Gen Podróżnika a dziedziczność - rozmowa z Ewą - Mewą w locie

Wracam do Was z kolejnym wywiadem. Po Ani, Agnieszce, Martynie i Weronice, przyszedł czas na Ewę (Mewa w locie). W jej przypadku Gen Podróżnika z całą pewnością nie został odziedziczony. Jak to się stało, że spakowała plecak i poleciała do Tajlandii? Czego się boi najbardziej i co ją jara? Przeczytajcie :)

Jak to się stało, że zaczęłaś podróżować?

W sumie to nie wiem, bo u mnie w domu nikt nie podróżuje. Mam całą rodzinę domatorów. Mama nie rozumie wyjazdów, wyciągnąć gdzieś moją siostrę to jakaś jazda. Także nie wiem, po kim to mam.

Zaczęło się przypadkiem od wyjazdu do Tajlandii. Mieszkał tam mój znajomy i któregoś dnia napisał, że są bilety czarterowe za 500 zł. I to była moja pierwsza w życiu samotna podróż i na dodatek do Azji.

Kiedy to było?

Stosunkowo niedawno, bo cztery albo pięć lat temu, ale dla mnie to było coś. Jestem laską ze wsi, nigdy nie miałam wakacji, nigdy nigdzie nie jeździłam. No dobra, miałam trip ogórkiem po Europie, ale dotarliśmy tylko do Amsterdamu i się zepsuł. Niby mnie nosiło, ale nie miałam tak, jak niektórzy moi znajomi, którzy całe życie gdzieś wyjeżdżali, coś robili, coś widzieli. Ja nie byłam nigdzie. Raz tata zabrał nas na rodzinną wycieczkę do Lichenia.

Znam te emocje, też jako dziecko miałam podobną historię :D

Chciałabym to podkreślić: do Lichenia! Na zdjęciu pamiątkowym wszyscy pozujemy, a mój tata trzyma obraz Maryi. Najlepsze jest to, że nigdy nie był super religijny.

Zdecydowałaś się jednak samodzielnie pojechać do Tajlandii…

To był dla mnie jakiś kosmos, ta odwaga i w ogóle. Mój znajomy mieszkał w Chiang Mai, a ja wylądowałam w Bangkoku. Nie wiedziałam, czy się dogadam, czy cokolwiek ciekawego się tam wydarzy, ale byłam tak podjarana i dumna z siebie wewnętrznie, że mi się to udaje ogarnąć. Wyszłam z lotniska w Bangkoku, ogarnęłam taksówkę i pojechałam w miejsce, gdzie stały autobusy. Sprawdziłam bilety, wiedziałam o której jest odjazd. Potem dogadałam się z taksówkarzem, aby mi zrobił objazdówkę po mieście. Wszyscy mnie straszyli, abym pamiętała o uruchomieniu taksometru, ja oczywiście pojechałam bez i pan taksówkarz na koniec oddał mi część pieniędzy dlatego, że jestem taka uczciwa i że mu zaufałam. No hit! Ja mam z Tajlandii super wspomnienia.

Gdzie pojechałaś po Bangkoku?

W nocy pojechałam do Chiang Mai. Znajomy dużo pracował, więc miał dla mnie mało czasu. Wszędzie chodziłam sama i byłam z siebie bardzo dumna. Tam po raz pierwszy poczułam głód podróży. Właśnie tam rozbuchała we mnie chęć podróżowania, te emocje i podjarka, że sobie idę ulicą, a tu palmy :D Ja nie wiem, czy ja wcześniej widziałam palmy… Chyba nigdy.

Dla mnie to była taka największa przygoda życia. Znajoma kumpla, z którą się zaprzyjaźniłam, zabrała mnie na wycieczkę do dżungli. Jadłam tam jakieś mrówcze jaja. Byłam mega podekscytowana.

Ale na Tajlandii się nie skończyło...

Wróciłam, miałam nocleg w Polce i od razu poleciałam do Barcelony. Jeszcze z głową w Tajlandii, taka podekscytowana. Wewnątrz mnie obudziło się dziecko, które się mega cieszyło ze wszystkiego, co je otacza. Że totalnie inny świat, że sama, że taki długi lot. To było dla mnie niesamowite. I jeszcze ten maraton, że przylatuję, przepakowuję się i lecę dalej, sprawiło, że zaczęłam chcieć więcej. Od tego się wszystko zaczęło.

Pracowałaś w Niemczech, byłaś w Tajlandii, ale co się stało,
że pokochałaś podróże? Czego oczekiwałaś?

No chyba właśnie niczego. Byłam takim dzieciakiem, który nie widział świata i mnie ciągnęło do wszystkiego. Nie miałam oczekiwań, że coś się gdzieś wydarzy albo że coś konkretnego zobaczę. Mój znajomy mieszkał w Hiszpanii i zaprosili mnie do siebie. Jak tam leciałam, to czułam się totalnie w innym świecie: palmy, dwie wody spotykające się w Tarifie i świadomość, że tam gdzieś płynie prom do Afryki… To było dla mnie tak niepojęte! Czułam się jak dziecko, które czytało o tym w książkach, ale to nie mogło istnieć naprawdę. Nagle znajomy mi mówi, że z miejsca, na które patrzę, wypływają promy do Afryki. To się nie dzieje! Afryka? Przecież ona jest tak daleko.

Podróżowanie bez oczekiwań było bardzo fajne.

Chciałam zobaczyć jak najwięcej, ale nie mogło mnie nic rozczarować, bo ja nie wiedziałam, jak to może wyglądać. A ponieważ muszę być we wszystkim najlepsza, widzieć jak najwięcej i jestem taka mega zachłanna, miałam motywację do zobaczenia kolejnego miejsca, gdy wszyscy z ekipy byli już zmęczeni.

A na jakiej podstawie wybierasz kolejne miejsca?

To są czyste przypadki. Tanzania i Kilimandżaro to cudowny przypadek. Byłam na podwieszanych namiotach w Himalaya Base Camp, poznałam grupę zajebistych lasek, z którymi się na maksa skumałyśmy. Później podczas majowej wędrówki po Tatrach i jedna z nich rzuciła, że przed trzydziestką chce wejść na Kilimandżaro. Ale gdzie, skąd pieniądze, kiedy? Plan zakładał wyprawę we wrześniu. Byłam tak, przerażona, że nie mogłam podjąć decyzji. Wahałam się do ostatniej chwili, ale wiedziałyśmy, że finalnie powiem: TAK. Mimo wszystko sama nie mogłam w to uwierzyć.

W tym roku udało Ci się spełnić jedno ze swoich dużych marzeń...

Tak, były to lasy Amazonii. Odkąd oglądałam Cejrowskiego, latającego po lasach na boso albo w gumiakach, chciałam to zobaczyć. Kilka lat temu poznałam Ewę, która miała dokładnie takie samo marzenie. Ale lata mijały, nic się nie działo. W końcu Ewa do mnie dzwoni: musimy robić Peru. Jedziecie z nami czy nie? Jak mamy jechać? Nie ma forsy, nie jesteśmy przygotowani, temat umarł. Dzwoni do nas za jakiś czas i znów mówi, że musimy jechać. No i się zdecydowaliśmy.

To są cudowne przypadki też dlatego, że spotykam super ludzi na swojej drodze.

Osobiście bardzo lubię zimne kraje, góry, więc chętnie wybieram takie regiony. Szwajcaria była taką destynacją, gdzie bardzo chciałam jechać. Bardzo, bardzo, bardzo. Jak się trafiła okazja, to nie miałam wątpliwości. Islandia też mnie zachwyciła – ta zmienna pogoda, chłodny klimat. Już mieliśmy śnieg. Gdy lecieliśmy do Stavanger w Norwegii, to też byłam strasznie napalona.

A co z takim krajem jak Włochy? Widziałam, że dość często tam bywasz...

Włochy też mi się bardzo podobają, choć jeżdżę tam głównie dla jedzenia. Kocham makaron, kocham pizzę, w ogóle kocham żreć. Jest tam bardzo przyjemny klimat. Staram się wybierać mniej popularne destynacje (o ile takie jeszcze istnieją).  Jak otworzyli Bari i byłam tam 2 czy 3 lata temu, nikt jeszcze tam nie latał. Miałam taką podjarkę, ze fajnie, że jeszcze nigdy o tym nie słyszałam. Zobaczyłam tani bilet i to było to Bari.

Como też chciałam zobaczyć ze względu na góry. Nadmorskie tereny raczej nie, bo ja się po prostu boję wody. Nie wchodzę do mórz, bo mam stracha, że mnie porwie prąd albo coś. Trochę umiem pływać, poruszam się przód, tył. Ale się cykam. Co innego górskie wędrówki, gdzie mogę się zmęczyć, przetyrać, nie mieć siły ruszyć palcem. Lubię to.

Ostatnio byłaś w Umbrii. Co o niej myślisz?

Bardzo mi się spodobała. Wodospad w Terni i okolice tego miasta. Nie mam w ogóle stamtąd zdjęć, bo po pierwsze byłam kierowcą, a po drugie na zdjęciach nie było widać tego piękna i się wkurzałam. Ale cała droga, wielkie zielone góry, ścieżki strome i kręte. Cała Umbria jest tak mało doceniana, a to jest naprawdę przepiękny region. Okolice Narni z położonymi w lesie turbo błękitnymi wodami, gdzie się można kąpać.

Czego tak na prawdę szukasz w podróżach? Co sprawia Ci największą radość?

Myślę, że właśnie to karmienie ciekawości. I świadomość, że nowe czeka za rogiem, że jestem cały czas taka niepewna. Z jednej strony możesz się na coś przygotować, ponieważ świat jest zalany zdjęciami. Możesz sobie wszystko zobaczyć. Ale nikt nie zabierze Ci emocji, które tam powstaną. Właśnie tego dzieciaka, ciekawego, który nie może złapać tchu stojąc na punkcie widokowym albo idąc pod górę, który nie może uwierzyć w to, co widzi. Każde  zobaczone miejsce podsyca moją potrzebę podróżowania.

Zawiodłaś się kiedyś?

Tak… na Islandii. Chociaż to jest jedno z moich ulubionych miejsc, to zorza polarna w wielu przypadkach nie wygląda jak na zdjęciach. Wiadomo, że to zależy od zorzy - bywają bardziej i mniej intensywne. My mieliśmy takiego farta, że widzieliśmy ją trzy lub cztery razy, ale specjalnie celowaliśmy w okres zimowy. No niby każdy Ci mówi, że zdjęcia są specjalnie naświetlane, długi czas, itp. Ale jedziesz i okazuje się, że zorze nie są aż tak spektakularne, jak oczekiwałaś.

Pewnie teraz dużo ludzi mnie zhejtuje, bo jak ktoś widział piękne zorze, to być może mają tak intensywne kolory. W tym samym czasie, w którym my byliśmy, byli inni ludzie i widziałam ich zdjęcia - ich zorza była ekstra, super naświetlona, zielona, podkolorowana, taka fest zorza z marzeń. My wiemy, że ona w realu aż tak nie wyglądała. To nie było jakieś wielkie zawiedzenie, ale to nie było to.

Może takie istnieją ? A czego się boisz w podróżowaniu?

