godzina płynięcia i jesteśmy!

 

W skład archipelagu Cat Ba wchodzi 350 wysepek, ale my skupimy się na tej największej :) W planie zwiedzania mamy rzucić okiem na zatokę Ha Long z widokowego Fortu Cannon, zobaczyć jaskinię Quan Y - w czasie II wojny indochińskiej służyła jako sekretny szpital i pospacerować po Parku Narodowym - jest tam zagrożony gatunek małpy: gereza białogłowa. Czyż to nie piękna nazwa? Niestety bardzo rzadko można ją spotkać, gdyż populacja nie przekracza 100 osobników.  Ciekawie brzmi też Żabie Jezioro - Ao Ech, ale oczywiście wszystko zależy od pogody.

 

Warto przeczytać:

 

Dzień trzynasty

Jesteśmy coraz bliżej końca. Jeszcze tylko stolica ;)

Z Cat Ba do Hanoi jest bus - 4h jazdy, 520 000 VND, czyli 120 zł za 2 osoby.

W Hanoi jest dużo świątyń, kilka jezior, stare miasto, no i targi. No i jedzenie.

Warto przeczytać:

 

Dzień czternasty

To relaks, pamiątki, ostatni pyszny posiłek i lecimy na lotnisko. O 21.15 mamy lot do Ho Chi Minh - o 23.25 jesteśmy na miejscu.

Cena: 300 zł za 2 osoby

 

Dzień piętnasty

o 5:40 mamy wylot do Pekinu. Na miejscu jesteśmy o 11:35. 2h czekania na wizę i biegniemy zobaczyć Pekin. W mieście powinniśmy być ok. 14 - 15 i tym razem stawiamy na parki, Świątynię Nieba, jedzenie :)

Po powrocie postaram się napisać post: Piekin 2x po 15h :)

 

Dzień szesnasty

O 2:55 ruszamy w drogę powrotną do Polski. Trzymajcie mocno kciuki!

 

Jak Wam się podoba nasz pomysł na Wietnam?