Delta Mekongu - można również na własną rękę

Delta Mekongu to było moje marzenie. Mimo, iż różne są opinie na jej temat, uważałam, że być w Wietnamie i nie zobaczyć życia, które toczy się w końcowym odcinku tej rzeki, to jak być w Włoszech i nie jeść pizzy ;) Udało nam się dotrzeć do jednego z miasteczek w delcie, tylko co zrobić, aby móc wypłynąć i zobaczyć to, co planowaliśmy?

Wstaliśmy rano, spakowaliśmy manatki i mieliśmy chwilę na podziwianie naszego hotelu. Okazało się, że jest pełen kwiatów i super zadbanej roślinności. Zmienił się tez człowiek na recepcji (O przygodach dnia poprzedniego możecie przeczytać tutaj)- czego chcieć więcej? ;)

 

rośliny Mekong

 

Hasło dnia: czekać

Nowa osoba załatwiła nam taksówkę i prywatny rejs po Mekongu. Musieliśmy tylko poczekać. Ale nie udało nam się dowiedzieć, ile mamy czekać ani na kogo. Wiedzieliśmy sobie na kamyczkach pod hotelem i korzystaliśmy ze słońca. Po ok. 40 minutach przyjechała taksówka. Oczywiście wielką niewiadomą było, gdzie jedziemy. Pan dowiózł nas do portu i bez słowa zostawił. Cumowały tam łódki, które widzieliśmy przed wyjazdem na zdjęciach innych osób. Tego typu pojazdy pływały po Mekongu. Byliśmy coraz bliżej realizacji planu. Ale znów musieliśmy czekać nie wiadomo ile i na kogo.

 

delta Mekongu

 

delta Mekongu

 

Po jakimś czasie przypłynęła nasza łódź z panem, który niestety nie mówił ani słowa po angielsku. No trudno, na migi też można się jakoś dogadać. Kazał nam wsiadać, więc posłusznie załadowaliśmy się do środka. Razem z bagażami oczywiście. W tym momencie zorientowaliśmy się, że mamy prywatny trip - delta Mekongu w kilka godzin :D

 

delta Mekongu

 

Pogoda była idealna. Cieplutko, trochę wietrznie i przede wszystkim bardzo słonecznie. Daszek naszej łajby zagwarantował nam przyjemny dzień.

 

delta Mekongu

 

Łódką po Mekongu - atrakcje

Nie znaliśmy planu wycieczki i nie wiedzieliśmy, ile to będzie trwało. Nie mieliśmy żadnych planów, więc z przyjemnością wysiadaliśmy z łódki i zwiedzaliśmy poszczególne miejsca. A trochę ich było ;)

  • Przepłynięcie małą łódeczką

 

delta Mekongu

 

Mekong

 

  • Zwiedzanie miejsca, gdzie na co dzień odbywa się targ wodny

 

delta Mekongu

 

delta Mekongu

 

delta Mekongu

 

edukacja wietnam

 

  • Przy okazji zobaczyliśmy, jak może wyglądać edukacja w Wietnamie

 

delta Mekongu
Nie ukrywam, że w takich zajęciach chętnie wzięłabym udział :)

 

  • Odwiedzenie hodowli grzybków (podobno bardzo zdrowych),

delta Mekongu

 

  • Ogród liliowy to jedno z piękniejszych miejsc. Dobrze, że akurat kwitły ;)

 

Mekong lilie

 

  • Z perspektywy totalnego amatora - ule mają podobne do naszych

 

Mekong

 

  • Mieliśmy również okazję spróbować herbaty i miodu liliowego. Pycha! I jeszcze ten czarny czosnek.

 

delta Mekongu

 

Mekong
Po tym pięknym miejscu oprowadziła nas przeurocza Wietnamka.

 

  • Kolejnym przystankiem było miejsce dla prawdziwych twardzieli. Zaczęło się niewinnie, prażonym jęczmieniem.

 

Mekong

 

  • Następnie weszliśmy do świata napoi zwierzęco - alkoholowych.

 

alkohol

 

  • Na szczęście na koniec było coś na osłodę

 

Mekong

 

 

W drodze do Mui Ne

To był bardzo miły dzień - temperatura idealna, tempo zwiedzania dostosowane do naszych potrzeb, brak komarów i nieprzyjemnych zapachów. Mimo faktu, że Mekong do najczystszych nie należy i kąpać bym się w nim nie chciała, szczerze polecam poświęcić dzień i zobaczyć, jak żyją ludzie w tej części Wietnamu.

A my tymczasem mkniemy do Mui Ne :)

 

autobus


Sa Dec, Wietnam - czy warto tam jechać?

Sa Dec to urocze miasteczko, położone nad rzeką Mekong. Bardzo chciałam zobaczyć ogród, z którego słynie. W głowie miałam tę ogromną ilość kwiatów, które widziałam na wielu zdjęciach w internecie. Zjedliśmy więc śniadanie w Sajgonie i ruszyliśmy w drogę.

 

Sa Dec Wietnam Mekong
Tak, to własnie ta porcja jedzenia dała nam energię do 22, kiedy zjedliśmy następny posiłek :D

 

Jak dojechać do Sa Dec z Ho Chi Minh?

