5 włoskich miast, do których lubię wracać

Dzisiaj chciałabym Was zabrać w podróż do Włoch i pokazać Wam moje ulubione włoskie miasta. Od dłuższego już czasu (3 miesiące, czyli jak na mnie to bardzo długo) nie byłam w żadnym nowym miejscu. Przygotowuję się do wycieczki do Azji, a to wiąże się tym, że muszę włączyć tryb oszczędnościowy i dużo pracować. Cały czas jestem w Warszawie i troszkę wariuję. W związku z tym poniższy wpis przyniósł mi dużo radości, bo przy zdrowych zmysłach utrzymują mnie właśnie wspomnienia i świadomość, że niedługo znów będę poznawać świat.

 

Rzym

Pierwszy raz byłam w Rzymie w 2014 roku i teraz, z perspektywy czasu, trudno mi powiedzieć, dlaczego pokochałam to miasto i ten kraj. Czy to były lody i pizza? A może kontakt z historią? Odrobina słońca w styczniu, gdy w Polsce była minusowa temperatura, a tam chodziłyśmy bez czapek? A może dlatego, że był to niezobowiązujący wyjazd z osobą, z którą czułam, że nic nie muszę. Że spontaniczność i realizowanie bieżących pomysłów jest całkiem ok i że można zamienić zwiedzanie Watykanu na spacer po mieście, kawę lub obserwowanie ludzi? Czynników łączących mnie z Włochami jest o wiele więcej. Prawda jest taka, że Rzym wciąż to moje ulubione miasto. Byłam tam już wielokrotnie i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się tam po prostu zamieszkać.

 

włoskie_miasta_rzym
Tak wygląda Piazza del Popolo w listopadzie

 

Wiem, że takie sytuacje mogą zdarzyć się wszędzie, ale Rzym kojarzy mi się z totalnym relaksem.

 

włoskie_miasta_rzym
Rzym

 

No może poza okolicami Watykanu, Koloseum i Panteonu :) Ale wystarczy skręcić w uliczkę obok i już jest cudnie.

 

Neapol

Tak wygląda moje drugie ulubione miasto. Trochę już o nim pisałam tutaj.

 

włoskie_miasta_neapol
Neapol

 

Jest zaniedbane, brudne i brzydkie. Wszyscy na siebie krzyczą, samochody trąbią bez przerwy. Ale to miasto żyje, zarówno współczesnością, jak i swoją bardzo ciekawą historią. Ma uroczy deptak wzdłuż morza, kawiarenkę, z której widać Wezuwiusza i najlepszą pizzę za 4 euro.

 

włoskie_miasta_neapol
Neapol

 

włoskie_miasta_neapol
Na Wezuwiusza mogę patrzeć godzinami

 

A co najważniejsze - loty do Neapolu są bardzo tanie, można kupić kartę na pociągi, jeżdżące po całej Kampanii i do woli podróżować po okolicznych, najpiękniejszych na świecie miasteczkach, takich jak Positano, Sorrento czy Salerno. A w nich wystarczy już tylko być.

 

włoskie_miasta_positano
Positano

 

włoskie_miasta_sorrento
Salerno

 

włoskie_miasta_sorrento
Salerno

 

Werona

Bardzo mnie zaskoczyła. Pojechałam tam, gdyż bardzo chciałam zobaczyć balkon Julii, ale tych pięknych uliczek się nie spodziewałam. Padał deszcz i było bardzo nieprzyjemnie, a ja i tak wspominam dobrze to miejsce.

 

włoskie_miasta_werona
Kamienice, które urzekają nawet w deszczu

 

włoskie_miasta_werona
Zmieniły kolor, ale wciąż są piękne :)

 

włoskie_miasta_werona
Piazza Erbe z urokliwymi kawiarniami

 

włoskie_miasta_werona
Ile jest miłości w tym mieście! Nawet rzeka Adyga układa się w kształt litery S, jak sposa, co po włoski znaczy narzeczona.

 

Peschiera del Garda

Jeżeli szukacie miejsca na długie spacery, Peschiera del Garda jest idealna. Znajduje się tam deptak wzdłuż jeziora Garda z widokiem gór w oddali. Do tego słońce i pyszna włoska kawa. Dodam, że w marcu jeszcze nie ma ludzi, co jest ogromnym atutem :D

 

włoskie_miasta_Peschiera-del-Garda

 

Asyż

Tam zamieszkam na starość, ale tylko zimą, bo latem liczba turystów uniemożliwia spacer po bułki do sklepu. Ten kojąco - uspokajający kolor zabudowy i widok z miasta, które w dużej części jest na wzniesieniu. I do tego kwiaty na każdej kamienicy i w wielu zakątkach. Nic, tylko się szlajać :)

 

włoskie_miasta_assisi
Asyż i Bazylika św. Franciszka

 

włoskie_miasta_assisi
To jest własnie ten kolor

 

włoskie_miasta_assisi
Tak wygląda Umbria

 

włoskie_miasta_assisi

 

Do tych miast na pewno jeszcze wrócę i wtedy opiszę je dokładniej :) A Wy jakie macie ulubione włoskie miasta?

 


Plaże na Sardynii oraz czy warto jechać tam jesienią?

Piękne plaże to mocna strona Sardynii i kolejne 2 dni dały nam na to kilka dowodów. Późny listopad nie pozwolił na kąpiele, natomiast zmienna pogoda pokazała nam wszelkie oblicza morza. Odwiedziliśmy północną i zachodnią część wyspy, zrobiliśmy kolejne setki kilometrów przez góry. Pierwsze 2 doby dały nam możliwość zakochania się w tej wyspie, natomiast kolejne 2 tę miłość utrwaliły.

Dzień 3

Z samego rana jemy śniadanie i jedziemy dalej. Dzisiaj czeka na nas Lollove, czyli miasto duchów, San Pantaleo – miasto artystów oraz wszystko, co ma do zaoferowania Santa Teresa Gallura.

Dzień zaczynamy od kilkudziesięciu serpentyn przez góry. Nieustająco pięknych.