Ja jestem wiecznie wydygana :D Niby taki chojrak ze mnie, ale dużo mam rzeczy, których się boję. Na przykład denerwuję się jak wypożyczam samochód, że coś się z nim stanie. I nieważne, że mam pełny pakiet ubezpieczenia. To nie ma znaczenia. Jak byłyśmy z koleżanką w Toskanii i Umbrii i jechałyśmy taką szutrową drogą, to 30 km/h i więcej nie pojadę. Bo na pewno coś się zniszczy. Po prostu mam łeb panikary jeżeli chodzi o rzeczy związane z odpowiedzialnością. Ale nie boję się kradzieży, staram się być odpowiedzialna i czujna, ale z natury jestem bardzo ufna. Po prostu nie przekreślam ludzi z góry.

Boisz się chodzić samej po nocy?

Raczej się nie boję. Byłam kiedyś sama nad Como i do 22.30 nie mogłam się dodzwonić do hotelu, który wcześniej zarezerwowałam. Hotel znajdował się na górze, 6 czy 7 km od centrum miasta. Był grudzień, w Bellagio o tej porze roku nic się nie dzieje. Musiałam się napić wina i przemyśleć, co teraz zrobić. Niedaleko była winiarnia, więc poszłam sprawdzić.

- Jakie wino? - pyta typek za ladą

- Jakieś takie na dobre myślenie – odpowiadam.

Od słowa do słowa opowiedziałam mu całą historię. Siedziałam u niego z godzinę i rozmawialiśmy. W międzyczasie wysłałam do tego hotelu maila, ale nie dostałam odpowiedzi. Znalazłam nowy pokój, bardzo drogi. Gdy weszłam do środka zadzwonił do mnie ktoś z hotelu.

- Człowieku, już mam nerwy zszarpane, mieliście napisane na stronie, że możecie po kogoś podjechać, nie można się do was dodzwonić.

Po 20 minutach podjeżdża ten typ, skóra, długie siwe włosy, związane w kucyk, dwuosobowy, niski, czarny sportowy samochód. Mój mały plecaczek nie mieścił się nigdzie, musiałam go wziąć pod nogi. Taką miał furę… No i wsiadłam. Wysłałam tylko do domu lokalizację, w co wsiadam i pojechałam. Znajomi twierdzili, że dobrze, że im wysłałam lokalizację, bo przynajmniej by wiedzieli, gdzie szukać zwłok. Tylko tyle mogliby mi pomóc ?

Ale warto było?

No jasne, to jest najlepszy hotel. Zapłaciłam bardzo mało, a on był na górze, z widokiem na jezioro i na wschód słońca. Ja tam umarłam ze szczęścia. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Weszłam na balkon, oglądałam, robiłam zdjęcia, cieszyłam się. No dobra, ile można siedzieć na balkonie, przecież już wszystko widziałam. Wracam, siadam w pokoju… A, jeszcze raz sobie wyjdę :D I tak z dwadzieścia razy wychodziłam i wchodziłam. Każdemu znajomemu wysyłałam inny filmik z widokiem ?

Także niewielu rzeczy się boję w podróży. Jestem panikarą, że coś się zepsuje i aby mi nikt nie kazał pływać. Zwłaszcza we wzburzonym morzu. Lubię na nie patrzeć, ale nie chciałabym w nim pływać, bo się boję, że mnie porwą fale.

Czyli jeszcze może Cię spotkać morska przygoda. W końcu na jachtach nie musisz dotykać wody ? A masz podróżnika, który Cię inspiruje?

Chyba nie… Obserwuję różnych ludzi. Myślę, że lubię coś w Cejrowskim, lubię to takie boso, takie dziko. To jest moje. Wiadomo, że dużo rzeczy jest pod program, ale  podziwiam to próbowanie różnych rzeczy, otwartość, mniejszy lęk.

Jak byłam w lasach w Amazonii, pływałam, chodziłam, ale gdyby mi ktoś powiedział, że jedziesz do Amazonii i tylko z przewodnikiem zostajecie tam przez dwa tygodnie, to idę w to jak w dym. Cejrowski właśnie opowiada o takich historiach, gdzie szedł, kogoś spotkał i dużo się działo. Takie podróżowanie jest dla mnie ekstra, to są historie, które naprawdę chciałabym przeżyć. Trochę dzikie, trochę niebezpieczne, miejsca, gdzie jeszcze nigdy nikt nie dotarł i ten świat jest nieznany.

A jako dziecko obserwowałaś kogoś? Oglądałaś programy
podróżnicze?

Ja nie byłam takim normalnym dzieckiem. Razem z siostrą nie oglądałyśmy telewizji (no może poza wieczorynką), ponieważ miałyśmy wieś. Całe życie spędzałyśmy na zewnątrz. Mając siedem lat jeździłam traktorem. Bardzo szybko nauczyłam się prowadzić samochód, bo trzeba było coś przewieźć na polu. Uważam, że wieś ukształtowała mój charakter. Nie było opcji, aby ktoś czegoś nie umiał, nie można było okazywać słabości.

Nigdy się nie bałam pracy, więc dużo zapierniczałam. Moje dzieciństwo było po prostu inne. Razem z siostrą, bez telewizji, wychowane na książkach. Miałyśmy bardzo bujną wyobraźnię. Mama się bała, że jestem trochę psychiczna. Nawet nie wiesz, jak działa moja wyobraźnia, jak prowadzę samochód w nocy. Staaara! Konie galopują razem ze mną ?

Wiemy już, że bujna wyobraźnia nie przeszkadza, ale jakie
cechy charakteru powinna mieć osoba, która bierze się za podróżowanie?

Wydaje mi się, że podróżować może zacząć każdy, ale powinno się dostosować styl podróżowania do siebie. Jedni wolą na dziko, inni bardziej hotelowo. Chciałabym natomiast ustalić jedną rzecz: nie mylmy podróżowania z wyjazdem na urlop. Jak ktoś mi mówi, że pojechał na all-inclusive i że podróżuje, no to ja przepraszam. Jestem w stanie zaakceptować zwiedzanie za dnia i korzystanie z uroków all-inclusive wieczorem. Ale wyjechanie gdzieś i spędzenie tygodnia czy dwóch w jednym hotelu, to nie jest podróżowanie. Co innego przemieszczanie się od hotelu do hotelu. To, co jest pomiędzy, może być prawdziwą przygodą.

Niezwykle ważne jest nieużalanie się nad sobą. Trzeba być zaradnym i otwartym. Jak ktoś nie jest komunikatywny, to ja nie wiem jak się porozumie. Złota zasada: koniec języka za przewodnika idealnie sprawdza się w podróżach.

Co polecasz ludziom, którzy jeszcze nigdy nie podróżowali?

Zawsze odpowiadam tak samo: kupić bilet.

Ale gdzie?

Gdziekolwiek. Tak, aby po prostu spróbować. Jeżeli nie kupisz biletu, to nigdy nie ruszysz. Nie ma szans. Mając bilet, masz już jakiś ostateczny termin, do którego musisz się wyrobić, odważyć, zmobilizować. To nie musi być odległa destynacja, nie każdy chce się rzucać na głęboką wodę. Wystarczy zrobić ten pierwszy krok. Bilet motywuje – musisz się zorganizować, jakoś tam dotrzeć i przetrwać. Ja bookuję noclegi z minuty na minutę, ale nie zawsze tak było! W Chorwacji miałam pierwszy nocleg, a później chodziłam od domu do domu i negocjowałam ceny. Trzeba mieć bilet i się po prostu odważyć.

A jaką destynację byś poleciła?

Gorce. To są moje ulubione góry i myślę, że ja je sobie ukochałam zupełnie bez powodu. One mają coś takiego, co mnie przyciąga. Z racjonalnych argumentów: mają piękne lasy i bardzo łatwe szlaki, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Poza tym z wielu miejsc widać Tatry.

Jak wyruszasz szlakiem z przełęczy Knurowskiej do Studzionek i potem na Lubań, to idziesz i cały czas widzisz Tatry. Nie wiem czy jest coś lepszego niż droga przez las, przez polany, z widokiem na pasmo Tatr. Nie wyobrażam sobie. W ogóle bardzo polecam Polskę i dlatego stworzyłam hasztag #chwalmyswoje. Chcę pokazywać, że Polska jest sztosem.

Z zagranicznych miejsc, to Szwajcaria jest najlepsza. Jakbym tylko miała pieniądze, to chciałabym tam wracać milion razy. 

Słowenia jest ekstra, zrobiła na mnie super wrażenie. W zeszłym roku mieliśmy zrobić samochodem trasę Czarnogóra i Bośnia, ale niestety zepsuł się w Austrii. Typ, który nigdy nikomu nie pomógł, naprawił nam samochód na trochę, ale musieliśmy dokupić część. Zmieniliśmy więc plan i zamiast takiego dalekiego prucia, zrobiliśmy Słowenię, która totalnie mnie zauroczyła. Wszystko jest tam przepiękne: góry, jeziora, lasy i nawet miasteczka. Część z nich kiedyś należała kiedyś do Włoch, więc są bardzo kolorowe. Mają wąskie uliczki. Poza tym w Piranie moja znajoma siedząc na cyplu widziała delfiny. To jest w ogóle sztos.

Szczerze polecam też Peru i Tanzanię, bo to moje ogromne przygody. Wciąż nie wierzę, że tam byłam. Mam wrażenie, że mi się śniło. Ale uwaga, w Tanzanii, mimo tego, że jest pyszna kawa, ciężko się jej napić. Oni mają teraz fazę na kawę rozpuszczalną.

mewawlocie_peru

A jakie miejsce polecasz pod kątem kulinarnym?

Najlepsze jedzenie jest oczywiście w Tajlandii. W Peru, mimo tego, że jest dużo dobrego jedzenia, czy to ceviche czy komosy ryżowe, to do wszystkiego dają słodkie pieczywo. Na koniec w samolocie dostaliśmy słodkie pieczywo nadziewane mięsem mielonym. Myślałam, że się popłaczę. Tak bardzo chciałam zjeść coś normalnego.

Na co zwracasz szczególną uwagę w nowych miejscach?

Myślę, że jest to aktualnie panująca moda. Na przykład w Peru nigdzie nie zrobisz sobie hybrydy. Nie przywożę pamiątek z podróży, ale lubię kolekcjonować różne doświadczenia, Znam się trochę na robieniu paznokci, wiec chciałam zobaczyć, jak oni to robią. Obeszłam całą Arequipę i tam niestety teraz jest faza na tipsy. Druga moda, która u nas też była – wszyscy noszą zwężane spodnie z cienkiego jeansu z mega niskim stanem, ale bez kieszeni. Są turbo gładkie i eksponują każdą niedoskonałość i krągłość. Jak ktoś kucnie, to już katastrofa. Przy takiej bardziej krągłej budowie ciała Peruwianek pasują idealnie :D

Gdzie będzie Twoja następna podróż?

Z powodu braku pieniędzy, nie ma jeszcze planu. Bardzo bym chciała zrobić objazdówkę po Niemczech. Chce wrócić do tego kraju. Kilka lat temu jeździłam, ale raczej po miastach. Byłam we Francji w Paryżu i w Mec, a także w Luksemburgu. Określiłabym je jako luźne wypady, takie bezpieczne. Przede wszystkim chciałabym tak naprawdę przejechać te Niemcy, zwiedzić miejsca, pogadać, bo po tylu latach znów mam barierę,. I jeszcze teraz mi się wymarzyła Albania.

Marzenia często wydają mi się tak nierealne, że wolę marzyć o realnych rzeczach. W dzieciństwie nigdy nie miałam idola, bo ja nigdy nie myślę o tym, co jest nierealne. Jak uznam, że coś nie ma szansy się wydarzyć, to tego nie ma. Podobnie mam teraz. Jak coś finansowo się nie spina, to po co tracić na to czas. Może kiedyś się uda, ale póki co myślę o czymś, co jest możliwe do zrealizowania teraz.  