W sumie bardzo prosto. Dworzec - tam kupujesz bilet - i jedziesz ok. 3h. Można płacić kartą, ale akurat jak my chcieliśmy kupić bilet, to terminal nie działał. Na szczęście na terenie dworca jest bankomat, wiec można wszystko załatwić w miarę sprawnie. Później już tylko czekasz na autobus, który kiedyś przyjedzie. Obsługa i inni pasażerowie są na tyle uprzejmi, że jak powiesz kilku osobom, gdzie jedziesz, to na pewno dadzą Ci znać, jak tylko Twój autobus pojawi się na horyzoncie ;)

 

Sa Dec Wietnam Mekong
Czekamy sobie i obserwujemy

 

W trakcie drogi zatrzymaliśmy się w markecie pośrodku niczego. Mogliśmy zaopatrzyć się we wszystko: od jedzenia, po środku chemiczne i ubranie.

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Co zwiedzić w Sa Dec?

Dojechaliśmy, obczailiśmy kilka ważnych punktów na mapie (w Wietnamie internet jest absolutnie wszędzie) i ruszyliśmy w drogę. Było prawie 40 stopni, a my z plecakami, ale daliśmy radę.

Trasa poprowadziła nas obok świątyni Chùa Kiến An Cung, która została zbudowana w latach 1924-1927 przez Chińczyków z Fujian.

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Pośrodku głównej sali znajdował się ołtarz Quang Tracha Tona Vuonga. Figura została odlana w czerwonym brązie. Postać się uśmiecha i trzyma pas klejnotów. Obok podziwiać możemy dwóch innych bogów.

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Po drugiej stronie ulicy stał piękny mur - pomnik. Był tak duży, że nawet mój szerokokątny obiektyw nie objął całego ;)

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

 

Kolejnym ważnym punktem na mapie Sa Dec był antyczny dom, w którym podziwiać można fotki Huynh Thuy Le i Marguerite Duras. Francuska pisarka urodziła się w kolonialnych Indochinach w 1914 r.  W wieku 15 lat Duras, mieszkając z matką i dwoma braćmi w Sa Dec, rozpoczęła romans z 27-letnim synem bogatego chińskiego właściciela ziemskiego. Ich skandaliczny romans posłużył jako inspiracja do bestsellerowej powieści Duras „Kochanek”, na podstawie której nakręcono film. Podobno we wnętrzu można oglądać fotki kochanków, ale potwierdzić nie możemy, bo nie byliśmy ;)

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

 

Teraz już tylko ogród, długo przeze mnie wyczekiwany. Dzieliła nas od niego jedyne godzina spacerku. Z przerwą na kawę trochę dłużej. Przypomnę, że kawa w Wietnamie jest przepyszna i poprawia nastrój w każdej sytuacji.

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

 

Szliśmy wzdłuż "rzeczki"

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Mijaliśmy zrelaksowanych ludzi

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

I urocze przydomowe ołtarzyki

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Aż wreszcie dotarliśmy do bram...

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Flower Village Park, który podziwiałam na zdjęciach, w rzeczywistości wyglądał tak:

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Kwiatki były, ale na pewno nie w takiej jakości, ilości i kompozycjach, jakich się spodziewałam.

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Nie wiedziałam, czy śmiać się czy płakać. Ale jest nauka: przed wizytą w ogrodach z kwiatami zawsze trzeba sprawdzić, jak prezentują się one w porze roku, w której zamierzamy odwiedzić dane miejsce. Najwidoczniej końcówka marca to nie jest czas kwitnienia w południowym Wietnamie.

 

Z Sa Dec do Vinh Long

Odpoczęliśmy chwilę w pełnym słońcu i ruszyliśmy w drogę powrotną. Niestety nie było tam Ubera ani Graba, nie znaleźliśmy też sensownej trasy do dworca, która poprowadziłaby nas inną częścią miasta. Ruszyliśmy więc dokładnie tą samą trasą, zniesmaczeni, zmęczeni i głodni.

Udało nam się dotrzeć do centrum i ustalić, który bus jedzie do Vinh Long. Rozsiedliśmy się w środku. O klimatyzacji mogliśmy jedynie pomarzyć, a mimo tego w autobusie było zdecydowanie chłodniej. Miałam też chwilę na podziwianie lokalnych zwyczajów religijnych.

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

 

W Vinh Long znów nie dało się znaleźć żadnego kierowcy Ubera ani Graba, a do hotelu mieliśmy 8 km. Tak więc sobie szliśmy, z każdym krokiem coraz bardziej wykończeni, zdemotywowani i głodni. W głowie miałam jeszcze plan na następny dzień - płynąć Deltą Mekongu. Do tej pory nic nie udało nam się ogarnąć. Po drodze nie było miejsca, gdzie moglibyśmy coś przekąsić. Mijaliśmy ludzi, którzy właśnie wracali do domu, kościoły, w których trwały obrzędy, zakłady z mechanikami i dużą liczbą skuterów. Bawiliśmy się z napotkanymi zwierzętami, a jedzenia jak nie było, tak nie ma.

 

Uwaga na jedzenie w Sa Dec

W końcu trafiliśmy na otwarty bar, w którym zamówiliśmy piwo i coś, co na obrazku wyglądało jak mięsko. Wyglądało, bo jak przyszło, to okazało się, że są to najgorszego sortu, trochę surowe podroby. Z całego dania zjedliśmy ogórka i wypiliśmy po 2 piwa. Teraz nie dość, że głodni, to byliśmy jeszcze pijani. A do hotelu wciąż daleko.

 

Sa Dec Wietnam Mekong

 

Na miejscu nikt nie mówił po angielsku, więc próbowaliśmy się porozumieć z pomocą translatora. Niestety nieskutecznie. Nie byliśmy z stanie poprosić młodego człowieka na recepcji o klimatyzowany pokój, a wentylator ledwo dział. W tej sytuacji zrezygnowałam z pytania o wycieczkę po Mekongu. Postanowiłam zobaczyć, co przyniesie jutro...