 

Sardynia

 

Ok. 11 udaje nam się dotrzeć do Lollove i zdecydowanie mogę powiedzieć, że jest to miasto duchów.

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Sardynia

 

W tej niewielkiej wiosce przez pół godziny zwiedzania nie udało się nam nikogo spotkać. No może oprócz kota, z którym T. musiał nawiązać bliższą znajomość.

 

Sardynia

 

Zostalibyśmy dłużej, ale trochę padało. W związku z tym jedziemy dalej – czas na spotkanie z twórcami.

San Pantaleo zachwyciło nas ilością kwiatów oraz jasną, niską zabudową.

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Z wachlarza artystycznych profesji spotkaliśmy jedynie Pana Rzeźbiarza, ale gdybym kiedyś poczuła w sobie zew kreatywności, zdecydowanie chciałabym tworzyć właśnie tutaj.

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Kierując się w stronę noclegowni, zbłądziliśmy w miasteczku Cannigione i trafiliśmy na park przy plaży.

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Sardynia
Uwielbiam nowe znajomości

 

Chcąc uniknąć jazdy po górach w ciemności, przyspieszyliśmy trochę i dotarliśmy do Santa Teresa Gallua około 15.00 – czyli idealna pora na szamkę. Mieliśmy ochotę na owoce morza, ale podróże w listopadzie mają swoje minusy – większość knajp jest zamkniętych. Ale dobra pizza zawsze się znajdzie. Spabi express miała do zaoferowania całkiem fajny zestaw lunchowy, jednak postanowiliśmy spróbować pizzy (ja) i lokalnego cheesburgera (T.).

 

Sardynia
T. je hambuksa, ale dla niego inne rzeczy mają znaczenie ;)

 

A teraz już tylko szybki wypad na plażę, kilka fotek i wracamy odpocząć. Chcieliśmy zobaczyć Torre di Longonsardo o Torre Spagnola, ale na miejscu okazało się, że wokół niego znajduje się ścieżka z widokiem na morze rozbijające się o skały. Zmieniliśmy więc plany i uważam, że było warto :)

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Zupełnie usatysfakcjonowani spacerem wróciliśmy do AlbeLeo House, znajdującego się przy samym placu Vittorio Emanuele I.

 

Sardynia

Dzień 4

Szybkie śniadanie i pędzimy do Chiaramonti zobaczyć zamek.

Po drodze między krzakami T. dostrzegł coś, co musiał zobaczyć z bliska. Skręciliśmy w najbliższą drogę w prawo i dotarliśmy do Spiaggia La Liccia – dość silny wiatr i wzburzone morze zatrzymały nas tam na dobre pół godziny.

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Chiaramonti to malutka miejscowość z około 2000 mieszkańców. Zaskoczyła nas cudownymi muralami. Mimo siąpiącego deszczu musiałam zrobić im fotki.

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Udało nam się zrobić fotki zamkowi przed i w trakcie jesiennej mżawki. Prezentował się następująco – oceńcie sami :)

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Dojazd do niego nie był najłatwiejszy, deszcz też raczej nie pomagał. Ale co tam! Składamy lusterka i jedziemy :)

 

Sardynia

 

Mieliśmy nadzieję, że w Bosie będzie ciut lepsza pogoda – w końcu dzieli je prawie 100 km, wszystko się może zdarzyć. No niestety, ten dzień był pogodowym niewypałem. Niemniej Bosa jest cudowna.

 

Sardynia

 

I kanapki (jedyne otwarte miejsce ;)) pierwsza klasa! Tutaj postanowiliśmy przeczekać delikatną ulewę.

 

Sardynia

 

Jak tylko wyszło słońce, ruszyliśmy dalej.

Marina i koty przytrzymały T. na moment :)

 

Sardynia

 

Sardynia

 

W drodze na białe plaże zatrzymała nas... inna plaża. Skoro były duże fale, należało zrobić im zdjęcie, prawda? :)

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Plaże Is Arutas

Ostatnim punktem dzisiejszej wycieczki była plaża kwarcowa Is Arutas. Zależało nam na spędzeniu tam zachodu słońca, ale niestety chmury miały inny pomysł :)

 

Sardynia

 

Ostatni nocleg spędziliśmy w Sa Domu e Crakeras w Oristano. Salvatore – 72 letni właściciel obiektu – spędził z nami kilka godzin, opowiadając o swoim życiu, rodzinie, Sardynii, Włoszech. Nic cudowniejszego nie mogło mnie spotkać na koniec wycieczki!

Budzik zadzwonił o 5 rano. Do lotniska mamy 100 km, a nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć po drodze. Ale tym razem nie wydarzyło się nic. O 7.00 byliśmy już w Cagliari z myślą, że już tylko musimy zatankować samochód. I zupełnie nie wiem dlaczego na 3 stacjach, na które zajechaliśmy, dystrybutory z ropą były nieczynne. Dodatkowo nigdzie nie było wiaderka z myjką, a nasz samochód wyglądał, jakby przez ostatnie 4 dni jeździł po polach. A to tylko plaża kwarcowa dała się we znaki. Na szczęście na 4 stacji był ON i wiaderko, więc wyluzowani o 8 zajechaliśmy na lotnisko, aby spokojnie oddać samochód. Niestety pan obsługujący wynajem samochodów nie przyszedł na czas. Kwadrans akademicki też go nie obowiązywał. Wrzuciliśmy więc kluczyki do odpowiednio oznaczonego pudełka i poszliśmy na lotnisko.

 

Sardynia stała się jedną z naszych ulubionych wysp

Wygląda na to, że wszystko się udało i Sardynia pojawiła się na liście miejsc, do których chcemy wrócić :)


Sardynia - co warto zobaczyć w listopadzie?

Sardynia była moim marzeniem od lat. O pięknych plażach, które miałam przyjemność oglądać na zdjęciach, palmach, uroczych miasteczkach i pysznym jedzeniu rozmyślałam wielokrotnie. W połowie roku udało mi się kupić loty na listopad. 15 stopni to całkiem spoko – pomyślałam – i nabyłam bilety do Cagliari. W końcu marzenia są po to, aby je realizować.