Gen Podróżnika czasami ujawnia się od razu - rozmowa z Weroniką Szyszka

Weronika Szyszka zaraz po maturze wybrała się z koleżankami na miesięczną podróż stopem. Chcecie wiedzieć, gdzie była, co zobaczyła i jakie miała przygody? Czytajcie dalej :)

 

gen podróżnika

 

Weroniko, dlaczego zaczęłaś podróżować?

Zawsze byłam ciekawa świata i gdy miałam naście lat, piętnaście, szesnaście, w moim życiu pojawił się Instagram. Zaczęłam obserwować ludzi, którzy mieli gen podróżnika i dużo podróżowali. Fascynowały mnie miejsca, które odwiedzają. Ale zawsze było to dla mnie odległe i nie do spełnienia, ponieważ wiązało się z kosztami. Wcześniej jeździłam z rodzicami na wakacje i miałam świadomość, że jest to bardzo duży wydatek, a więc dopóki nie będę miała stałej pracy i nie będę dorosła, to na pewno nie będę mogła sobie na to pozwolić.

Na szczęście poznałam chłopaka, który był harcerzem i miał doświadczenie w jeżdżeniu stopem. Pierwszy raz pojechaliśmy na Woodstock, później do Pragi. Bardzo mi się to spodobało i w następnym roku zaplanowaliśmy wyprawę do Chorwacji i Czarnogóry. Pojechaliśmy w czwórkę - dwie pary i było to moje pierwsze zetknięcie się z trudami podróży. Zdałam sobie sprawę, że nie jest tak piękne, jak się wszystkim wydaje. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że była to dla mnie szkoła życia, ale mimo wszystko złapałam bakcyla.

Rok później ruszyłam w drogę z moimi dwiema przyjaciółkami i w moim odczuciu była to dużo ciekawsza, fajniejsza i bardziej niebezpieczna przygoda. Nic się co prawda nie wydarzyło, ale dużo rzeczy mogło.

 

gen podróżnika

 

Ja również kilka razy jeździłam stopem i przy takim sposobie przemieszczenia się ryzyko zawsze jest gdzieś w tle .

Ogólnie wszędzie może się nam stać coś złego, ale podczas podróży ryzyko jest podwyższone, więc należy uważać bardziej, ale bez przesady. Trzeba po prostu być ostrożnym.

 

A gdzie byłaś z rodzicami i co pamiętasz z tych podróży?

Nic spektakularnego, takie typowe wczasy: Turcja, Tunezja. Raz pojechałam z mamą i bratem do Tajlandii. W sumie było fajnie, ale spędziliśmy cały czas w jednym miejscu. Miałam ochotę wziąć plecak, wsiąść do pociągu i gdzieś pojechać. Wiem, że kiedyś tam wrócę i zrobię sobie objazdowy trip po swojemu.

Czyli rodzice nauczyli Cię wyjeżdżać, ale raczej odpoczywać w nowym miejscu, niż szukać przygód?

Dokładnie. To przyjaciele pokazali mi inny sposób na podróżowanie. Wewnątrz siebie zrozumiałam, z czego tak właściwie czerpię przyjemność. Przez to, że byłam młoda, nie miałam stałej pracy ani zamożnych rodziców, wydawało mi się, że podróżowanie jest niemożliwe. Dopiero jeżdżenie stopem, z namiotem w plecaku było na miarę moich możliwości finansowych. I do tego jest dużo fajniejsze.

 

A pamiętasz swoją pierwszą podróż z czasów dziecięcych?

Pamiętam, jak pojechaliśmy do Chorwacji samochodem. Rodzice wynajęli apartament na 10 dni. Głównie plażowaliśmy i dla dziesięciolatki to była adekwatna rozrywka ?

 

A teraz co Ci teraz sprawia największą przyjemność w podróżowaniu?

Trudno powiedzieć. Na pewno lubię wolność, ponieważ ja nigdy nie mam planu. Uwielbiam szukać informacji o danym miejscu w internecie, ale jeszcze nigdy się tak nie zdarzyło, że ten wstępny zamysł został zrealizowany. Bardzo lubię spontaniczność, to, że nie wiem, gdzie ani z kim będę jutro. Dużą przyjemność mi sprawia poznawanie nowych ludzi.

 

gen podróżnika

 

W podróży z przyjaciółkami na promie na Kefalonię (na którą płynęłyśmy tylko dlatego, że przypadkiem znalazłyśmy się w porcie i dotarcie tam było najtańsze) poznałyśmy 62-letniego dziadka, który wracał po dziesięciu miesiącach ze Stanów Zjednoczonych. W USA pracuje i na wakacje przylatuje do miejsca, gdzie się urodził. Po wstępnej rozmowie o naszej podróży, zaproponował, że nas podwiezie na plażę (gdzie z reguły rozbijałyśmy namiot). Zostawił nam numer do siebie, gdybyśmy jednak zdecydowały się nocować w domu. Po zbiorowej naradzie zdecydowałyśmy się skorzystać z propozycji. Zostałyśmy u niego pięć dni. Nie chciał pieniędzy ani za nocleg, ani za jedzenie. Pokazał nam atrakcje na wyspie, zabrał do lokalnych winiarni. Dzięki temu, że miał samochód, mogłyśmy zaprawdę dobrze poznać Kefalonię. Jedyne, co mogłyśmy mu dać w zamian, to towarzystwo. To było cudowne doświadczenie i dzięki temu, że zaoszczędziłyśmy trochę pieniędzy, mogłyśmy wydłużyć sobie wakacje.

 

Poznawanie nowych ludzi to jest coś, co bardzo lubię. Cieszę się, gdy mogę zrozumieć ich mentalność, kulturę, realia życia. Nie wyobrażam sobie, że ktoś w Polsce mógłby mi zaproponować darmowy nocleg, bo jestem z plecakiem i podróżuję.

 

Rozumiem, że na propozycje losu, reagujesz raczej pozytywnie?

Tak, jestem otwarta na zmiany i zwracam uwagę na to, co się w mojej podróży dzieje niespodziewanie.

 

gen podróżnika

 

Czy podróże są dla Ciebie ważne?

Biorąc pod uwagę moje dzieciństwo, bardzo chciałabym, aby moje życie było stabilne. Już teraz dużo myślę o zapewnieniu sobie komfortowej sytuacji finansowej. Mimo tego, że bardzo lubię podróże i na pewno będę to robić, nie chcę być zawodowym podróżnikiem. Planuję na stałe zamieszkać w jakimś ciepłym kraju, na przykład w Hiszpanii lub Portugalii. Docelowo marzę do dużej rodzinie i chciałabym dobrze wychować gromadkę dzieci, a poznawanie nowych krajów potraktować jak wakacje. Chcę zobaczyć jak najwięcej w życiu, ale tak na spokojnie.

 

W poprzednim wywiadzie Martyna Skura opowiadała, że zarówno ona, jak i jej siostra są bardzo ciekawe świata. Czy Twoje rodzeństwo też ma potrzebę podróżowania?

Mój młodszy brat nie wykazuje takiego zainteresowania ?

 

Wasi rodzice wychowywali Was podobnie, wyjeżdżaliście na wakacje wszyscy razem. Jak myślisz, które cechy charakteru determinują chęć podróżowania? Dlaczego Ty to lubisz, a on nie?

Jeżeli chodzi o podróżowanie, które ja sobie wybrałam, to kluczową cechą jest niska granica komfortu, zwłaszcza jeżeli chodzi o kobiety. Wydaje mi się, że u mężczyzn jest to bardziej popularne. I oczywiście odwaga. Trzeba się przełamać, wyjść poza granicę tego, co się zna, poza własne miasto i grupę przyjaciół.

 

A z kim lubisz podróżować?

Z dziewczynami – z moimi przyjaciółkami. Długo zastanawiałyśmy się gdzie wyjechać. Temat podróży stopem przewijał się w zasadzie przez całą klasę maturalną. Miałyśmy w związku z tym wiele konfliktów, jednak wyczekiwanie i planowanie pomogło przetrwać nam ten najtrudniejszy rok licealny. Wiedziałyśmy, że będzie to wypad niskobudżetowy, ponieważ żadna z nas z powodu nauki nie pracowała. Zaczęłyśmy szukać taniego biletu lotniczego tylko w jedną stronę, ponieważ planowałyśmy stopniowo wracać stopem do Gdyni. Za 160 zł za osobę kupiłyśmy lot do Aten. Dwa dni po ostatnim egzaminie siedziałyśmy już na lotnisku z plecakami wypchanymi makaronami, sosami w proszku, miałyśmy kuchenkę turystyczną, namiot i śpiwory ? Nie wiedziałyśmy, co nas czeka. Wiedziałyśmy, ze nie będzie nas trzy tygodnie. Na lotnisku zastanawiałyśmy się gdzie pojedziemy jutro, gdzie za tydzień, przez jakie kraje możemy wracać?

 

Finalnie trasa wyglądała tak: Grecja, Czarnogóra, Albania, Chorwacja. Ku naszemu zaskoczeniu najbardziej polubiłyśmy Albanię. Wszystkie mity, jakie słyszałyśmy wcześniej o tym kraju, zostały obalone. Okazała się najcudowniejsza ze względu na ludzi, których tam poznałyśmy. To był najbardziej życzliwy naród, z jakim się zetknęłam. Podróż stopem była niezwykle prosta. Z reguły czekałyśmy około 5 minut, najdłużej 20 minut. W Grecji zdarzyło nam się łapać stopa przez 5 godzin. W Albanii zdarzyło nam się próbować łapać stopa na totalnym pustkowiu, na którym nic nie jeździło. Widząc przejeżdżający autobus opuściłyśmy rękę, ponieważ środki komunikacji publicznej wiążą się z opłatą za bilet, a nie o to nam chodziło. Kierowca zgodził się podwieźć nas za darmo. W autobusie poznałyśmy 5 ludzi, którzy jechali nad morze. Mieli zarezerwowany apartament i zaproponowali nam, abyśmy się dołączyły. Zapłaciłyśmy 6 euro za noc za własny pokój z łazienką. Poimprezowaliśmy trochę, pokazali nam też kilka ciekawych miejsc.

 

gen podróżnika

 

Z ciekawszych przygód policjanci na granicy albańsko – czarnogórskiej zaproponowali nam nocleg. Nie skorzystałyśmy, ponieważ przyjechał samochód do miejsca, gdzie chciałyśmy jechać. A szkoda :)

 

Przekraczałam też granicę za zasłoniętymi kotarkami na kozetce tira – wtedy się nawet trochę bałam. Nie wiem dlaczego, ale nie czułam się komfortowo.

 

A gdyby Twoje 19-letnie dziecko powiedziało Ci, że planuje wycieczkę stopem do Albanii – zgodziłabyś się?

Nie :)  Jak z perspektywy czasu pomyślę sobie, jak wyglądała ta wyprawa, to nie puściłabym swojego dziecka.

 

A co byś mu poleciła? Jakie wskazówki dała?

Jakby się już uparło…  Po powrocie zdałam sobie sprawę, że podczas wakacji byłyśmy bardzo aktywne w mediach społecznościowych. Teraz myślę, że to nie było zbyt rozsądne, bo po udostępnieniu lokalizacji (a przypomnę, że byłyśmy tam we trzy dziewiętnastoletnie dziewczyny) wielu mężczyzn do nas pisało wiadomości. Nie zwracałyśmy na to uwagi, ale ktoś mógł bez problemu nas namierzyć i przyjść, chociażby w nocy i wiedząc, kto tam śpi, bez skrupułów zajrzeć nam do namiotu. To było bardzo głupie i przed takim działaniem przestrzegłabym swoje dziecko.