Plan mieliśmy napięty i była wewnętrzna presja na jego zrealizowanie ;)

 


Ho Chi Minh, czyli Sajgon w 24h - co warto zwiedzić?

Ho Chi Minh - powitanie

Ho chi Minh to cudowne miasto na południu Wietnamu. Znajduje się nad rzeką Sajgon i do 1976 roku pod taką właśnie nazwą figurowało. Po upadku Wietnamu Południowego, w trwającej od 1959 roku II wojnie indochińskiej, zostało nazwane na cześć Ho Chi Minh'a - założyciela i przywódcy Komunistycznej Partii Indochin. Świetne miasto z rewelacyjnymi kawiarniami, bardzo ruchliwe i kolorowe. To tutaj po raz pierwszy poczuliśmy, co ma do zaoferowania Azja.

 

Co jest ważne?

Zanim Wam opowiem resztę, mała dygresja. Dzisiaj przy śniadaniu spytałam T., co najbardziej utkwiło mu w pamięci, jeżeli chodzi o Sajgon i dowiedziałam się, że czyszczenie nóg. Wyobraźcie sobie, że przez cały dzień do T. podchodzili różni ludzi i chcieli mu umyć stopy, bo najzwyczajniej w świecie miał brudne (podobno dlatego, że rano padał deszcz i było błoto, ale ja tam nie jestem pewna :))

 

Co należy zrobić jeszcze na lotnisku?

Po całodniowej wyprawie na mur chiński, dotarliśmy do Sajgonu o 1 w nocy. Na lotnisku przede wszystkim przebraliśmy się w coś, w czym nie zwariujemy w 35 stopniach Celsjusza. Później musieliśmy wymienić dolary, które nam zostały z poprzednich podróży, wypłacić pozostałą część gotówki, potrzebnej do przeżycia najbliższych kilku dni oraz nabyć kartę internetową. Wszystko udało się załatwić bardzo sprawnie, gdyż w porcie lotniczym SGN czynne były tylko te 3 punkty: kantor, bankomat i kiosk. Krzątali się również taksówkarze, bardzo chętni do pomocy, ale ostrzeżeni wiedzieliśmy, że nie możemy im ufać. Nie byliśmy gotowi na negocjacje. Brak snu od 24 godzin dawał się we znaki. Zainstalowaliśmy więc Graba i udaliśmy się do zarezerwowanego dwa tygodnie wcześniej hostelu Aloha Saigon, który miał oczekiwać na nasz przyjazd.

 

Potwierdzenie mailowe to nie wszystko

Niestety nie oczekiwał. Check-in skończył się o 19.00 i nie było już wolnych łóżek. Nasza wcześniejsza korespondencja mailowa i potwierdzenie przyjazdu nie miało znaczenia. Nie ma łóżek i tyle. Jest 3 w nocy, a my znajdujemy się na najbardziej imprezowej ulicy Sajgonu. Postanowiliśmy poszukać czegoś do jedzenia i przekoczować do 7. Na szczęście ulicę dalej, przy Bui Vien, znalazło się dla nas miejsce noclegowe, jednak nie za 36 zł za 2 osoby za 2 noce, ale za 70 zł za 2 osoby za 1 noc. No cóż, niech będzie. Dobrze, że wzięłam ze sobą stopery do uszu :D Tej nocy się przydały (i żadnej innej).

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

Rano okazało się, że widok z okna mieliśmy całkiem przyzwoity, szkoda tylko, że od samego rana lało :) Wyszliśmy poszukać jedzenia, jak na prawdziwych turystów przystało. W sumie marzyłam o kawie, T. o kanapkach i udało nam się zaspokoić oba pragnienia. Wybraliśmy chyba najdroższą knajpę w mieście, ale tak to jest, jak się słabo liczy banknoty z dużą liczbą zer. Kilka przecznic dalej za takie samo śniadanie zapłacilibyśmy 1/3 ceny. No trudno, co zjedzone, to nasze.

 

ho chi minch, czyli Sajgon
Nasze typowo wietnamskie śniadanie ;) Ale tylko na takie się odważyliśmy.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

Co zwiedzić w Ho Chi Minh?

2) Przede wszystkim ulice :)

Zaczęliśmy od spaceru. Początkowo trzymaliśmy się chodnika i już wtedy wyostrzyły nam się zmysły. Wiedzieliśmy, że niebezpieczeństwo może nadejść z każdej strony. Później walczyliśmy o życie przechodząc przez jezdnię. Pewnie wszyscy już wiedzą, że w Wietnamie skutery są absolutnie wszędzie i za nic mają sobie przepisy ruchu drogowego. Na jednym pojeździe siedzi cała czteroosobowa rodzina, ktoś przewozi kosz melonów albo na ramieniu trzyma 5 m rurę.