 

Trochę historii

Sardynia jest wyspą, której osiedlanie zaczęło się około 1015 roku, kiedy Pizańczycy i Genueńczycy pokonali mieszkających na wyspie piratów i Arabów. Trafiła ona pod rządy papieskie, na kilka dziesięcioleci znalazła się pod panowaniem hiszpańskim, trochę porządziła nią również Wielka Brytania i Austria, następnie została oddana za Sycylię księciu Sabaudii, aż w 1861 zaczęła przynależeć do zjednoczonego Królestwa Włoskiego.

 

Góry, góry i jeszcze raz góry!

Jest drugą co do wielkości wyspą na Morzu Śródziemnym, na której przeważają góry. Do tej pory nie mogę zrozumieć, dlaczego ta informacja jest pomijana lub niewystarczająco dobitnie opisana :)

Planując zwiedzanie sprawdziłam odległości, ale do głowy mi nie przyszło sprawdzać czas potrzebny na pokonanie drogi z punktu A do punktu B. Już drugiego dnia okazało się, że aby pokonać odcinek z Sadali do Arbatax (niecałe 90 km), potrzeba dobrych kilku godzin.

 

Sardynia

 

Jedzie się przez góry, ostrymi serpentynami wjeżdża się na szczyt, aby z drugiej strony podobnymi serpentynami zjechać. I tak w kółko, bo cały środek wyspy stanowią właśnie góry, często zalesione, poprzecinane wąwozami. Od czasu do czasu wyłaniają się skały. Myślę, że nasze wolne tempo podróżowania spowodowane było również pięknymi widokami, zachwytem nad naturą, rzekami, jeziorami, czasami miasteczkami i oczywiście zwierzętami.

 

Dzień 1

Na lotnisku byliśmy ok. 10 i przygodę rozpoczęliśmy od wynajęcia samochodu. Nauczeni życiem po wakacjach w Hiszpanii (osoba, która rezerwuje, musi być kierowcą – brak tej podstawowej wiedzy spowodował, że zrobiłam ponad 2000 km w 7 dni), zarezerwowaliśmy samochód na T. Ale przy odbiorze czekała nas inna niespodzianka – kierowca powinien mieć wydaną na siebie kartę kredytową, a T. takiej nie ma. Musieliśmy zapłacić za drugiego kierowcę i nasz samochód z 130 zł za tydzień finalnie wyniósł nas 320 zł. Za gapowe się płaci.

 

Sardynia

 

Cagliari – co warto zobaczyć?

W sumie to nie wiem :) Powyższe hasło wpisaliśmy w google i wyskoczyła Elephant Tower – jedziemy. Będzie widok na miasto. Rozentuzjazmowani pniemy się tym naszym fordem C-Max na jedno z wzniesień. T. marudzi, że ford nie chce jechać, że mało zwrotny, że mu się już nie podoba. Na szczęście się przyzwyczaił, ale dopiero po wyjechaniu ze stolicy :) Po pokonaniu kilku zakrętów, malutkich uliczek, na których musieliśmy składać lusterka, dotarliśmy pod wieżę, ale… gdzie zostawić auto? Większość parkingów była opisana tylko dla mieszkańców. No i co teraz? Zjeżdżać na dół, aby zatrzymać się na parkingu publicznym? Tego by jeszcze brakowało! Przejeżdżamy przez zakaz wjazdu, stawiamy auto i zaczynamy odprawiać modły, aby przez czas zwiedzenia nie pojawiły się niepowołane służby :)

 

Sardynia

 

No i okazało się, że wieża jest w remoncie – przysłonięta z jednej strony ogromną płachtą. Wejście zamknięte.

 

Sardynia

 

Sardynia
To jest Elephant Tower

 

Idziemy więc kawałek dalej, na Piazzetta David Herbert Lawrence – przeurocze miejsce z wspaniałym widokiem na miasto. No i palmami, i słońcem. Podstawowe pragnienia wymarzniętego człowieka zostały zaspokojone, możemy jechać dalej.

 

Sardynia

 

Sardynia

 

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Południowa Sardynia

Z Cagliari wybraliśmy się do Nory – najstarszego sardyńskiego miasta. Pada lekki, ciepły deszczyk, jakieś pojedyncze osoby krzątają się na horyzoncie. Głodni zaczynamy zwiedzanie od restauracji z pizzą. Trochę się zeszło tym kucharzom, ale dzięki temu mieliśmy czas na odpoczynek i podziwianie plaży. Po obiedzie spacer i niestety posezonowe podróżowanie ma swoje minusy – wejście do ruin było już zamknięte.

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Na naszej mapie to see pojawia się nam jeszcze Calasetta. To urocze biało – niebieskie miasteczko ma niecałe 3 000 mieszkańców i powstało w połowie XVI wieku. Myślę, że wraz z pojawieniem się słońca robi się bardziej urzekające. Zacinający wiatr zniechęcił nas do dokładnego zwiedzania. Ale w porcie byliśmy :)

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Pierwszy nocleg mamy w Quartu Sant'Elena. Już podczas drogi dostałam kod otwierający drzwi do naszego pokoju w Villa Vi. Ochom i achom nie było końca.

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Sardynia
Plaża położona 3 minuty od naszego miejsca zamieszkania

 

Dzień 2

Rano zdecydowaliśmy się nie marnować dnia i zwiedzać. Już wiedziałam, że noclegi rozsiane po całej wyspie to nie był najlepszy pomysł, ale cóż. Za późno, trzeba sobie radzić tak, jak jest.

 

Sardynia

 

Sadali – czyli jedziemy zobaczyć 7 metrowy wodospad w centrum miasta :)

Wczesnym rankiem Sardynia nie zachęcała nas do działania. Znowu padał lekki deszcz, było dość chłodno i niestety ponuro. Ratowała nas tylko pogoda ducha i chęć zobaczenia jak najwięcej. Po pysznym śniadaniu wsiadaliśmy w samochód i gnaliśmy. Przez góry oczywiście. Z Quartu Sant'Elena do Sadali jechaliśmy ponad 2h.