 

A miałyście osobę, która wiedziała, jakie są Wasze plany, gdzie Was szukać w razie czego?

Niestety nie, ponieważ my nie wiedziałyśmy, gdzie będziemy. Często pytałyśmy się ludzi o rekomendacje, co warto w okolicy zobaczyć.

 

Jak myślisz, istnieje coś takiego jak gen podróżnika?

Mam nadzieję, że tak i że moje dzieci go będą miały ?, choć ja nie wiem po kim miałabym go odziedziczyć. Wydaje mi się, że jestem pierwszą osobą w mojej rodzinie, która podróżuje.

 

A zdradzisz nam, co teraz planujesz?

Teraz wszystkie moje fundusze pochłaniają studia, ponieważ ja się utrzymuję sama. Przez pierwszą część wakacji planuję pracować i ostatni miesiąc przeznaczyć na naukę serfowania w Maroko albo w Portugalii.


Gen Podróżnika w wersji na co dzień - rozmowa z Martyną z bloga Life in 20 kg

Dla Martyny z bloga Life in 20 kg podróżowanie to codzienność. Od wyjazdu do Gruzji, co roku zmienia miejsce życia. O nurkowaniu z rekinami, mieszkaniu przez rok bez ciepłej wody oraz innych skutkach jej decyzji przeczytacie poniżej :)

 

wrozjazdach_gen podróżnika

Jak to się stało, że zaczęłaś podróżować?

Wyprowadziłam się z Polski w marcu 2011 r. Dokładnie 2 tygodnie po obronie pracy magisterskiej. Przeprowadziłam się do Gruzji. Najpierw mieszkałam przez 9 miesięcy w Akhaltikhe i byłam wolontariuszką w organizacji zajmującej się aktywizacją i prawami kobiet. W tym czasie gruzińskie Ministerstwo Edukacji i Nauki realizowało program dla obcokrajowców, dzięki któremu przyjeżdżali i uczyli angielskiego w szkołach publicznych. Zgłosiłam się, przeszłam kwalifikacje i przeprowadziłam się na kolejne pół roku do Kutaisi. Jeszcze podczas mojego pierwszego pobytu w Gruzji uczyłam angielskiego moje Gruzinki w organizacji. Doświadczenie w szkole było jednak zupełnie czymś innym. Im dłużej je uczyłam tym bardziej mi się to podobało, a chęć do podróżowania rosła. Dużo moich znajomych, również uczących tego języka, szukało pracy w Azji. Też mnie to zainteresowało. Bardzo chciałam wyjechać do Japonii, ale pamiętam, że Japonia i Korea ostatecznie odpadły, między innymi dlatego, że w tamtych latach wymagano native speakerów i paszportu anglojęzycznego kraju. Finalnie nikt mi nawet nie odpowiedział na moje zgłoszenie.

Jakie miejsce więc wybrałaś?

Znalazłam pracę w Chinach. Wraz z moim ówczesnym partnerem przeprowadziliśmy się na rok do Państwa Środka. Kolejnym nowym adresem zamieszkania stała się Tajlandia, od razu, nawet nie odwiedzając rodziny w Polsce. Pracowałam w zapomnianej przez Boga wiosce rybackiej na południu, która w 2004 r. została doświadczona przez tsunami. Cały czas trwała odbudowa – infrastruktura i budynki już były okej, a my działaliśmy tam społecznie i dla lokalnego społeczeństwa. Przed tsunami niewiele instytucji interesowało się Tajlandią. Po tym wydarzeniu bardzo dużo organizacji pomocy humanitarnej i rozwojowej zostało skierowanych w tamte rejony. Jedna z nich prowadziła centrum dla dzieci niepełnosprawnych. W Tajlandii w 2013 - 2014 roku integracja dzieci niepełnosprawnych nie istniała. To centrum oferowało tym dzieciom, alternatywę od spędzenia całego życia w domu, przykute do łózek. Byli podopieczni na wózkach, z porażeniem mózgowym, z zespołem Downa, z bardzo zaawansowanym autyzmem.

Co robiliście dla dzieciaków?

Organizowaliśmy wraz z ich opiekunami i terapeutami różne zajęcia plastyczne, muzyczne czy sportowe. Ponad to w naszej wiosce prowadziliśmy zajęcia z edukacji prozdrowotnej, uczyliśmy angielskiego w szkole i przedszkolu. W Tajlandii do szkoły mogą iść tylko dzieci z obywatelstwem tajskim, a w naszej wiosce około połowa mieszkańców była pochodzenia birmańskiego i pozbawionych było podstawowej edukacji. Pojawiła się tam organizacja misyjna z Singapuru, która otworzyła szkołę dla dzieci z Birmy i my w tej szkole też uczyliśmy: angielskiego, prowadziliśmy zajęcia sportowe, zajęcia z ochrony środowiska i z edukacji prozdrowotnej. Odwiedzaliśmy centrum dla uchodźców, (nie mylić z obozem dla uchodźców – to zupełnie inna instytucja), gdzie pracowaliśmy z 24 osobami i wyłącznie kobietami i dziećmi. Mężczyźni byli wtrącani do więzienia. Ośrodek na początku stanowił centrum interwencji kryzysowej dla Tajek, ale ponieważ zaistniała taka potrzeba, zaopiekowano się tymi kobietami i dziećmi. Niestety finalnie one również uciekły próbując dostać się do Malezji. Nadzieja karze mi wierzyć, że nie wpadły w ręce handlarzy ludźmi.

wrozjazdach_gen podróżnika

 

Mam nadzieję, że szczęśliwie udało im się dostać do Malezji. A jak wyglądała Twoja przygoda po roku w Tajlandii?

Wróciłam do Polski. Z wyżej wspomnianym partnerem, z którym poznaliśmy się w Gruzji, mieszkaliśmy razem w Chinach (gdzie się zaręczyliśmy) a kolejny rok spędziliśmy osobno (ja w Tajlandii, a on w Kostaryce) spotkaliśmy się w Polsce. Kolejnym życiowym krokiem stała się amerykańska wiza imigracyjna. W ambasadzie powiedziano nam, że proces potrwa 3 miesiące. Pojechał do Stanów, aby się przygotować na mój przyjazd. Wymogi wizowe stanowią, że po przekroczeniu granicy z USA w wizą narzeczeńską w paszporcie, należy wziąć ślub do 90 dni

Zbierałam całą dokumentację do kilkuetapowego procesu wizowego i czekałam na tę wizę w Polsce. Przez kilka miesięcy: jesień, zimę, uczyłam angielskiego. Wiosną przez miesiąc jeździliśmy po zachodnim wybrzeżu Afryki. Z grupą znajomych, z siostrą i obecnym mężem. Przejechaliśmy od Maroka, przez Saharę Zachodnią, Mauretanię, Senegal, aż do Gambii. Zajęło nam to miesiąc. Wróciłam do Polski na miesiąc i wyjechałam znowu do Tajlandii, do innej pracy, organizować obozy dla młodzieży międzynarodowej. Była to praca społeczna z elementami edukacji międzykulturowej i kultury tajskiej. Następnie wybrałam się do Egiptu na 6 tygodni, aby zrobić kolejny kurs nurkowy.

wrozjazdach_gen podróżnika
foto from: Dive +

Czy to był moment, w którym zaczęła się Twoja przygoda z nurkowaniem?

W zasadzie trwa do dzisiaj. Zaczęłam ją w Tajlandii. Moja przyjaciółka tam nurkowała i mnie zaciągnęła na zajęcia. Skończyłam kolejne kursy. Aż stwierdziłam, że chcę zrobić profesjonalny kurs, po skończeniu którego mogłabym pracować jako nurek, jako przewodnik. Wybór padł na Egipt. Po powrocie okazało się, że dostałam wizę do Stanów, której wyrobienie miało zająć 3 miesiące, a trwało to rok i 3 miesiące. Nigdy tam nie pojechałam. Życie różne pisze scenariusze. Zerwałam zaręczyny. Kolejne 2-3 miesiące spędziłam w Polsce. Następnie pracowałam przez rok jako przewodnik po Azji Południowo – Wschodniej: Tajlandia, Kambodża, Malezja. W międzyczasie pojechałam do Tanzanii, organizować obozy młodzieżowe.

wrozjazdach_gen podróżnika

 

Weszłam na Kilimandżaro, stamtąd dostałam się na Zanzibar, gdzie odpoczywałam i nurkowałam. Kolejnym etapem znów była Polska, a jesienią trafiłam do Azji, jako przewodnik. W 2017 rok i w styczniu pojechałam do Meksyku na nurkowy staż instruktorski. Zostałam tam do maja 2018 r. Staż trwał 4 miesiące. Po 2 - tygodniowym kursie instruktorskim zdałam egzaminy, a następnie pracowałam jako instruktorka. Spędziłam miesiąc w Polsce wyjechałam na Fidżi, organizować obozy młodzieżowe, które były związane z ochroną środowiska i rafy koralowej. Po skończeniu kontraktu na Pacyfiku przyleciałam od razu tutaj, na Malediwy w sierpniu 2018 r. Do tej pory mieszkam i pracuję jako instruktorka nurkowania.

Na zdjęciach Twój pobyt na Malediwach wygląda bardzo spoko. Czy tak faktycznie jest?

Nurkuję, więc dla mnie to doskonałe miejsce. Sezon deszczowy się skończył, więc już nie jest depresyjnie, tylko ładnie i słonecznie. Aczkolwiek żyję na małej wyspie, która ma 300 na 400 metrów. Można ją przejść w 15 minut naokoło wolnym krokiem. Trzeba się nastawić i wiele rzeczy sobie w głowie poukładać, lubić ze sobą być, lubić samotność, bo to totalna izolacja od świata.

wrozjazdach_gen podróżnika

 

Co to znaczy?

W lutym miałam kontuzję, sprzęt nurkowy spadł mi na stopę. Na szczęście nie była złamana, ale najbliższy roentgen był w stolicy, godzina lotu samolotem. Gdyby mi się coś poważnego stało, to sytuacja się komplikuje. Tutaj jest tylko hotel, w którym pracuje 160 osób i mamy 53 wille dla gości. To koniec. Na lokalnej wyspie jest klinika, ale pobierają tam krew i przypisują podstawowe leki.

A jak otoczenie?

Na Malediwach jest kilka wysp w okolicy, zamieszkałych przez lokalnych mieszkańców. Tam znajdziesz sklepy oraz domy, miasteczka. Ale wiele wysp przeznaczono tylko na hotele lub są zupełnie niezaludnione.

A pamiętasz, co się wydarzyło, gdy byłaś mała, co ukształtowało twoje życie właśnie w ten sposób? Co sprawiło, że po studiach inżynierskich rzuciłaś wszystko i zaczęłaś podróżować?

Tak jak pisałam u siebie na blogu, te studia były trochę strzałem jak kulą w płot. Skończyłam biotechnologię na politechnice. Następnie studia magisterskie na tej samej uczelni, ale już z zarządzania. To bardziej mnie interesowało, bo pracowałam w organizacji pozarządowej w Polsce i tym się zajmowałam. Jak przypomnę sobie początki, to podróżowanie od zawsze było w moim życiu. Moi rodzice często się przemieszczali, dużo jeździliśmy na rowerach. Oni poznali się w rowerowym klubie studenckim. Zawsze nas gdzieś zabierali.