 

I tak sobie ci ludzie jeżdżą pod prąd na rondzie, na czerwonym świetle, po chodnikach czy torowiskach. Instytucja przejścia dla pieszych bez świateł w zasadzie nie istnieje, a na takim ze światłami też jest duża szansa, że ktoś nagle przejedzie. Co więc należy robić? Po prostu iść. Nie za szybko, nie za wolno, zdecydowanym krokiem przemieszczać się do celu. Można podnieść rękę lub próbować nawiązać kontakt wzrokowy. Nie należy się broń boże zatrzymywać, bo wypadek murowany. Wtedy już na milion procent ktoś Cię rozjedzie. Poniżej jedna ze spokojniejszych ulic, już po zamknięciu targu.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon
Kwiaty mnie urzekają zawsze

 

2) Markety, czyli wietnamskie targi

Szliśmy sobie spokojnie w stronę Ben Thanh Market, ponieważ T. w drodze powrotnej z Wielkiego Muru Chińskiego zgubił kurtkę i mieliśmy nadzieję, że coś uda nam się tam nabyć. Pośród stoisk między innymi z jedzeniem, materiałami, pamiątkami znaleźliśmy stoisko z ubraniami sportowymi. Wiedzieliśmy, że trzeba się targować, ale nie myślałam, że aż tak. Cena wywoławcza 2 000 000 VND. Po naszych minach pani szybko się skorygowała do 1 000 000 VND. Później dowiedzieliśmy się, jacy ładni jesteśmy i cena zeszła do 600 000 VND. W 40 stopniach Celsjusza T. włożył na siebie kurtkę i niestety rękawy okazały się za krótkie, a cała była za szeroka. Nie byliśmy usatysfakcjonowani, więc ładnie podziękowaliśmy. Pani na odchodne zaproponowała 300 000 VND. Nic nie kupiliśmy, ale jest to bardzo ciekawe miejsce do obserwowania ludzi, zarówno sprzedawców, jak i turystów :)

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

3) Pałac Zjednoczenia

Po drodze do Muzeum Wojny mijaliśmy Pałac Zjednoczenia, wybudowany w latach 1868 - 1873. My nie weszliśmy do środka, ze względu na czas, ale podobno warto :)

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

O tym, że jesteśmy już blisko zorientowaliśmy się po murze, który był cały obklejony "biletami" do muzeum - naklejkami z gołębicą - symbolem pokoju.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

4) Muzeum Pozostałości Wojennych (Nha Trung Bay Toi Ac Chien Tranh)

Gdy chodziłam jeszcze do szkoły, a było to bardzo dawno temu, o II wojnie indochińskiej niewiele się mówiło. Widziałam kilka filmów, w tym kultowe już Good morning Wietnam, które do dzisiaj wybrzmiewa mi w głowie wraz z głosem Robina Williamsa.  Później dowiedziałam się trochę więcej dzięki Jane Fondzie i jej do dziś mocno kontrowersyjnej działalności zaangażowanej politycznie. Poszukałam trochę informacji w internecie, obejrzałam kilka dokumentów, ale przede wszystkim miałam możliwość odwiedzenia Muzeum Pozostałości Wojennych (Nha Trung Bay Toi Ac Chien Tranh) i poznania stanowiska Wietnamczyków.

 

ho chi minch, czyli Sajgon, Muzeum Pozostałości Wojennych

 

ho chi minch, czyli Sajgon, Muzeum Pozostałości Wojennych

 

ho chi minch, czyli Sajgon, Muzeum Pozostałości Wojennych

 

ho chi minch, czyli Sajgon, Muzeum Pozostałości Wojennych

 

ho chi minch, czyli Sajgon, Muzeum Pozostałości Wojennych

 

ho chi minch, czyli Sajgon, Muzeum Pozostałości Wojennych

 

ho chi minch, czyli Sajgon, Muzeum Pozostałości Wojennych

 

ho chi minch, czyli Sajgon, Muzeum Pozostałości Wojennych

 

5) Kawiarnie

Nie pokazuję zdjęć ofiar Agenta Orange, bo są bardzo przerażające. Wyszliśmy stamtąd wyczerpani. Na szczęście tuż za bramą muzeum była kawiarnia z widokiem na piękną zieleń. Tego nam było trzeba przed dalszą drogą.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

6) Architekturę

Teraz już tylko zostało nam podziwianie pięknych budynków i przyrody.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

7) Świątynię buddyjską

Odwiedziliśmy świątynię buddyjską Ngọc Hoàng Pagoda. Otoczona była ogromnymi, starymi drzewami. Skorzystaliśmy więc z cienia i dostępności ławeczek. Mieliśmy też krótką chwilę, aby poobserwować.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

 

8) Rzekę Sajgon

Zrobiliśmy sobie całkiem fajny spacer wzdłuż rzeki Sajgon.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

 

9) ZOO

I zupełnie przypadkowo trafiliśmy do zoo. Było czynne jeszcze tylko przez godzinę, więc zdecydowaliśmy się na bardzo szybki spacer. Niestety nie jest w dobrym stanie i oprócz nas spotkaliśmy tam jedynie kilka osób, ale za to mają imponująca kolekcję zwierząt, w tym białe tygrysy, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon
Czy Wy też widzicie wielkie okulary na tej skale?

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

Natknęliśmy się na całkiem fajne stworzenia unieruchomione i powiem Wam, że tego typu zoo w zupełności by mi wystarczyło :)

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

W zoo był również do zwiedzenia bardzo wiekowy ogród botaniczny.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

 

10) Street Food Market

Po wyjściu z ogrodu zastał nas już bardzo późny zachód słońca. Zanim dotarliśmy do centrum, było już kompletnie ciemno. Udało nam się znaleźć Street Food Market, co mnie bardzo ucieszyło. Miałam go na swojej liście miejsc do zobaczenia i byłam już głodna jak wilk.

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon
No i te wietnamskie murale. Jak ja je uwielbiam!

 

12) Miasto nocą

Nocą Ho Chi Minh przybrało zupełnie inny wygląd - wszędzie pojawiły się kolorowe światła.

 

ho chi minh

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

ho chi minch, czyli Sajgon

 

Więcej nocnych fotek możecie sobie obejrzeć na instagramie w rozjazdach.pl

 

Czy warto tak pędzić?