Po drodze mijaliśmy prześliczne Lago del Flumendosa. W takich momentach trochę żałowałam, że nie jest środek wakacji i że nie możemy (a w zasadzie bardziej nie chcemy) wskoczyć do jeziora i spędzić tam reszty dnia :)

Lago del Flumendosa

 

Lago del Flumendosa

 

Lago del Flumendosa

 

Po wjechaniu do Sadali uroczy pan w informacji poinformował nas o dwóch wodospadach. Pierwszy był w centrum i aby do niego trafić trzeba skręcić przy piramidzie w Via Roma.

 

Sadali

 

I jechać ulicą w dół. Mówił, że nie da się ominąć wodospadu, choć nam się to prawie udało. Na szczęście prawie… Przy Piazza Municipo pojawił się on :)

 

Sadali

 

Poniżej kilka fotek samego miasteczka - myślę, że warto poświęcić chwilę i sobie w nim pobyć.

 

Sadali

 

Sadali

 

Sadali

 

Po chwili ruszyliśmy w kierunku drugiego wodospadu. Niestety droga do niego wiodła przez las i góry, a kilka minut po rozpoczęciu wędrówki zaczęło również padać. Wstyd się przyznać, ale stchórzyliśmy i zrezygnowaliśmy.

 

Sadali

 

Zmieniliśmy plan i postanowiliśmy zobaczyć czerwoną plażę w Arbatax – kolejne 90 km i raptem 2h jazdy. Po drodze przejeżdżaliśmy przez Seui – mam wrażenie, że każde kolejne miasteczko na tej wyspie jest ładniejsze od poprzedniego.

 

Sardynia

 

A to znowu góry. No i budowle oczywiście :)

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Sardynia i jej zwierzęta

Po drodze spotykaliśmy stada owiec – niestety były bardzo płochliwe i w zasadzie nie dało się do nich podejść. Ale były takie ładniutkie :D

 

Sardynia

 

Sardynia

 

Kolejnym zaskoczeniem były krowy. Często zajmowały cały jeden pas ruchu, ale przynajmniej stały spokojnie – obserwowały każdy przejeżdżający obok nich samochód.

 

Sardynia

 

No i konie!

 

Sardynia konie

 

 

Arbatrax

Po kilku godzinach zatrzymywania się co chwilę na robienie zdjęć dotarliśmy do celu.  Arbatrax to miasto na wschodnim wybrzeżu, które słynie z czerwonych skał i kolorowej, skalistej i dziwnie ukształtowanej plaży. Udało nam się dotrzeć w najlepszym momencie – na zachód słońca. Podobno miejsce to stało się symbolem całej Sardynii.

 

Arbatax

 

Arbatax

 

Arbatax

 

Czas na kilkugodzinny powrót. A na drodze same znaki tego typu, jedziemy więc ostrożnie.

 

Sardynia

 

Do hotelu w Sorgono dotarliśmy o 19.00. Właścicielka nie mówiła po angielsku i okazało się, że mój włoski wciąż nie jest na komunikatywnym poziomie :(

 

Sorgono

 

Już niedługo północna i zachodnia Sardynia - kolejne 2 dni wycieczki :)


Porto to miasto, które zachwyca

Dzień 3

Dwa dni za nami i właśnie dzisiaj jedziemy do Portugalii! Porto czeka. Wstajemy rano, fajnie byłoby powiedzieć, że o wschodzi słońca, ale aż tak dramatycznie nie było. Hotel Vigo, jako jedyny z tych przez nas wybranych, oferował śniadania. A ponieważ dopiero od 8, musieliśmy poczekać. Idąc na stołówkę przyuważyłam nasz samochód - ten biały. Myślicie, że doszło do bliższych kontaktów między nimi?

 

Porto
A może po prostu ktoś nie zaciągnął ręcznego?

 

Najedzeni ruszamy w drogę, bo mamy dzisiaj do pokonania 150 km, aby dotrzeć do Porto. Mimo, iż to ja prowadziłam samochód, podróż minęła szybko, gdyż umilały ją piękne widoki. Do tej pory z portugalskich miast znana mi była jedynie Lizbona, w której spędziłam kilka dni. Czekałam tam, aż zapanuje porządek w komunikacji powietrznej po wybuchu wulkanu na Islandii.

 

Porto

 

Jak można opisać Porto?

Nie wiem od czego zacząć... Pierwsze wrażenie - czad. Stare kamienice, cudne kafelki, ciekawe ukształtowane terenu, przyjaźnie wyglądający ludzie, no i te słodycze...

A zaczynając po kolei czas na trochę historii :) Porto położone jest po dwóch stronach rzeki Duoro i od czasów rzymskich pełniło ważną rolę ośrodka handlowego. Nazwa miasta pochodzi od portu Cale, która przyjęła się za panowania Wizygotów. Tereny wokół miasta i dolina rzeki Duoro znane są na całym świecie z hodowli winogron i praktycznie od zawsze wino było tutaj głównym towarem wymiennym.

Chcąc zaparkować samochód i się zaczekinować, musieliśmy opuścić centrum. Gdy dotarliśmy, na miejscu nie było nikogo, kto mógłby dać nam klucz do pokoju, bo recepcję otwierali za 2 godziny. Poszliśmy więc na szybką kawę i coś słodkiego. I niestety obrzeża nie wyglądają już tak czadersko. Kamienice się sypią, witryny sklepowe przerażają pustkami, widać, że okoliczni mieszkańcy na przepych nie narzekają. Biorę poprawkę na to, że my podróżujemy budżetowo, więc wybrana przez nas noclegownia mogła być w najbiedniejszej dzielnicy miasta, ale jak się później okazało w ostatnich latach Porto trochę opustoszało.

 

Porto

 

Porto

 

Porto

 

Porto

 

Porto

 

Porto

 

Ajzulejo

czyli ceramiczne płytki, z których w całym mieście stworzone są przepiękne mozaiki. Na domach, kościołach, ulicach. To właśnie dzięki nim Porto ma taki urok i niezapomniany styl.

 

Porto

 

Porto

 

Porto

 

Co zwiedzić w Porto?