Koniec komuny i okres przemian to nie był czasy, kiedy wycieczki zagraniczne były czymś na porządku dziennym. Nie to co teraz, że 9 letnie dzieciaki lat były już na Seszelach i Malediwach czy na Hawajach. Mnie rodzice wysyłali pod namiot nad jezioro. Jeździliśmy my w polskie góry, odwiedzaliśmy rodzinę na Mazurach. Biwakowaliśmy nawet u nas na Pomorzu. A to wycieczka do Torunia, za chwilę znowu wycieczka do Warszawy. Tak więc podróże zawsze były obecne w naszym życiu. Mój tata też przez jakiś czas mieszkał w Niemczech, zatem każde wakacje spędzałyśmy tam. Z czasem zaczęły się obozy, które też nie były jakimś wypasem. Najwyżej do Czech, ale była też Słowacja i Ukraina. Dzięki tym wycieczkom stało się dla nas naturalne, że w wakacje gdzieś pojedziemy.

 

wrozjazdach_gen podróżnika

 

A co z nich pamiętasz? Z czym Ci się one kojarzą?

Nienawidziłam chodzić po górach ? Pamiętam, że jak wchodziłyśmy na Trzy Krony, to z patykiem w krzaki biegłam, bo się obrażałam, że muszę iść w górę. Potem były obozy trekkingowe i wspinaczkowe. Na studiach nawet przez jeden semestr należałam do klubu studenckiego wędrówek górskich.

A z jakimi emocjami Ci się kojarzą te pierwsze wyjazdy? Byłaś podekscytowana? Tęskniłaś za rodzicami?

Pierwsze wyjazdy były z nimi, ale kolonie już bez. Ja nie wiem, czy w tamtym wieku się za rodzicami tęskni. Teraz tęsknię za nimi bardziej. Kiedyś jechało się na dwa tygodnie w góry z rówieśnikami i właśnie tak było fajne.

To nie mogły być jakieś wielkie emocje, bo jakoś ich nie pamiętam. W Czechach, trafiliśmy na powódź stulecia. Też trochę nas zalało. Siedzieliśmy w tym czasie w domkach. Dla mnie to były po prostu deszcz, ale rodzice się martwili.

Innym razem podczas obozu na Słowacji chodziliśmy po górach bez kontaktu z rodzicami. Po tygodniu trafiliśmy do cywilizacji, skąd mogliśmy skontaktować się z rodzinami. Dowiedziałam się, że w Gdańsku była powódź. Nikt z nas nic nie wiedział. Dostaliśmy zgodę od opiekunów na dodatkowe pół godziny dzwonienia. Wszystkie telefony naokoło placu zostały przez nas obstawione.

Pamiętam, że z czasem zaczęłam lubić te góry. Spodobało mi się chodzenie.

A co w nich polubiłaś?

Poczucie, że się coś osiągnęło. To widać od razu. Idziesz w góry, jest ciężko, nie chce Ci się iść, jesteś spragniona, pot spływa po każdej możliwej części ciała, na zmianę słońce, deszcz, ulewa. Ale jak wchodzisz na szczyt to ogarnia cię takie bardzo namacalne poczucie, że się udało.

A takiego jest pod wodą?

Ciszę. Jest tak cicho, jak nigdzie indziej. Gdy zanurzają się uszy i później cała głowa, to zaczyna się taka podwodna medytacja. Woda w taki magiczny sposób uspokaja. Wszystko dzieje się dużo wolniej, na przykład ruchy, a nawet myślenie. Czas też płynie wolniej. W tym tygodniu nurkuję z super doświadczonym nurkiem z Austrii, schodzimy pod wodę i się chillujemy. Płyniemy, oglądamy rybki i rafę. Pełen relaks. Z początkującymi kursantami jestem na wyciągnięcie ręki, patrzę im w oczy czy nie ma paniki, czy utrzymują swoją pływalność i czy czują się swobodnie pod wodą, aby przypadkiem gwałtownie nie zanurzyli się za głęboko lub nie wypłynęli niekontrolowanie w górę. Oczywiście taka praca jest bardzo satysfakcjonująca, jednak lubię taki moment, że nie trzeba się o nikogo nad wyraz martwić. Podczas mojego ostatniego urlopu w listopadzie, wybrałam się na tygodniowe safari nurkowe na łodzi. Pierwszego dnia nie mogłam się przestawić ? Patrzyłam na wszystkich nurków czy wszystko gotowe, czy wszyscy są bezpieczni, czy sprzęt został sprawdzony. Po zanurzeniu liczyłam ludzi, pytałam ile powietrza im zostało. Zajęło mi kilka nurkowań, aby przestawić się z trybu pracy na tryb relaksu. Gdy ten moment nastał, cieszyłam się urlopem i światem podwodnym.

wrozjazdach_gen podróżnika

 

Podróżujesz w bardzo nietypowy sposób, ponieważ regularnie zmieniasz miejsca zamieszkania. Co się stało, że chciałaś, aby Twoje życie wyglądało właśnie w ten sposób?

Wydaje mi się, że rok to taki właśnie okres, kiedy cykl się zatacza, kiedy można zaobserwować zmiany w porach roku. Ogarnia mnie wtedy poczucie spełnienia, osiągnięcia czegoś, poznania danego miejsca i jeżeli nie czuję, że chciałabym tu zostać dłużej, to po prostu się przenoszę. To jest powiązane z moimi kontraktami, które na ogół są roczne. Mimo, że wszędzie miałam możliwość przedłużenia umowy i nigdy tego nie zrobiłam. Im bardziej poznaję świat, tym więcej odnajduję miejsc, które chciałabym jeszcze zobaczyć i tyle rzeczy, które chciałabym jeszcze zrobić. Obecnie skupiam się na nurkowaniu, abym jako instruktorka zdobyła doświadczenie w różnych wodach w wielu krajach. Nurkowanie na Malediwach jest zupełnie inne, niż w Meksyku. Nie tylko ze względu na rafy i stworzenia podwodne, ale głównie o prądy. Tutaj panują inne warunki.

Gdzie jest trudniej, które wody są bardziej wymagające?

Wydaje mi się, że na Malediwach. To się wiąże z lokalizacją, ponieważ wyspy zlokalizowane są na środku oceanu. Ulegają wpływowi wielu prądów. Malediwy powstały podczas wybuchów wulkanów – lawa spłynęła po bokach wulkanu i po zetknięciu z wodą zastygła. Naokoło tego, w takim pierścieniu, zwanym atolem, zaczęła powstawać rafa. Sam wulkan zapadł się, natomiast rafa i wyspy zostały. Malediwy składają się z takich pierścieni, które w środku są dość płytkie. Lokalni mieszkańcy mojego atolu twierdzą, że w niektórych miejscach osiąga on 100 m głębokości, inne mogą mieć też 50 m. Natomiast na brzegu, na zewnętrznej części, ściana opada nawet do 2000 metrów, bo to już środek oceanu. Dlatego wpływ prądów morskich jest dużo większy niż w Meksyku. Przed każdym nurkowaniem muszę wskoczyć do wody, z maską i płatwami, i sprawdzić, w którą stronę płynie prąd oraz z jaką siłą. Od tego zależy jak zaplanowane i przeprowadzone będzie to miejsce nurkowe. W Meksyku nie ma tego problemu. Prąd jest w jedną albo drugą stronę, dzięki rafie barierowej masz wrażenie, że płyniesz wzdłuż ściany.

A gdzie jeszcze chciałabyś nurkować?

Na Galapagos – to chyba marzenie każdego nurka. Istnieją takie dwa stworzenia, które chciałabym zobaczyć pod wodą: rekiny młoty i wieloryby humbaki. Humbaka widziałam wcześniej na Islandii, ale tylko z łodzi, a chciałabym z nim nurkować. Najlepszym miejscem, aby je spotkać, są okolice wysp Tonga na Pacyfiku. Niestety to bardzo daleko i dotarcie tam jest bardzo drogie. Młoty mam nadzieję, że zobaczę w kwietniu. Co prawda sezon na nie minął, ale może jakiś się zabłąka. A jak nie, to można je też spotkać na Galapagos. W Afryce Południowej, w RPA, odbywa się Sardine Race. To okres, kiedy ławice sardynek przepływają i w tym czasie rekiny atakują je od dołu, a z góry próbują je złapać ptaki. Sardynki są w potrzasku, ale podobno dla nurków to niesamowite widowisko.

 

wrozjazdach_gen podróżnika

 

A czy to jest bezpieczne?

Raczej tak. Jeśli przestrzega się zasad bezpieczeństwa. W sumie często dostaję takie pytania, bo naokoło naszej wyspy mamy z 15 rekinów. Małych, zupełnie niegroźnych. Ale na urodziny wybieram się na nurkowanie z żarłaczami tygrysimi i musiałam już tatę uspokoić. Moja mama się o mnie nie martwi, ale tata obgryza paznokcie ze stresu. Na szczęście wszystko jest pod kontrolą. Są określone zasady bezpieczeństwa, to płytkie nurkowanie, nigdy nie było ataku na człowieka i nigdy nikt tam nie zginął. Kiedyś byłam przewodnikiem na nurkowaniach z żarłaczem tępogłowym. To duże rekiny, więc można się zacząć stresować.

Widziałam, jak się moi klienci, moi goście zachowywali, czasami stresowali, ale umieli kontrolować emocje. Nie czułam się ani trochę zagrożona. Jak sobie myślę o nurkowaniu z żarłaczami białymi w klatkach w RPA, to ze względów etycznych chyba bym się nie zdecydowała. Rekiny nie atakują, gdy nie czują się zagrożone, więc nie powinno się wpływać na ich terytorium, zaczepiać ich, prowokować, podpływać, kiedy one jedzą. Nie powinno się też ich dotykać, podobnie zresztą jak innych stworzeń, bo to może spowodować u nich agresję, my możemy je skrzywdzić, a one nas.

Tego można się w sumie spodziewać. A jak ludzie zachowują się podczas nurkowania?

Pod wodą trochę inaczej zachowuje się człowiek. Ludzie się ekscytują, czasami się boją lub czują się zagrożeni. Takim książkowym przykładem paniki pod wodą jest zdjęcie maski, wyplucie automatu, wstrzymanie oddechu i wystrzelenie do góry. Zrobienie każdej z tych rzeczy może być niebezpieczne w skutkach. Uszkodzone płuca, co może grozić śmiercią, możesz się udusić, zakrztusić wodą, możesz się utopić to najgorszy scenariusz. Ale tak działa człowiek, że wydaje się, że ekwipunek go ogranicza. Dopóki się tego nie wytrenuje, to panika może się zdarzyć. Wszyscy obowiązkowo ćwiczą: zdejmij maskę pod wodą, wyjmij regulator pod wodą, włóż go z powrotem. Ale w panice człowiek myśli inaczej.

Miałaś kiedyś do czynienia z atakiem paniki u Twoich nurków?

Zdarzali się. Jeden nurek mnie kiedyś pobił pod wodą. Spanikował, ja go próbowałam trzymać, aby nie wyskoczył do góry. Zaczął mnie okładać pięściami. To był duży koleś, amerykański strażak. Później mnie oczywiście przepraszał. Innym razem miałam doświadczonego nurka, który chciał wystrzelić z 30 m w górę, ale udało mi się go opanować. To są ekstremalne sytuacje, z którymi się spotkałam podczas 2 nurkowań z ponad 1200, które odbyłam.

 

wrozjazdach_gen podróżnika
foto from: Dressel Divers International

A zdarzały się problemy ze sprzętem?