I tak wyglądał nasz pierwszy pełny dzień w Wietnamie. Pewnie moglibyśmy zobaczyć więcej w Ho Chi Minh i w sumie trochę żałuję, że w Sajgonie byliśmy tak krótko, ale przynajmniej jest do czego wracać :)


Wielki Mur Chiński - jak się tam dostać?

Cześć,

po powrocie z Azji potrzebowałam chwili, aby ułożyć sobie w głowie to, co się wydarzyło. Jeszcze nie wiem, czy lubię ten kontynent. Do Japonii nie muszę już wracać (choć pewnie jak się taka okazja przydarzy, to nie odmówię), ale o Wietnamie nie mam jeszcze wyrobionego zdania. Tutaj możecie rzucić okiem, jaki był plan.

I w związku z tym, że mam mnóstwo myśli w głowie i jeszcze więcej emocji, zacznę od przygody w Pekinie :)

O 5 rano pojawiliśmy się na lotnisku. Mimo tego, że przeczytałam wiele wpisów na blogach o tym, jak się dostać na Mur, nie było to proste.

Przede wszystkim na lotnisku w Pekinie nie działa Wi-Fi. Można próbować się zalogować, czekać na kod, który przychodzi smsem, to po każdej próbie połączenia się z jakąkolwiek stroną czy aplikacją googlową zostaje się automatycznie wylogowanym. I cała zabawa zaczyna się od początku. Także z reguły pomocna wyszukiwarka google odpadła, google maps czy moje mapy również nie zadziałały. Chcieliśmy ściągnąć maps me, ale sklep z aplikacjami też jest google, więc nie działa. Próba pobrania lokalnej przeglądarki skończyła się fiaskiem, ponieważ wszystko jest po chińsku, więc nie znaleźliśmy też miejsca, gdzie można byłoby zmienić język.

Na szczęście zrobiłam kilka screenów jeszcze w Polsce i na tym się opieraliśmy.

Punkt 1 - zdobądź 24h wizę.

No i zaczęły się schody. Najpierw obsługa lotniska kazała nam stanąć w najdłuższej kolejce na lotnisku. Po podejściu do okienka, powiedzieli, a w zasadzie pokazali, że powinniśmy być w kolejce obok -> Loty tranzytowe, Tajwan i jeszcze jakieś państwo, którego już nie pamiętam. Wydawało mi się to podejrzane, ale kazali, to staliśmy. W okienku otrzymaliśmy info, że powinniśmy pójść jeszcze bardziej w lewo, do kolejnej kolejki. Ciągnęła się na pół lotniska, ale nie mieliśmy wyboru - staliśmy. W pewnym momencie obsługa kazała 90% osób iść. Gdzieś. Pokazali kierunek. Go. Gdy się zorientowaliśmy, że chodziło im o kolejkę 1, wróciliśmy i tam poznaliśmy czteroosobową grupkę młodych ludzi z Łodzi, których przygoda ze zdobyciem wizy wyglądała bardzo podobnie, tylko w trochę innej kolejności. Zgadaliśmy się, że wszyscy mamy 15h i podobny plan - zobaczyć mur w Mutianyu na własne oczy. Razem raźniej pokonywać przeszkody, stawiane przez Chińczyków. Jak już udało nam się dotrzeć do okienka, okazało się, że powinniśmy wypełnić niebieską karteczkę, a nie żółtą, ale to już był nieduży problem. Z wizą w paszporcie (na szczęście jest darmowa) znaleźliśmy się wszyscy ponownie w kolejce nr 1. I finalnie zostaliśmy wpuszczeni ok. 10.00.

To jest jedyne słuszne miejsce, gdzie można zdobyć wizę na 24h. Nie dajcie się przegonić, nie bierzcie numerków. Stawajcie w kolejce i stójcie.

Punkt 2 - dostać się do miasta.

Czyli przejechać lotniskowym pociągiem z terminala T2E na T3C. Tam zaatakowało nas kilku taksówkarzy, którzy całą 6 zawiozą na mur i z powrotem za jedyne 200 CNY, czyli ok. 100 zł za osobę. Gdy zaproponowaliśmy 100 CNY (tyle mniej więcej wyniosła nas podróż w dwie strony za osobę środkami komunikacji), jeden z nich powiedział, że jesteśmy głupi i splunął z oburzeniem... To się nazywa gościnność.

Punkt 3 - komunikacją miejską na mur.

Przeszliśmy ogromną halę, na której jest zarówno kantor jak i bankomat, znaleźliśmy Airport Express bus i za 25 CNY od osoby dojechaliśmy do stacji Dongzhimen. Zajmuje to ok 30 minut. Wtedy tez mieliśmy okazję zobaczyć Chiny po raz pierwszy z bliska :)

lotnisko w pekinie

wielki mur chiński

pekin
Szału nie ma ;)

Następnie przesiedliśmy się do autobusu 916, którym planowaliśmy jechać do stacji Huairou - 12 CNY za osobę. Na szczęście jechała z nami grupka niemieckich turystów, z którymi był przewodnik, więc wiedzieliśmy, gdzie wysiąść.

bus in china

Kolejny punkt to negocjacje z taksówkarzami, aby zawieźli nas na miejsce. Udało się za 80 CNY za przejazd, czyli 13,3 CNY za osobę.