Mamy jeden dzień, więc wybraliśmy szwendanie się po mieście z uwzględnieniem kilku naszym zdaniem istotnych punktów programu :)

 

Porto
Tam na wzgórzu jest katedra Sé do Porto

 

Porto
Na tym placu była super klimatyczna kawiarnia, ale zabicie mnie - nie pamiętam, gdzie to było :)

 

Porto
A to widok na kamienice niedaleko uniwersytetu

 

Nie mogło zabraknąć targowiska, pełnego oczywiście warzyw, owoców, lokalnych przysmaków, ale również ubrań i staroci :)

 

Porto

 

Porto

 

Poniżej nic nadzwyczajnego - radośni ludzie pośród zieleni. Miło było na nich przez chwilę popatrzeć.

 

Porto

 

Ach te niebieskie płytki!

Z reguły nie wrzucam zdjęć kościołów czy innych świątyń (albo przynajmniej staram się publikować ich niewiele), ale w Porto nie mam wyjścia. Te na Kościele Igreja do Carmo są po prostu cudne :)

 

Porto

 

Poniżej bok kaplicy de Santa Catarina, zwanej również Kaplicą Dusz.

 

Porto

 

XVIII wieczny kościół św. Ildefonsa - pokryty jest ok. 11 000 płytek.

 

Porto

 

Widok z góry na plac Praça Almeida Garrett. Na wprost znajduje się  kościół Igreja de Santo António dos Congregados

 

Porto
Azulejos zostały wykonane przez Jorge Colaço - jednego z pierwszych twórców portugalskich płytek

 

Budynek po prawej to stacja kolejowa Sao Bento - jeden z najczęściej wymienianych obiektów z kategorii "must see". W jej wnętrzu jest ponad 20 000 płytek azulejos, składające się na sceny z życia Porto. Zajmują one ponad 550 metrów kwadratowych. Dworzec zlokalizowany jest na terenie  klasztoru Mosteiro de São Bento de Avé-Maria, pochodzącego z XVI wieku. Wejście na stację kolejową jest bezpłatne - takie miejsca lubimy najbardziej ;)

 

Porto

 

Porto
Zdobycie Ceuty w 1415 r. - anegdota mówi, że mieszkańcy Porto na tę właśnie wyprawę zaopatrzyli żeglarzy w mięso, które mieli, a sobie zostawili jedynie flaki i w ten oto sposób powstała jedna z regionalnych potraw - flaczki.

 

I przyszedł czas na literaturę!

Zupełnie przypadkiem trafiamy do biblioteki Livraria Lello&Irmao i wcale się nie dziwię, że J. K. Rowling inspirowała się nią pisząc Harrego Pottera. Jakbym tylko umiała pisać książki, wszyscy moi bohaterowie znaliby to miejsce  ;)

 

Porto

 

Uwaga! Wstęp do księgarni jest płatny, ale co tam ;) Wydam tę dychę, aby powdychać trochę zapachu książek i zrobić kilka zdjęć ;)

 

Porto

 

Niedaleko biblioteki znajduje się otwarty w 1911 r. Universidade do Porto - co ja bym dała, aby móc tutaj spędzić rok studenckiego życia! Przerwa między zajęciami pod drzewkami oliwnymi - czego chcieć więcej?

 

Porto

 

I właśnie w tym momencie skończyła mi się bateria ;) Poniżej ostatnie zdjęcie, które udało mi się tego dnia zrobić.

 

Porto

 

Ribeira

Tutaj siedziało bardzo dużo ludzi. W pojedynkę, być może samotnie, w parach, w grupkach. Siedzieli i patrzyli, niektórzy rozmawiali, inni coś pili lub jedli. Dołączyliśmy się, zatrzymaliśmy, chcieliśmy poczuć to, co oni. I wiecie co, było warto ;) , a poza tym na zachód słońca trzeba było chwilę poczekać.

 

Porto

 

Po czasie stwierdzam, że jeden dzień w Porto to zdecydowanie za mało. Nie znaleźliśmy czasu na zwiedzenie Cais da Ribeira, o części miasta po drugiej stronie rzeki nie wspominając. Nie przeszliśmy przez żaden most, nie weszliśmy na Wieżę Kleryków, nie zobaczyliśmy Pałacu Giełdy. Zdjęć mostu Ludwika I też nie mamy, a podobno każdy prawdziwy turysta własnie tam robi sobie selfie. No nic, wiemy po co tam wrócić.

 

Porto
Widok na drugą stronę rzeki Duoro z wzgórza nad dzielnica Ribeira

 

A łaziliśmy naprawdę długo, bo po prostu było gdzie i było warto!


Santiago de Compostela, Vigo i plaże północnej Hiszpanii

Uff, jak dobrze, że już rano. To, co działo się wczoraj znajdziecie tutaj, a my możemy uciec z hostelu i cieszyć się nowymi miejscami.  I to nie byle jakimi, bo dzisiaj czekają na nas najpiękniejsze plaże północnej Hiszpanii i szlak, który wiele osób pokonało z buta, czyli droga do i samo Santiago de Compostela. A na koniec Vigo i info, czy warto tam pojechać.

 

Kaskadowe miasteczka lubimy najbardziej!

W cenie hotelu nie było śniadania, a nam jak zwykle szkoda było czasu na jedzenie, więc zadowoliliśmy się jogurtem z bułką i w drogę. 30 km od Aviles znajduje się przecudowne miasteczko Cudillero. Nie wiem, co nas tchnęło, aby własnie tam zajechać, pewnie nic, po prostu było nad morzem i było po drodze. Jest to kaskadowo położona wioska rybacka, z uroczym portem, małymi uliczkami i uśmiechającymi się do turystów ludźmi :)

Samochód zostawiliśmy gdzieś w miasteczku i rozpoczęliśmy proces szlajania.

 

Cudillero

 

Cudillero

 

Cudillero
To miasteczko właśnie budziło się do życia. Miło było popatrzeć, jak otwierają się knajpki, piekarnie, jak ludzi witają się przychodząc do pracy

 

Cudillero

 

Poszliśmy najpierw w jedną stronę wzdłuż brzegu - aż do latarni.