Kiedyś chłopakowi zepsuł się automat pod wodą. Automat ma manometr, który pokazuje, ile masz powietrza. Nurkowanie zaczyna się od dwustu barów. Przy 50 barach powinno się zakończyć nurkowanie. Chłopak się nie zorientował, że igła w jego automacie jest nieruchoma od jakiegoś czasu. Pytam się go, ile ma powietrza? Odpowiada, że 90. Oznaczało, że mieliśmy jeszcze trochę czasu. Po chwili przypłynął do mnie i pokazał, że nie ma powietrza. Dałam mu swój zapasowy, bo nurek ma zawsze dwa automaty i skończyliśmy nurkowanie. Później się okazało, że sprzęt był wadliwy. Dbaj o swój sprzęt, a on zadba o ciebie pod wodą.

Na szczęście jesteś przeszkolona jak reagować w takich sytuacjach, ponieważ uspokojenie osoby pod wodą, która zaczyna panikować, może okazać się trudne. Masz w sobie ogromną ciekawość świata i różnych miejsc, Twoja siostra też dużo podróżuje, ale robicie to zupełnie inaczej. Czy według Ciebie są cechy charakteru, które determinują, że będziesz podróżowała i w jaki sposób?

Myślę, że to na pewno kwestia charakteru. Jesteśmy bliźniaczkami, obie podróżujemy i można powiedzieć, że wyssałyśmy to z mlekiem matki. Ale my od zawsze byłyśmy inne. W byciu bliźniakiem ważne jest, aby zachować swoją tożsamość i osobowość, bo ludzie traktują bliźniaki jak jedną osobę. Urodziłyście się tego samego dnia, to na pewno jesteście takie same. Ania bardziej zwracała uwagę na wygląd i blog modowo - lifestylowy, który prowadzi, to jej osobowość. Zawsze bardziej ją niż mnie cechowała przedsiębiorczość, stąd też jej wielki sukces życiowy i osobisty. Obie ciężko pracujemy, ale w inny sposób. Ja robię wszystko po kolei: znajduję pracę, przeprowadzam się i siedzę tam przez rok.

Ania podróżuje inaczej i trochę determinuje to jej pracę. Moje życie zawodowe każe mi siedzieć w miejscu. Nauczyciel angielskiego też dużo nie zarabia, więc moje podróże związane były z budżetem, którym dysponowałam i często kończyło się na wyjazdach backpackerskich: gdzieś stopem, u znajomych na kanapie lub pod namiotem. Czasami nie mogłam pozwolić sobie na wyjście do baru, kupowaliśmy piwo i piliśmy na krawężniku. Teraz mieszkam w 5-gwiazdkowym hotelu, ale moje życie to nie ten sam standard co gości hotelowych. Mój pokój, który dzielę z koleżanką, jest mniejszy niż pokój w akademiku. Łazienkę dzielimy między 8 dziewczyn. Także mimo tego, że mamy zupełnie inne sposoby podróżowania, bardzo dobrze się w nich odnajdujemy.

Jaka Twoim zdaniem jest najważniejsza cecha osób podróżujących?

Tak sobie myślę, że aby podróżować, to trzeba być wytrwałym. Wytrwałym w swoich postanowieniach. Cały czas spotykam ludzi, od których słyszę że też by tak chcieli, „ty to masz super, bo masz pracę jak nieustające wakacje”. A to po prostu praca i każdy raj powszednieje. Ja nie leżę na plaży i nie piję kokosów. Od 2 tygodni nie miałam dnia wolnego. Ostatni mój wolny weekend miałam w 2014 r., a później miałam najwyżej jeden dzień przerwy. Pracuję przeważnie od 8.30 do 18.00.

W Meksyku praca zaczynała się o 7.00, a kończyliśmy niby o 17, ale nigdy tak nie było. Centrum nurkowe zamykaliśmy o 18, a droga powrotna do domu zajmowała kolejne 30 minut. W dzień wolny przeważnie śpię, robię pranie, dzwonię do rodziny i staram się pisać. Bez względu na to, czy jestem na Malediwach, czy byłam w Meksyku. Takie życie wybrałam, ale to nadal życie, nie jest wolne od zmartwień, zmagań czy trudów.

Czyli aby zrealizować marzenia, trzeba być wytrwałym?

Trzeba być wytrwałym, aby te marzenia osiągnąć. Bo Marzenia się nie spełniają ot tak. Trzeba o nie walczyć i pewną cenę zapłacić. Podróżuję, nurkuję i robię to, co kocham, ale zawsze przebywam z dala od rodziny, od przyjaciół. Mojej siostrzenicy jeszcze nie widziałam, a urodziła się w sierpniu. Różne rzeczy mnie omijają. Trzy moje przyjaciółki wzięły ślub, każda mnie poprosiła o bycie świadkową, żadnej nie widziałam na żywo w sukni ślubnej. Także cena jest wysoka, ale mam tego świadomość.

Moje nurkowanie również wymaga zaangażowania, wielu godzin pracy i dużych pieniędzy. Nauczycielka angielskiego nie zarabia kokosów, więc musiałam je odłożyć. Stąd picie piwa na krawężniku, a nie chodzenie na imprezy, bo ważniejsze było dla mnie nurkowanie. Oczywiście rodzina mi pomogła, za co bardzo im dziękuję, ale wiedzieli, że to nie jest tymczasowy kaprys. Mają świadomość, że moją najbliższą przyszłość uzależniam od nurkowania, od miejsc, gdzie mogę zejść pod wodę, gdzie mogę dostać pracę. Oni wiedzą, że temu się poświęcam.

wrozjazdach_gen podróżnika

 

A nie jesteś samotna?

Trzeba lubić być ze sobą. 2 tygodnie wakacji to nie emigracja. Zupełnie inaczej siedzi się samemu kilka lat za granicą. Ludzie się zmieniają. Podczas pół rocznego pobytu w Meksyku zespół w pracy zmienił się trzy razy. Teraz na Malediwach średnio co cztery miesiące ktoś przychodzi lub odchodzi, a ja nie mam tutaj wielu znajomych. Odejście jednej osoby robi różnicę. Teraz moja współlokatorka się wyprowadza, kończy jej się kontrakt i to dla mnie wielka zmiana. Więc trzeba lubić być samą ze sobą i na pewno trzeba umieć się dostosować do wszystkiego, łącznie z tym, że na śniadanie je się noodle i curry. Dzień w dzień. Przez prawie 365 dni w roku. W Meksyku były tacos.

Ja będąc w Wietnamie tęskniłam za schabowym.

A ja, gdzie bym nie była, zawsze tęsknię za serem. Ser: żółty, biały, pleśniowy, brie, dojrzewający, cheddar, zawsze brakuje mi sera. A do tego lubię wino, a ostatnio piłam je w sierpniu. Na Malediwach alkohol jest nielegalny, grozi za to nawet 30 lat do więzienia. Można pić tylko w hotelach, ale ja nie mogę korzystać z baru dla gości. Mamy swój bar dla obsługi, który otwierają codziennie od 21.00 do północy, ale dzisiaj jest zamknięty, bo piątek to dzień modlitw.

Trzeba być mega otwartym i umieć akceptować specyfikę i inność danego kraju.

Zdecydowanie. W Meksyku przez rok żyłam bez ciepłej wody. Nie miałam jej ani w pracy, ani w domu, bo dzięki temu mieszkanie kosztowało 100 dolarów miesięcznie mniej. Wiesz jak zimno jest zimą, gdy nie ma ogrzewania i ciepłej wody? Domy są z dziurami, np. przy prysznicu, bo to są otwory wentylacyjne. Podłoga ma szpary, okna są cienkie albo ich brak lub występuje tam siatka. Budynki nie są dostosowane do zimna. Spędzam cały dzień nurkując i nieważne jak ciepła jest woda (zimą ok. 25 stopni), to po 4, 6, 8 godzinach robi się człowiekowi zimno. Na dużej głębokości ogarnia człowieka przenikający chłód. W Chinach też tak miałam i używałam termoforów. W Gruzji nalewałam wrzątku do butelek i się okładałam nimi w łóżku.

 

wrozjazdach_gen podróżnika

 

I to są właśnie te rajskie podróże. W końcu wrzucasz piękne fotki z niebieską wodą, malowniczą plażą i najdziwniejszymi morskimi zwierzętami.

Pewnie niewiele osób zauważyło, że tutaj zdjęcia są robione tylko z trzech miejsc, bo tylko do nich mam dostęp. To wyspa, ale my nie mamy plaży. Możemy wejść tylko na malutki kawałeczek, a wszystko inne udostępniane jest jedynie gościom.

A sama wybierasz sobie kolejne miejsce do życia?

Dokładnie tak. Ale nie zawsze znajduję tam, gdzie bym chciała. Tutaj trafiłam, bo właśnie na Malediwach była praca. Wcześniej mieszkałam w Tajlandii, ale tam również nie planowałam. Chciałam pojechać do Tanzanii, ale akurat panowała epidemia eboli w Afryce i projekty nie ruszyły. Nie ważne, że na drugim krańcu kontynentu, ale opinia publiczna uważała, że skoro w Afryce to w każdym jej zakątku. Później zaproponowano mi Galapagos, ale musiałam odmówić. Umówiłam się z firmą, że za rok. Niestety rok później mieli komplet zespołu i zaproponowano mi Fidżi. Teraz moim priorytetem jest nurkowanie zatem miejsce zamieszkania uzależniam od tego.

wrozjazdach_gen podróżnika

A poleciłabyś komuś życie podróżnika?

Pewnie! Ja uwielbiam moje życie. Ono nie jest różowe, ale oceniam je jako doskonałe w swej niedoskonałości. Bardzo lubię się uczyć, poznawać różne miejsca i stawiać sobie wyzwania. Widzę w sobie ogromną przemianę przez te 8 lat, moja rodzina i przyjaciele też to zauważyli. Doceniam, jak to buduje charakter i pomaga w życiu. Z podróżowaniem jest trochę tak, jak z wchodzeniem na górę: droga może nie jest idealna, są piękne widoki, ale głównie to pot, ulewa, wiatr, inni turyści. Ale jak już wejdziesz na szczyt, to widzisz wszystko z góry i przede wszystkim czujesz swój osiągnięty cel. Tak samo mam z podróżami, choć wiem, że one nie są dla każdego i takie życie nie każdemu odpowiada, ale uważam, że warto spróbować.


O "genie podróżnika" i Kanadzie rozmawiam z Aga Out Of Office

Szukanie „genu podróżnika” wciąż trwa. Pierwszą rozmowę możecie znaleźć tutaj. Tym razem z Agnieszką z Aga Out Of Office rozmawiamy o jej początkach i samodzielnym podróżowaniu. Wspominamy jej tatę, podróż po Kanadzie oraz próbujemy ustalić, dlaczego elastyczność i otwartość są takie ważne.

 

Aga Out Of Office
Zdjęcie: Aga Out Of Office

 

Agnieszko, jak to się stało, że zaczęłaś podróżować?

Wydaje mi się, że zawsze byłam gdzieś w drodze. Jako dziecko ciągle kursowałam z rodzicami na trasie Wrocław - Kraków, żeby odwiedzić babcię. Sprawiło to, że bycie w ruchu stało się dla mnie czymś naturalnym. Efekt tego był taki, że nie mogłam wysiedzieć w miejscu i szukałam jak najwięcej okazji, aby gdzieś pojechać. Czy to na obóz żeglarski, czy na jakieś inne kolonie. W pewnym momencie potrzebowałam czegoś więcej i zaczęłam planować, jak zacząć tanio podróżować.