Punkt 4 -  Wielki Mur Chiński, zwany też Murem 10 Tysięcy Li

Teraz już tylko kupujemy bilet za 120 CNY, który obejmuje również bus. Podjechaliśmy 5 minut i mieliśmy do pokonania już jedynie 1235 schodów.

pekin

I powiem Wam, że było warto! Wielki Mur Chiński robi ogromne wrażenie.

wielki mur chiński

wielki mur chiński

wielki mur chiński

Gdy opuściliśmy Wielki Mur Chiński i zeszliśmy na dół w Polsce była 5.12 :D

Droga powrotna minęła nam bez większych problemów. Każdy zapamiętał jakiś szczegół i w 6 osób udało nam się ją bezproblemowo odtworzyć. Na lotnisku byliśmy 4h przed odlotem, więc jeszcze zdążyliśmy wspólnie zjeść obiad. Ekipa z Łodzi poleciała na Filipiny, a przed nami Wietnam.

wielki mur chiński


Wietnam w 12 dni - plan doskonały

Jeszcze tylko 6 dni i Wietnam stanie przed nami otworem! Cała wycieczka zajmie nam 16 dni, ale w samym Wietnamie będziemy 12. Tym razem lecę z T., ale przygotowania są identyczne, jakbym leciała sama ;) Jaram się na maksa, bo nigdy nie byłam w PRAWDZIWEJ AZJI. Byłam w Japonii, ale to się nie liczy. Chcę doświadczyć tego chaosu i brudu, pojeździć skuterem po ulicach, na których jedyną zasadą jest brak jakichkolwiek zasad, zobaczyć Mekong, wodne targi i życie w delcie rzeki, spróbować podobno najlepszej kuchni oraz poobserwować ludzi. To ostatnie lubię najbardziej, ale ponieważ w Wietnamie będę po raz pierwszy i chciałabym zobaczyć wszystko, na "bycie" mogę nie mieć zbyt dużo czasu. Ale gdzieś to wcisnę. Na pewno :)

 

Jeszcze nigdy nie przeczytałam tylu blogów i nie obejrzałam tylu filmów na YouTube, co przed wycieczką do Wietnamu. Po powrocie powiem Wam, czy to było dobre, czy złe. Postanowiłam zrobić plan na bazie informacji zamieszczonych na innych blogach i w ogólnie pojętym internecie, a po powrocie dać Wam znać, co nie wyszło i dlaczego :)  Póki co plan idealny wygląda następująco:

 

Dzień pierwszy

Wylatujemy z Warszawy o 13.00 i pakuję się jedynie w plecak podręczny. Będziemy bardzo dużo się przemieszczać i kilka nocy spędzimy w autobusach lub pociągach. Duży, a przede wszystkim ciężki plecak nie wchodzi w grę. Kto go później będzie nosił? ;)

 

Dzień drugi

Lądujemy o 4:40 na lotnisku w Pekinie i mamy 15 godzin i 40 minut, aby ogarnąć wizę (która na szczęście jest darmowa) i dostać się na Wielki Mur Chiński. Jest kilka miejsc: Jinshanling oraz Simatai - niedawno było w remoncie, więc nie ma o o tym odcinku zbyt wielu informacji, Badaling - podobno bardziej turystyczne i  Mutianyu - tu jest zdecydowanie mniej ludzi, więc to będzie nasz cel. Trudniej się tam dostać, ale my nie damy rady?

Wyjście z lotniska zajmuje 2h i z portu lotniczego należy dostać się linią lotniskową do Dongzhimen (2 przystanki), następnie znaleźć linię 916, jechać nią do samego końca i tam wsiąść w H23 i H24. Bardzo bym chciała skorzystać z wyciągu krzesełkowego, bo uwielbiam takie widoki! Niby wszystko jasne, ale martwi mnie fakt, że wujek google mówi o 6h podróży autobusami, czyli mamy 2h wyjście z lotniska +6j dojazd + 2h na murze + 6h powrót. Z moich obliczeń przekroczyliśmy już czas na przerwę w Pekinie, ale co tam. Innym się udało, więc my też damy radę.

W razie czego w drodze powrotnej możemy skorzystać z przejazdu prywatnego.

O 20.20 mamy lot do Ho Chi Minh - niecałe 5 godzin, aby się przespać i zregenerować siły przed Sajgonem :)

 

mur chiński

 

Dzień trzeci

Na lotnisku jesteśmy o 1 w nocy. Odprawa i te sprawy, więc pewnie koło 4 znajdziemy się w Hostelu Aloha, gdzie wyjątkowo spędzimy 2 noce, za które zapłaciłam 36 zł (2 noce dla 2 osób). Instalujemy Ubera i Graba i mam nadzieję, że to nam ułatwi przemieszczanie się po mieście.

W Sajgonie planujemy zobaczyć:

  1. Nocne oblicze miasta, gdyż śpimy w imprezowej dzielnicy Ben Thanh,
  2. Księgarnię, gdyż mamy do niej 1 km, a ja uwielbiam książki,
  3. Muzeum Wojny,
  4. Notre Dame Cathedral,
  5. Na wielu blogach polecają też Central Post Office i Ratusz, czyli Ho Chi Ming City Hall, ale to pod warunkiem, że będą po drodze,
  6. Ben Thanh Market - 15 minut z buta - na pewno tam będziemy, zwłaszcza, że jest tam pyszna szamka.

A poza tym będziemy się szwendać...

Warto przeczytać:

 

Dzień czwarty

Kawkę i śniadanie pewnie jeszcze zjemy w Sajgonie, ale ok 10.30 zaczniemy kierować się w stronę Delty Mekongu. Pierwszą lokalizacją będzie Sa Dec, czyli kwiatowa wioska. Planujemy się tam dostać z pomocą FUTA Bus Lines. Podróż trwa ok. 3h i kosztuje 210 000 VND, czyli ok. 35 zł za 2 osoby.