 

Cudillero

 

A później w drugą, do portu i wzdłuż betonowego mola. W Cudillero byliśmy może z 1,5h, a zwróćcie uwagę jak zmieniała się pogoda.

 

Cudillero

 

Cudillero
Tak, przyznaję się, podczas podróży bardzo aktywnie wrzucam fotki na instastories i robię je głownie telefonem ;)

 

No dobra, jedziemy dalej, bo przecież plaże czekają, a mi bardzo zależało, aby zobaczyć Playa del Silencio. Jedzie się tam przez mroczny, ale bardzo urokliwy las.

 

Playa del Silencio

 

Playa de Silencio i nieprzychylna pogoda

W samochodzie pogoda była cudowna, ale w kościach czuliśmy, że szybko może się to zmienić. Pora roku i zachmurzenie sprawiły, że plaża del Silencio ukazała się nam jako prawdziwa ostoja ciszy i tajemniczości. Mam nadzieję, że niedługo uda nam się tam wrócić i połazić trochę po klifach, a nie tylko zjeść słonecznik na ławeczce na górze i delektować się widokiem :)

 

Playa del Silencio

 

No i jak coś ma się popsuć, to się popsuje! Kolejnej plaży już nam się nie udało zobaczyć. Tak bardzo chroniłam swój ukochany aparat, że jedyną fotę, jaką z niej mam, zrobiłam telefonem, więc Wam jej nie pokażę ;) Na szczęście T. nie przejął się tak bardzo swoim sprzętem i deszcz mamy udokumentowany.

 

Playa del Silencio

 

 

Czas na Santiago de Compostela

Pada coraz mocniej, więc jedziemy do stolicy Galicji. I pierwsze wrażenie super - hiszpańskie miasteczko, małe uliczki, ale coś wisi w powietrzu. Coś niedobrego...

 

Santiago de Compostela
Miasto zarasta

 

Santiago de Compostela
Pozowanie nie idzie mi najlepiej, ale kiedyś się nauczę :)

 

Katedra Santiago de Compostela nawet w remoncie robi wrażenie... Z takich ciekawostek historycznych, to jest to miejsce docelowe drogi św. Jakuba Starszego, jednego z 12 Apostołów. Skończono ją budować w 1128 roku i od tamtej pory nagromadziło się tam naprawdę dużo dzieł sztuki, z licznymi rzeźbami na czele. W 1985 wpisano ja na listę UNESCO.

 

Santiago de Compostela
Katedra Santiago de Compostela

 

Santiago de Compostela
Plaza de la Quintana

 

Santiago de Compostela
Katedra Santiago de Compostela

 

Santiago-de-Compostela

 

Santiago-de-Compostela

 

Santiago-de-Compostela
Plaza de la Quintana

 

I przyszedł czas na chwilę zadumy - czy naprawdę musi to tak wyglądać? Miasto oprócz pielgrzymów, którzy nie koniecznie oddają należyty szacunek temu miejscu, pełne jest kiczu. Ja rozumiem, że biznes można zrobić na wszystkim, ale na machającym papieżu? Serio?

 

Santiago-de-Compostela

 

 

Wieczorny spacer brzegiem zatoki Oceanu Atlantyckiego

Delikatnie zniesmaczeni udajemy się do Vigo, gdyż tam czeka na nas nasz kolejny nocleg - Hotel Vigo Plaza, który z czystym sercem mogę polecić. Bardzo miła obsługa, świetna lokalizacja i całkiem fajny widok na miasto. Aż żałowałam, że byliśmy tam tylko 1 noc, bo okazało się, że był najlepszy ze wszystkich, które podczas tej wycieczki odwiedziliśmy (no oczywiście oprócz noclegów w samochodzie, ale z niezapomnianymi zachodami i wschodami słońca ;))

 

Vigo

 

Vigo

 

Vigo

 

Bardzo ciekawą rzeźbę spotkaliśmy przy Avenidas, niedaleko Ría Maritime Station.

 

Vigo
El Salto (The Jump) rzeźbiarza Francisco Leiro

 

W Vigo jest druga, El Nadador (The Swimmer), ale do niej nie udało nam się dotrzeć.

 

Vigo

 

Vigo

 

Vigo
Rzeźba mężczyzny, przygotowującego się do podróży statkiem

 

Vigo

 

Vigo nas zauroczyło - nie jest duże, ale można w nim spędzić naprawdę miło czas. Spacery, fajne knajpki, pyszne tapas no i prawie ocean - czego chcieć więcej?

 


Santander to idealny prezent na urodziny

Przychodzi taki moment, kiedy okazuje się, że Twój znajomy ma już wszystko. A jeżeli nie ma wszystkiego, to na realizację pozostałych marzeń tego człowieka albo Cię nie stać (chyba, że wygrasz w totka), albo wcale Ci się nie podobają i po prostu nie chcesz ich realizować. Wiecie, że taką osobę całkiem lubicie, chcecie, aby było nieszablonowo i dość ciekawie. W odpowiedzi na pytanie: co kupić na urodziny, mam dla Was pomysł na fajną trasę po Hiszpanii i Portugalii. Tanie loty do Santander znacząco ułatwiają sprawę ;)

W skrócie trasa wygląda tak:

Dzień 1.

Santander to stolica malowniczej Kantabrii. Liczy ok. 170 tysięcy mieszkańców, a nam kojarzyło się jedynie z bankiem ;) 0 9.35 byliśmy już na miejscu. Po przyjechaniu na lotnisko przemiła pani w informacji dała nam mapę z wieloma cudownymi atrakcjami:

- jaskinią Altamira – gdzie można podziwiać prehistoryczne malowidła naskalne

- parkiem przyrody Cabarcento

- Picos de Europa

Niestety, nasze plany były trochę inne. Normalnie byśmy skorzystali z polecenia, ale tym razem wiedzieliśmy, co chcemy zobaczyć oraz kiedy i gdzie być.