 

I jakie miejsce wybrałaś?

Dokładnie pamiętam pierwszą moją wyprawę do Szwecji. Było to na początku studiów. Nocowałam wtedy przez couchsurfing, znalazłam bilety lotnicze za 40 zł i pojechałam. Mieszkałam chyba u 5 różnych osób. To było moje pierwsze doświadczenie z tanim podróżowaniem i odkrywaniem nowych rzeczy. Byłam zachwycona takim sposobem na nocleg jako doświadczeniem, bo mogłam poznawać nowych ludzi, którzy często robili rzeczy, o których ja nie miałam pojęcia. Odkryłam, że można żyć inaczej niż w Polsce, inaczej niż moi znajomi wtedy żyli. Złapałam bakcyla i od tego czasu staram się wplatać couchsurfing w moje podróże. Niekoniecznie musi to być nocowanie, czasami wystarczy, że spędzę z kimś czas. To jest super dopełnienie podróży. Jestem w danym miejscu i dowiaduję się o nim czegoś więcej od osób, które tam po prostu mieszkają.

 

Czyli twoja pierwsza podróż kojarzy Ci się głównie z ludźmi z couchsurfingu. Pamiętasz, czym oni się zajmowali?

Nie pamiętam, czym dokładnie się zajmowali. Ktoś robił doktorat, inna osoba studiowała, ktoś inny pracował w Szwecji. Pamiętam, że niesamowite było dla mnie to, że poznałam ludzi z różnych zakątków świata - RPA, Hiszpanii, Iranu i oczywiście ze Szwecji. Szczególnie zapamiętałam Erica, Szweda, który był bardzo miły i chciał nam wszystko pokazać. Zabrał nas nawet na wyprawę, żeby znaleźć czerwone domki. Wtedy to wszystko było takie nowe.

 

Bardzo dużo się uśmiechasz, jak o tym mówisz. Mam wrażenie, że Szwecja z tamtego okresu wciąż w Tobie żyje. Z jakimi emocjami kojarzy Ci się ta pierwsza podróż?

Na pewno z ekscytacją, że jestem w nowym miejscu i mam dużo nowych bodźców. Jakąś taką radością, że jestem w miejscu, które mi się mega podoba. Nie do końca potrafię wszystko zdefiniować, ale to chyba po prostu szczęście ? Chcesz wszystko poznać, zobaczyć i doświadczyć. Chłoniesz otoczenie jak gąbka. Uwielbiam to uczucie, kiedy mogę sobie po prostu stanąć i obserwować. Zawsze próbuję zapamiętać daną chwilę.

 

A co sprawia Ci największą radość w podróżowaniu?

Obstawiam kontakty z ludźmi ? Dlatego też jadąc do Kanady zdecydowałam się na autostop. Przez chwilę myślałam o jeździe rowerem. jednak po dokładnym rozważeniu za i przeciw, stwierdziłam, że to może nie być najlepszy pomysł. Bałam się głównie problemów technicznych, mogłabym sobie nie poradzić w środku Kanady, gdzie zaludnienie jest bardzo małe. Autostop wymusza interakcje, szczególnie jak spędza się w jednym samochodzie od kilku godzin do nawet 5 dni. Fajnie jest też usłyszeć, jak osoby, z którymi jadę, odbierają dane miejsce, jak je widzą. Pokazują mi inne życie i zupełnie inny pogląd na szczęście.

 

Aga Out Of Office
Zdjęcie: Aga Out Of Office

 

Często podróżujesz sama i to na pewno ułatwia poznawanie nowych osób. Ale czy to jest jedyny powód wypraw samodzielnych?

Czasami trudno jest znaleźć ludzi, którzy chcą ruszyć z plecakiem w nieznane. Czy to podróż do Gruzji, Iranu czy na Bałkany. Jak mówiłam, że jadę do Kanady z biletem w jedną stronę, nie było chętnych, którzy mogliby zrobić to ze mną i ja to całkowicie rozumiem. Natomiast to, że podróżuję samotnie nie oznacza, że zawsze jestem sama. W drodze dużo łatwiej jest spotkać kogoś, kto podzielają tę samą wizję. Tak też było w Kanadzie – ruszyłam sama, ale po 2-3 miesiącach poznałam dziewczynę z Belgii. Obie chciałyśmy zwiedzać aktywnie, chodzić po górach i dużo czerpać z natury. I resztę podróży spędziłyśmy razem.

 

Aga Out Of Office
Zdjęcie: Aga Out Of Office

 

Zdecydowałaś się na program International Experience Canada. Dlaczego?

Ponieważ obywatele Polski mogą być tylko pół roku w Kanadzie w przeciągu roku kalendarzowego. A ja kupując bilet w jedną stronę nie do końca wiedziałam, czy uda mi się być tam dwa miesiące, trzy, pół roku czy rok. Na jak długo ja tam właściwie jadę? Ten program pozwalał mi być na miejscu przez rok bez żadnych kombinacji.

 

Program zakładał pracę u jednego pracodawcy lub dorywczą pracę w kilku miejscach. Którą opcję wybrałaś?

Przez bardzo krótki okres zbierałam jabłka w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie jest dużo sadów. To było ciekawe doświadczenie. Pojawił się jednak problem, ponieważ spadłam z drabiny i doznałam kontuzji kolana. Do Kanady jechałam z nastawieniem, że będę podróżować. Chciałam odkryć jak najwięcej i nie zakładałam, że jadę zarobić. Odłożyłam wystarczającą ilość pieniędzy i też sposób, w jaki podróżowałam, czyli spanie w namiocie, samodzielne gotowanie i podróżowanie stopem, pozwolił mi jak najdłużej tam być. Nie musiałam tam pracować.

 

A czy jesteś w stanie wskazać osoby czy jakieś wzorce, które sprawiły, że podróże zaczęły być dla Ciebie ważne?

Jedną z takich osób na pewno jest mój tata. On od zawsze był aktywny. Żeglował i dzięki temu mógł pojechać do Turcji czy do Grecji. Jego historie zawsze wpływały na moją wyobraźnię. Lubiłam słuchać o jego studenckich przygodach. Dużo też chodził po górach i często zabierał mnie ze sobą, jeszcze jak byłam jeszcze mała. Jako dziecko spałam w namiocie (podobno bardzo się rozpychałam). Wiele zawdzięczam rodzicom. Spędzali z nami czas aktywnie i dokładnie tak ja teraz spędzam wolny czas. Zaczyna mnie nosić, jak za długo jestem w jednym miejscu.

 

A jakie aktywności lubisz najbardziej?

Uwielbiam jeździć na rowerze i staram się robić to jak najczęściej czy to do pracy, czy na wycieczki w okolice Krakowa. Marzy mi się wyprawa rowerowa. Mam też blisko góry, więc często je odwiedzam. Ostatnio zainteresowałam się marszami na orientację i myślę, że może mi się spodobać ? Kompas, mapa i wszystko, co się z tym wiąże. Lubię wyszukiwać takie rzeczy, które później mogą mi się przydać w podróży.

 

Aga Out Of Office
Zdjęcie: Aga Out Of Office

 

A myślisz, że są jakieś cechy charakteru, które sprawiają, że człowiek ma predyspozycje do podróżowania?

Wydaje mi się, że trzeba być bardzo elastycznym. W podróży przeważnie nie jest tak, jak to sobie zaplanujemy. Dużo rzeczy dzieje się nieoczekiwanie. Nie koniecznie złych, bo mogą też być pozytywne, ale trzeba być na to gotowym. Bez tej elastyczności zamykamy się na wydarzenia, które mogłyby ciekawie wpłynąć na naszą podróż. Otwartość na nowe doświadczenia również jest bardzo ważna. Wszystko może się stać, możemy poznać ludzi, którzy nam zaproponują cudowny weekend nad jeziorem, bo miło nam się rozmawia i mając wytyczony plan tracimy możliwość zobaczenia czy doświadczenia czegoś innego.

 

Ważne jest również szybkie reagowanie na różnego rodzaju problemy. Nie chodzi o to, aby stanąć i marudzić, że coś jest źle, tylko trzeba szybko znaleźć rozwiązanie. Możemy nie mieć czasu na stanie z założonymi rękami. Trzeba po prostu działać. Otwarcie się na wszystko poza schematem, który sobie wymyśliliśmy, bardzo się sprawdza w podróży i umożliwia czerpanie z niej jak najwięcej. Mi dzięki elastyczności udało się lepiej poznać niektóre kraje, ponieważ chętnie odwiedzałam miejsca polecane przez mieszkańców i z reguły nie są to popularne atrakcje turystyczne.

 

Czyli na propozycje losu reagujesz raczej entuzjastycznie?

Raczej tak, choć muszę powiedzieć, że często słucham intuicji. To nie jest tak, że ślepo podążam za czyimiś propozycjami. Zdarza mi się, że wyczuwam, że coś jest nie do końca tak, jak być powinno, że coś jest na rzeczy. Wtedy idę według swojego planu. Ale zawsze staram się rozważyć nowe możliwości ?

 

A przed czym przestrzegłabyś osoby, które chcą podróżować? Na co powinny zwrócić uwagę, aby bezpiecznie wrócić do domu?

Tak jak mówiłam, ja zawsze słucham intuicji. Kanada jest akurat wyjątkowo bezpiecznym krajem, a mimo tego zdarzyło mi się, że kilka razy odmówiłam jazdy stopem. Nie czułam się bezpiecznie, nie do końca mi wszystko pasowało. Oczywiście grzecznie odmówiłam, starając się nie urazić kierowcy. Co na pewno poradziłabym osobom podróżującym? Zawsze powinni mieć osobę, która dobrze zna ich plan i wie, gdzie aktualnie przebywają lub gdzie jadą. To jest bardzo ważne w sytuacji, gdybyśmy się zgubili albo coś by się nam stało. Ja zawsze pakując plecak nie trzymam dokumentów i pieniędzy w jednym miejscu. Cześć z nich mam też w bagażu podręcznym. Dobrze jest też zrobić sobie skan paszportu i mieć go ze sobą oraz na mailu. Należy pamiętać o porządnym ubezpieczeniu. Nigdy nie wiadomo, kiedy się spadnie z drabiny ?

 

Dobrze jest też zorientować się w obyczajowości danego kraju. Szczególnie w dużych miastach są takie miejsca, gdzie lepiej nie wchodzić wieczorem. Często, jako kobiety, jesteśmy bardziej narażone na tego typu niebezpieczeństwa. Wtedy lepiej wychodzić większą grupą albo przebywać po prostu w miejscach publicznych. Trzeba być czujnym na sygnały z każdej strony. W czasie podróży musimy wyostrzyć zmysły.

 

A czy taka ostrożność nie zabija przyjemności podróżowania?

Na szczęście tych sytuacji, kiedy czuję, że coś niebezpiecznego mogłoby się wydarzyć, jest niewiele. To są chwile i tak jak mówiłam, głównie w dużych miastach. W Kanadzie byłam w naturze i nie czułam, że coś mogłoby mi się stać. Miałam wrażenie, że zagrożenie może płynąć ze strony dzikich zwierząt, a nie ludzi.

 

A gdzie się teraz wybierasz?

W najbliższym czasie planuję Maltę. Chcę spędzić czas aktywnie i poznać tamtejsze szlaki trekkingowe.