Oprócz kwiatowej wioski znalazłam też info, że warto tam zobaczyć antyczny budynek i market. Zobaczymy, pochodzimy i podejmiemy decyzję, czy zostaniemy na noc, czy tego samego dnia pojedziemy do Vinh Long.

 

Dzień piąty

Minie nam pod znakiem organizowania i przeżywania wycieczki /spływu po Mekongu.

Jak to wyglądało?:

 

Mekong

 

Dzień szósty

Chciałabym zobaczyć market w Can Tho. Zobaczymy, czy się uda. Tak czy siak, jemy śniadanie i mkniemy do Mui Ne. Bardzo dużo się naczytałam o tej miejscowości w książce Andrzeja Mellera Czołem, nie ma hien, którą zdecydowanie odradzam. Nie jest dobrym wstępem do zwiedzania Wietnamu. Tak czy siak, Mui Ne chciałabym zobaczyć i piękne białe plaże też.

Wracamy więc do Sajgonu (3h), kawka, może jeszcze jakiś spacer i jedziemy do Mui Ne, jedynie 6h (270 000 VND, czyli ok. 45 zł za 2 osoby)  Tam będziemy odpoczywać, plażować, oglądać białe i czerwone wydmy, a także wąwóz.

 

Dzień siódmy

To Mui Ne ciąg dalszy - chwila relaksu każdemu się należy. Przynajmniej jeden dzień na całą podróż. No dobra, prawie cały, ponieważ o 18.00 jedziemy pociągiem do Da Nang.

 

da nang

 

Czas jazdy: 15h 21 min.

Cena: 1 212 000 VND, czyli ok. 200 zł

Na miejscu będziemy o 10.00, gotowi do podboju świata :) Po przyjeździe spróbujemy się dostać do kompleksu świątyń My Son Temple. I jest szansa, że będziemy się posiłkować skuterem. Nie jestem przekonana do tego rozwiązania, ale niezależność od wietnamskich środków komunikacji jest pociągająca, a w tym wypadku chyba nawet konieczna. Może udałoby się nam zobaczyć jeszcze Marmurowe Góry, kto wie? Po powrocie do Da Nang w planie mamy most - wielką rękę, Pagodę Phap Lam, Dragon Bridge, ale to już nocą i co ważniejsze - z góry. I oczywiście wieczorne życie!

 

Dzień ósmy

Z Da Nang do Hoi An powinniśmy dostać się lokalnym busem za 40 000 VND, czyli ok. 6,60 zł za dwie osoby (coraz bardziej podobają mi się te ceny ;) ). Wynajmujemy rower (o ile kondycja fizyczna pozwoli) lub skuter i mkniemy zobaczyć okoliczne pola ryżowe. Poszukamy też dowodów obecności Kazimierza Kwiatkowskiego.

 

Dzień dziewiąty i dziesiąty

Z Hoi An musimy wrócić do Da Nang, skąd pociągiem przez 13h będziemy jechać do Ninh Binh.

Cena: 1,198,000 VND, czyli niecałe 200 zł za 2 osoby.

 

ninh binh

 

A z Ninh Binh (myślę, że bez zbędnego zwiedzania) pojedziemy do Tam Coc (póki co jeszcze nie wiem jak, może uber zadziała, bo to tylko kilkanaście kilometrów), podziwiać piękne krajobrazy. Wcześniej też podziwialiśmy, ale w tym rejonie podobno przyroda jest obłędna. Skuter można wynająć za 100 000 VND za dzień, czyli 16 zł.

 

Chcielibyśmy przepłynąć Trang An i zobaczyć Hang Mua (widoki z góry warte są wdrapywania), ewentualnie jeszcze Świątynia Bich Dong i Kompleks Bai Dinh.

Warto też wskoczyć do Parku Narodowego Cuc Phuong.

Czy ktoś ma namiary na rozciągacz czasu? W tym rejonie na pewno nam się przyda.

Warto przeczytać:

 

Dzień jedenasty

W nocy z 31 marca na 1 kwietnia jedziemy do górskiej miejscowości Sapa.

Trasa wygląda następująco: Ninh Binh - Hanoi - 2h pociągiem.  Cena: 160 000 NVD, czyli ok. 30 zł za 2 osoby

Hanoi - Sapa - nocny 6-godzinny pociąg (22.00 - 4.00). Cena: 520 000 VND, czyli ok. 85 zł za 2 osoby

Tylko co o 4 rano robić w wiosce w górach, gdzie jest bardziej niż pewne, że będzie zimno.

 

Może od razu spacer do Cat Cat, aby poobserwować poranne życie największej mniejszości etnicznej w okolicy - H'mong ? Zobaczymy, czy nie będzie padało. No i fajnie byłoby zrobić jakiś trekking. Sapa jest dla mnie dość dużą niewiadomą.

Doczytałam się gdzieś, że równie piękne jest Ha Giang, tylko bez takiej liczby turystów. Może spróbujemy?

 

Dzień dwunasty

I znów mamy trochę ruchomy plan, bo albo z 1 na 2 kwietnia pojedziemy do Haiphong, a stamtąd do Cat Ba - nazwę można przetłumaczyć jako "Wyspa Kobiet". Albo zrobimy to dzień później ;) Wszystko okaże się na miejscu - czy wietnamskie góry na granicy z Chinami przypadną nam do gustu.