Odebraliśmy auto i tutaj zaczęła się cała przygoda :) Z reguły ja rezerwuję bilety, hotele i samochody. Tak było też tym razem. Na miejscu okazało się, że w wypożyczalni na H osoba rezerwująca musi być jednocześnie kierowcą. A wiece, trasa niczego sobie, ja miałam w planie relaks i cykanie fotek. Ale jak się dowiedzieliśmy, że drugi kierowca praktycznie podwaja nam koszt wypożyczenia samochodu, podjęłam męską decyzję. Bardzo to ucieszyło T., ponieważ jak na prawdziwego urlopowicza przystało, codziennie do śniadania mógł zamówić sobie piwo. A niech mu będzie!

 

Co zwiedzić w Santander?

W kilka godzin można między innymi zwiedzić port

 

Port w Santander

 

W porcie można podziwiać pomysłowe rozgraniczenie pasów ruchu

 

Bardzo spodobały się nam rzeźby Los Raqueros - dzieci, które żyły na ulicach Santander i "oczyszczały" statki, a w zasadzie wraki statków z tego, co zostało. Trudnili się również w wyławianiu przedmiotów, które wpadły do wody, w zamian za co otrzymywali napiwek.

 

Los Raqueros

 

Centro Botin to przestrzeń, w której współgrają muzyka, sztuka, teatr, film i literatura. Architektem był Włoch Renzo Piano, który w weku 79 lat wymarzył sobie budynek, który miał latać.

 

Centro Botin

 

Centro Botin

 

Widok na Santander w Centro Botin

 

Przeszliśmy się również wzdłuż prawie puściutkiej Punta de San Marcos

 

Punta de San Marcos

 

Tutaj mamy mały przedsmak kafelkowego świata Porto, oczywiście w wersji hiszpańskiej :)

 

Kafelki

 

Spacerując trafiliśmy wreszcie na półwysep la Magdalena - cały teren to ok. 25 ha

 

Mapa Półwyspu Magdaleny

 

Palacio de la Magdalena

 

Latarnia morska

 

Radość

 

No i doszliśmy do pałacu :) Trochę musieliśmy poczekać, aż wszyscy turyści zejdą nam z kadru, ale co tam. Nigdzie nam się nie spieszyło :)

 

Pałac

 

Wracając minęliśmy 3 karawele (żaglowce o wysokich nadbudówkach, zwykle wyposażone w działa) - legenda głosi, że są to repliki tych należących do Krzysztofa Kolumba.

 

Karawele w Santander

 

 

Na koniec trafiliśmy do mini zoo z fokami i pingwinami :)

 

Relaks w wykonaniu foki

 

Niestety nie udało się nam ustalić, czy mają dostęp do morza, ale żyję nadzieją, że tak.

Zwiedzanie Santander zajęło nam mniej więcej 4 - 5h, a więc ok. 15.00 wyruszyliśmy do Gijon. Mieliśmy do pokonania prawie 180 km i własnie tam planowaliśmy zjeść obiad. W czasie drogi rozpoczęliśmy zabawę w polowanie na byki - symboli Hiszpanii. Taki oto pojawił się na odcinku do Gijon.

 

Byk nr 1

 

Co można zwiedzić w Gijon?

Zmieniliśmy prowincję na Asturię i większość przewodników po stolicy tego regionu rekomenduje zobaczenie:

  • Acuario de Gijon
  • ogród botaniczny Atlántico
  • ogromny budynek Universidad Laboral
  • zamek i dzielnicę Cimadevilla
  • rzymskie łaźnie

 

My jednak wybraliśmy opcję szlajania, którą jak zwykle zaczęliśmy w porcie :)

 

Ten port to taka bardziej przystań jachtowa

 

Takie lubię najbardziej

a następnie przeszliśmy do dzielnicy Cimadevilla

 

Cimadevilla

 

Na fotkę zasłużyła też rzeźba Nordeste

 

Nordeste, rzeźbiarz: V. Turcios

 

Chcieliśmy pójść do knajpki zaproponowanej przez google, ale niestety już nie działała. Zamiast niej, kilka przecznic dalej, znaleźliśmy to:

 

Zawsze marzyłam o takiej liczbie kwiatów na balkonie

 

Głodni i zmęczeni weszliśmy z ulicy do baru Casa Fernando i mam wrażenie, że lepiej nie mogliśmy trafić.

 

Bar Casa Fernando

 

Zamówiliśmy smażone kalmary, które były IDEALNE - nie gumowe, nie ciągnące się, lekko przypieczone, świeże i pyszne. Kelner zarekomendował nam cydr i prawdziwą atrakcją było to, jak nam go podali. Kelner zwany escanciador z wysokości ok. metra bezbłędnie przelał go do szklanki, lejąc po brzegach. Osad pozostał w butelce. Dlaczego tak się robi? Trunek podczas nalewania miesza się z powietrzem, wydobywając smak i aromat napoju. Należy wypić go możliwie szybko, najlepiej naraz, aby nie uległ rozwarstwieniu. Asturia jest bowiem krainą słynącą z ponad 500 ha sadów, o czym dowiedzieliśmy się dopiero tam będąc :)

 

Na noc trafiliśmy do Aviles

Same miasteczko nie powala, w hostelu śmierdziało papierosami i nie domykały się okna, także pamiętajcie, pensjonatu El Parque nie polecamy ;)

Widok z pensjonatu

 

Ale za to plaża de Salinas... Mogłabym tam spędzić całą noc :)

 

Przespacerowaliśmy się wzdłuż plaży, aż do końca tej skały, która widać na zdjęciu. Na samym końcu czekało na nas Museo de Anclas Philippe Cousteau:

 

 

Popiersie Philippe Cousteau

 

Popiersie Philippe Cousteau

 

Warto było prawie biec, aby zachód słońca zobaczyć właśnie z tego miejsca :)

 

 

Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to był długi i aktywny dzień, ale było warto. Dzień pierwszy z siedmiu...

 


Neapol - pojechać, wrócić i odetchnąć z ulgą

Czaję się i czaję, bo chciałabym Wam napisać o kraju nieidealnym, ale moim ulubionym 😊 Tylko jak się do tego zabrać? Zacząć od konkretnego regionu, miasta, przygody? A może chronologicznie? Albo od miejsc najbardziej wartych zwiedzenia… Pewnie byłoby mi łatwiej, gdybym właśnie zakończyła jakąś wyprawę do Włoch, ale tak nie jest. Powiem więc w kilku zdaniach, za co kocham i jednocześnie nienawidzę Neapol :)

 

Jak można się dostać do Neapolu?