 

Aga Out Of Office
Zdjęcie: Aga Out Of Office

Czy istnieje „gen podróżnika”? - odpowiedzi szukam z Anią z bloga ZłapTrop.com

Nowy rok, nowe wyzwania. W 2019 r. razem z blogerami podróżniczymi spróbujemy odpowiedzieć na pytanie: Czy istnieje „gen podróżnika”? I nie mam tutaj na myśli fragmentu DNA, bo na tym się absolutnie nie znam i badań naukowych nie będziemy tutaj przeprowadzać, choć wydaje się to bardzo ciekawe ? Dlaczego są osoby, które bez szeroko pojętej turystyki nie wyobrażają sobie życia? Czy zainteresowanie innymi kulturami wyssali z mlekiem matki? Co ich w wyjazdach najbardziej pociąga i dlaczego to robią? 

 

 

Na pierwszy ogień – cudowna Ania Ostrowska z bloga złaptrop.pl, absolwentka Akademii Wychowania Fizycznego w Gdańsku. W 2014 r. razem z mężem Rafałem zdecydowali się na roczną podróż po Azji, Australii i Oceanii. Obecnie mama 4-letniej Zuzi. Jej ulubione miejsca to: Islandia, Iran, Nepal

 

Jak to się stało, że zaczęłaś podróżować?

To pytanie należałoby raczej zadać moim rodzicom, bo to właśnie przez nich tak naprawdę zaczęłam podróżować. Wcześniej, paręnaście lat temu było to głównie podróżowanie po Polsce, dlatego, że nie było takiej dostępności lotów, nie było czegoś takiego jak All Inclusive. Bardzo miło to wspominam. Przeze mnie zaczął podróżować również Rafał, bo wcześniej nie miał wielu podróżniczych doświadczeń. Trochę go w to wciągnęłam i tak poszło.

A jak wspominasz swoją pierwszą podróż? Co z niej pamiętasz?

Pierwsza podróż, którą dobrze pamiętam, była w Tatry. Miałam chyba z 5 lat i bardzo mnie to męczyło, ale jak już wróciliśmy do domu, to pytałam rodziców, kiedy pojedziemy znowu. Także to był chyba ten moment, gdzie coś zaskoczyło.

Myślisz, że to była kwestia samego wyjazdu, pojechania w inne miejsce czy raczej gór?

Wydaje mi się, że raczej gór, że to one zrobiły na mnie takie wrażenie. Ciężko mi powiedzieć, miałam wtedy 5 czy 6 lat. Nie pamiętam dokładnie, co mną kierowało, ale to był właśnie ten moment, w którym coś zaskoczyło, bo później już nie było żadnych wymówek. Od tamtego momentu co roku jeździliśmy w góry

Czyli jest duża szansa, że tak zrodziło się właśnie to, co łączy Cię teraz ze wspinaczką i trekkingami?

Tak, myślę, że tak, chociaż całe życie mieszkałam nad jeziorami, teraz nad morzem, a nie mam takiego zapału do żeglarstwa, czy do innych sportów wodnych, tylko właśnie do gór :)

A co Ci sprawia największą radość w podróżowaniu?

W tym momencie życia, w którym teraz jestem, jest to oderwanie się od codzienności, od takich dziwnych problemów, porzucenie wszystkiego chociaż na chwilę. Wcześniej było troszeczkę inaczej, nie było za dużo zobowiązań, nie było dzieci, nie było stałej, poważnej pracy. Ale trudno powiedzieć co nami kierowało przed i podczas naszego rocznego wyjazdu. To były różne wypadkowe w sumie…

Mimo braku zobowiązań roczna podróż to spore wyzwanie. Dlaczego się zdecydowaliście i pojechaliście?

Tak naprawdę to nie wiem :) Zawsze chodziło nam to po głowie, te krótkie urlopy nigdy nie wystarczały, aby zaspokoić głód poznawania świata i podróżowania. No i tak chodziło za nami i chodziło, aż w końcu pewnego dnia Rafał przyszedł i powiedział: Pakujemy się. Jedziemy. Oczywiście nie było to z dnia na dzień. Trwało to jakieś dwa lata, zanim uzbieraliśmy kasę, poukładaliśmy wszystkie sprawy, jakie mieliśmy do załatwienia. Ale zapadła decyzja i to było najważniejsze, żeby rozpocząć planowanie.

Bałaś się tej podróży?

W ogóle, absolutnie nie. To był idealny moment, właśnie ze względu na brak zobowiązań. Zawsze mogliśmy wrócić do tego, co zostawiliśmy tutaj w tamtym czasie. Niczego się raczej nie baliśmy.

A co się stało, że podróże zaczęły być dla Ciebie ważne?

Na pewno jest to jakiś sposób na spędzenia wolnego czasu. Jedni lubią szybkie samochodu, inni chodzić do kina. Niektórzy na przykład pasjonują się czymś bardzo konkretnie. W nas były wpisane podróże. Była to chęć oderwania się od codzienności. U Rafała głównym takim kluczem była potrzeba poznawania innych smaków, kuchni. To go chyba najbardziej interesuje. Z czasem przyszło też otwarcie na innych ludzi, szczególnie doceniliśmy to podczas tej długiej podróży. Bo jak się wyjeżdża na kilka dni, to człowiek chce jak najwięcej zobaczyć. Najwięcej miejsc odwiedzić i nie ma już tej przestrzeni na kontakt z ludźmi. A podczas rocznej wyprawy był na to czas i myślę, że to jest fajny dodatek do podróżowania.

Pamiętasz jakieś nieprzyjemne sytuacje z nimi związane? Takie, które mogłyby być dla kogoś przestrogą?

To jest właśnie taki paradoks, bo ze strony ludzi nie mieliśmy żadnego przykrego incydentu :) Jedyną niemiłą sytuację mieliśmy w Armenii, gdzie ugryzł mnie pies. To było bardzo niespodziewane zdarzenie, bo raczej spodziewasz się, że prędzej ktoś Cię oszuka. A tutaj ugryzł mnie pies i to tak dosyć mocno. Zdarzyło się to na peryferiach jakiegoś małego miasteczka, a więc mieliśmy problem z uzyskaniem pomocy medycznej. Na szczęści byłam szczepiona, więc trochę się uspokoiłam. Po roku, gdy wróciłam do Polski dowiedziałam się, że pomimo tego, że byłam szczepiona, to powinnam przyjąć jeszcze 2 dawki. Ale to już było dawno po fakcie. Żyję i nic mi nie jest.

 

 

I całe szczęście :) Czyli osobę, która właśnie wybiera się po raz pierwszy w życiu na dłuższą wyprawę ostrzegłabyś przed głaskaniem zwierząt. Czy jest coś jeszcze, na co taka osoba powinna uważać?

Wszystko zależy gdzie się jedzie i z kim :) Nie chciałabym mówić, że coś się złego stanie, że ludzie są źli i uważaj na to, na to i na to. Nie ma reguły i na swoim własnym doświadczeniach mogę powiedzieć, że ludzie są z zasady dobrzy i nie należy się ich bać. Myślę, że ważne są taki główne zasady bezpieczeństwa, zaczynając od apteczki, po zachowanie zimnej krwi sytuacjach awaryjnych.

Masz teraz czteroletnią córkę. Chciałabyś, aby Zuzia podróżowała?

Myślę, ze to będzie jej decyzja. My mamy jakiś taki styl życia, w którym podróże cały czas się przewijają i jeżeli ona załapie bakcyla i będzie chciała podróżować, to jak najbardziej, niech to robi. Jeżeli uzna, że ma jakąś inną pasję w życiu i chce robić coś innego, to będzie to robić.

Wy faktycznie bardzo dużo z nią podróżujecie. Czy to jest jedyny sposób na złapanie bakcyla czy masz jeszcze jakieś inne pomysły na otworzenie dziecka na świat?

Wydaje mi się, że nie, no chyba, że robię coś nieświadomie. Staramy się spędzać bardzo aktywnie czas nawet tu na miejscu, wybieramy zabawy na świeżym powietrzu. Także może to jest ten kierunek, ale nawet nie wiem, jak można byłoby to robić :)

A czy są jakieś cechy charakteru, które sprawiają, że człowiek ma predyspozycje do podróżowania lub nie?

Ciężko mi powiedzieć. My na początku naszej przygody podróżniczej byliśmy zupełnie różni. Ja już miałam jakiś bagaż doświadczeń, Rafał dopiero je zdobywał, ale muszę powiedzieć, że szybko mnie wyprzedził w niektórych etapach, np. planowania czy zbierania ekwipunku. Okazało się, że to jest jego mocna strona i zdecydowanie lepiej mu to wychodzi. Tak samo zresztą jak przemieszczanie się po mieście, gdyż mapy też są jego specjalnością. Także nie wiem, czy to chodzi o konkretne cechy charakteru, bo jesteśmy różnymi ludźmi. To jest raczej kwestia otwartości głowy i ciekawości świata. Bardziej o takie podejście do życia, niż o cechy charakteru.

Na swoim blogu piszesz, że z reguły wszystko macie zaplanowane. A jakie macie nastawienie do tego, co przynosi Wam los? Dajecie się ponieść nowym propozycjom i raczej staracie się konsekwentnie realizować plan?

- Dużo zależy od długości podróży. Podczas naszej rocznej wycieczki plan rozsypał się po dwóch tygodniach i później już była czysta improwizacja. Takiej wyprawy nie da się zaplanować. Urlop dwutygodniowy w większości planujemy, ale oczywiście zostawiamy rezerwę na jakieś nieprzewidziane wydarzenia. Ale z dzieckiem jest dużo trudniej cokolwiek zaplanować. Różne są sytuacje, ona też ma różne humory, bo na przykład się nie wyśpi, więc trzeba na bieżąco reagować. Więc takiego ścisłego planu nie mamy :) Raczej taki ogólny plan, ale bez konkretnych dat. W miarę na luzie.

Czyli macie listę miejsc. Które chcecie zobaczyć i codziennie dopasowujecie konkretne obiekt?

Dokładnie tak

I na Lanzarote się udało?

W zasadzie tak. Mieliśmy świetną pogodę, Zuzka też się sprawowała świetnie. Bardzo nam się ten wyjazd udał. Kilka rzeczy z listy wypadło, ale tylko ze względu na opinie mieszkańców lub innych turystów.

Wiemy już jakie są minusy podróżowania z dzieckiem. A jakie są plusy zwiedzania świata razem?

Jest zdecydowanie inaczej. W pewnych momentach trzeba zwolnić, mieć z tyłu głowy potrzeby dziecka i w sumie większość rzeczy dostosować do niego. To jego potrzeby są tymi nadrzędnymi potrzebami. Fajne jest to, że dziecko otwiera na innych ludzi. Mieliśmy kilka takich sytuacji, na przykład w barze czy na placu zabaw, gdzie bawią się dzieci lokalne, że Zuzia była pretekstem do rozmowy. Nie powiedziałabym, że podróżowanie z dzieckiem jest bardzo trudne. Jest po prostu inne, trzeba się trochę przestawić z myśleniem. Dużo też zależy od wieku dziecka. Teraz już jest fajniej, bo ona coraz więcej rozumie, można jej trochę tego świata pokazać. Jeszcze rok temu było dużo trudniej, jej się nie chciało chodzić, czas spędzaliśmy głównie na plaży, robiąc zamki z piasku lub w basenie. Teraz jest już dużo bardziej ciekawa świata.

 

 

A już niedługo kolejna rozmowa. W tym roku na blogu ukaże się 12 wywiadów z różnymi podróżnikami. Jesteście ciekawi, co motywuje kolejne osoby? Bo ja bardzo!