 

W obu przypadkach droga na Cat Ba będzie podobna:

Sapa - Hanoi - nocny 6-godzinny pociąg (22.00 - 4.00). Cena: 520 000 VND, czyli ok. 85 zł za 2 osoby

Hanoi - Haiphong - autobusem ok. 1h. Cena: 200 000 VND, czyli ok. 35 zł za 2 osoby. Autobusy jeżdżą co pół godziny :)

Haiphong - Cat ba - 5 km spacer z dworca do portu, a czemu nie :) Później już tylko godzina płynięcia i jesteśmy!

 

W skład archipelagu Cat Ba wchodzi 350 wysepek, ale my skupimy się na tej największej :) W planie zwiedzania mamy rzucić okiem na zatokę Ha Long z widokowego Fortu Cannon, zobaczyć jaskinię Quan Y - w czasie II wojny indochińskiej służyła jako sekretny szpital i pospacerować po Parku Narodowym - jest tam zagrożony gatunek małpy: gereza białogłowa. Czyż to nie piękna nazwa? Niestety bardzo rzadko można ją spotkać, gdyż populacja nie przekracza 100 osobników.  Ciekawie brzmi też Żabie Jezioro - Ao Ech, ale oczywiście wszystko zależy od pogody.

 

Warto przeczytać:

 

Dzień trzynasty

Jesteśmy coraz bliżej końca. Jeszcze tylko stolica ;)

Z Cat Ba do Hanoi jest bus - 4h jazdy, 520 000 VND, czyli 120 zł za 2 osoby.

W Hanoi jest dużo świątyń, kilka jezior, stare miasto, no i targi. No i jedzenie.

Warto przeczytać:

 

Dzień czternasty

To relaks, pamiątki, ostatni pyszny posiłek i lecimy na lotnisko. O 21.15 mamy lot do Ho Chi Minh - o 23.25 jesteśmy na miejscu.

Cena: 300 zł za 2 osoby

 

Dzień piętnasty

o 5:40 mamy wylot do Pekinu. Na miejscu jesteśmy o 11:35. 2h czekania na wizę i biegniemy zobaczyć Pekin. W mieście powinniśmy być ok. 14 - 15 i tym razem stawiamy na parki, Świątynię Nieba, jedzenie :)

Po powrocie postaram się napisać post: Piekin 2x po 15h :)

 

Dzień szesnasty

O 2:55 ruszamy w drogę powrotną do Polski. Trzymajcie mocno kciuki!

 

Jak Wam się podoba nasz pomysł na Wietnam?

 

 


Japonia, a w zasadzie 25 powodów, dla których warto ją odwiedzić

Dlaczego akurat Japonia?

Ja sama z siebie nigdy bym tam nie pojechała, bo nie miałam pomysłu, co można zwiedzić w Japonii? No dobra, może nie nigdy, ale na pewno nie w najbliższym dziesięcioleciu. Sytuacja zmieniła się drastycznie, gdy okazało się, że mamy tam znajomego, który za 3 miesiące planował powrót do Europy. Taka szansa mogła się nie powtórzyć, więc kupiliśmy bilety i polecieliśmy!

No i dobrze zrobiliśmy, bo było bardzo fajnie, a oto dlaczego:

Bo sushi było najtańszą potrawą i smakowało wybornie


Bo 300 km można było zrobić w trochę ponad godzinę

Bo wszystkie obiekty religijne wyglądały dla nas tak samo, więc po pierwszym dniu mogliśmy sobie darować ich zwiedzanie (a wejście do każdego przecież kosztuje)

Bo poznaliśmy historię Wodnych Dzieci

Bo mogliśmy głaskać jelenie do woli (zarówno w Narze, jak i Miyajimie)

Bo przeszliśmy niezliczoną ilość razy przez skrzyżowanie Shibuya, razem z tysiącami innych ludzi


Bo widzieliśmy na własne oczy panie i panów w kimonach. Niestety często byli to turyści ?

 

Bo można było jeść prosto z ulicy (dosłownie), a śmieciarki pachniały i błyszczały im się chromy

Bo spróbowaliśmy wielu pyszności w japońskiej odmianie - o smaku zielonej herbaty - lodów, ciastek, kit katów

Bo popracowaliśmy nad naszą cierpliwością stojąc w najdłuższych kolejkach świata, również w kolejce na polu

Bo wreszcie wiemy jak smakuje ramen, chociaż jedliśmy go w szafce, oddzieleni drzwiczkami

 

Bo Japończycy uśmiechają się do zdjęć i chętnie pozują

Bo kilka razy w tygodniu widzieliśmy górę Fuji z pociągu

Bo zamki tutaj wyglądają trochę inaczej

Bo mieliśmy chwilę zadumy nad ludzką głupotą

Bo codziennie mogliśmy wejść na 42 piętro i podziwiać Tokyo (Dzięki Adam)

 

Bo wiemy już, że wejście do salonu pachinko grozi głuchotą

Bo widzieliśmy, jak niebo łączy się z wodą

tylko trzeba było stanąć tak:

Bo tylko tutaj Disney stworzył park tematyczny Disney See

Bo można było się zgubić w tłumie w chińskiej dzielnicy w Yokohamie

Mam jeszcze kilka powodów, ale chyba z wrażenia nie zrobiłam im zdjęć:)

Bo neony w Tokio są całkiem spoko i mogliśmy podziwiać je codziennie, wracając z dworca kolejowego. Są zdecydowanie ładniejsze niż nasze bilboardy

Bo wiemy, że Japończykom Polska kojarzy się z Auschwitz i Chopinem

Bo kibelek się sam otwierał, podgrzewał, spłukiwał wodę i czyścił

To co? Wybieracie się do Japonii? :)