Na przykład z Katowic za mniej niż 100 zł w obie strony :) Sumarycznie nie wychodzi to najtaniej na świecie, bo do stolicy Śląska też trzeba jakoś dojechać, ale że ja lubię tam być, moje włoskie wycieczki kilka razy właśnie tam miały swój początek. Na pół godziny przed planowanym startem z Warszawy (oczywiście wybrałyśmy opcję samochodową) zorientowałam się, że nie mam podbitego dowodu rejestracyjnego. No cóż, nigdy nie przywiązywałam zbyt dużej wagi do formalności, ale luby nie pozwolił mi jechać naszą furką. Na szczęście Gosia miała swoją niezawodną Opel Corsę (potocznie zwaną czerwoną błyskawicą i tak, wiem, że Opel jest rodzaju męskiego, ale Corsa to zdecydowanie kobieta :)), więc podróż nie była zagrożona. Zebrałyśmy się, są bagaże, jedziemy do Katowic 😊 Corsa mknie całe 80 km/h, bo przy 100 km już nie dało się rozmawiać. W czasie drogi okazało się, że Gosia podczas remontu przewoziła Corsą sporo płytek i urwała rurę wydechową. Mimo, że było to kilka miesięcy wcześniej, po zapakowaniu nas dwóch i bagaży Corsa przypomniała sobie o starych niedociągnięciach. 300 km do Katosków jest, więc trochę nam zajęła ta podróż, ale dotarłyśmy.

 

 

Minusowa temperatura zupełnie nam nie straszna

Nad ranem miałyśmy samolot i szczęśliwie doleciałyśmy na lotnisko, na którym była kilku centymetrowa pokrywa śnieżna. Ale przecież jesteśmy twarde, a poza tym kto by brał zimową kurtkę do Włoch? Zostawiamy je w samochodzie i biegiem przemieszczamy się w kierunku lotniska.

 

Analog w plecaku po raz pierwszy i ostatni

Na tej wycieczce wyjątkowo miałam ze sobą analogowy aparat – taki na film fotograficzny (nie na kliszę ;)), więc będziecie mieli okazję zobaczyć Neapol w zupełnie innych kolorach. Takie aparaty mają jednak pewną wadę - można zrobić tylko tyle zdjęć, ile ma się ze sobą filmów, a ja miałam 1 ;). Dodam również, że są ciężkie, więc to była pierwsza i ostatnia podróż, na którą zabrałam tego typu sprzęt.

 

Neapol w 3 dni?

A więc jesteśmy pierwszy raz na wycieczce we dwie i to we Włoszech. Mamy 3 dni i zero planów :) Udało nam się dotrzeć na dworzec Garibaldiego – przeraźliwy gigant, pełen imigrantów sprzedających podrobione torebki Versace. Przechodząc z punktu A do punktu B należy trzymać plecak, a właściwie portfel bardzo blisko siebie, bo w tym roku jakiś nie najlepiej wyglądający Pan chciał mi zwędzić etui do okularów. Ok, miałam je w bocznej kieszeni plecaka, na widoku, miało odblaskowy żółty zamek, ale żeby tak od razu je sobie przywłaszczać? Kątem oka przyuważyłam ten zamek w jego ręku i odebrałam twierdząc, że to moje. Poburczał coś pod nosem i odszedł. Na szczęście, bo gdyby był bardziej bojowy, mogłabym stracić nie tylko opakowanie od okularów.

 

Artecard naprawdę ułatwia życie

Ale wróćmy do 2015 roku, kiedy to na wspomnianym już dworcu Garibaldiego dowiadujemy się, że w Kampanii jest coś takiego jak Campania Artecard – cudowna 3-dniowa karta, która pozwala jeździć pociągami po całej Kampanii i wejść za free do 2 muzeów. W naszym odczuciu – idealne rozwiązanie dla niezbyt zamożnych dwóch osób :)

 

No i co tu teraz robić?

Plan jest taki: szybko zwiedzamy Neapol, kawka, pizza, kawka, pizza, kawka i zmykamy zobaczyć pobliskie miasteczka – Pompeje z Wezuwiuszem, Sorrento i Positano.

Dotarłyśmy do naszego hostelu, którego nazwy już nie pamiętam. Były tam przeurocze papugi i niezwykle pomocny Pan. Wyposażył nas nie tylko w mapy, ale również w podstawowe informacje. W planie miałyśmy kiedyś tam wrócić, ale to Gosia rezerwuje noclegi podczas naszych wspólnych wyjazdów i tej obietnicy nie zrealizowała ;)

 

Ostoja spokoju

 

Gdzie zjeść pizzę?

Zapytałyśmy się o pizzę i zostałyśmy pokierowane do L'Antica Pizzeria da Michele – na szczęście była blisko. Weszłyśmy do środka, nie zwracając uwagi na tłum ludzi, stojący przed knajpą. Jak się później okazało, również czekali na swój stolik, bo ta pizzeria jest najsławniejsza w Neapolu. Widząc zdjęcia Foresta Whitakera i Julii Roberts byłam prawie taka dumna, jakby odwiedzili moją własną knajpkę. Nic dziwnego, że robi się tam rewelacyjną pizzę, skoro mają tylko 2 rodzaje. Każdy by doszedł do perfekcji robiąc codziennie setki margherit i marinar. Ale muszę im przyznać, że pizzę mają obłędną!

 

Neapol to straszny syf

Później spacer brudnymi ulicami, oglądanie meneli i bezdomnych, a także gigantycznych gór śmieci. Bo jakby ktoś kiedykolwiek miał wątpliwość, Neapol jest śmieciowiskiem Włoch. Reklamówki są nawet na drzewach, na środku chodnika można spotkać punkty śmieciowe – wyobraźcie sobie, że w tym miejscu powinien stać wielki zielony śmietnik, ale ktoś go zabrał, a śmieci zostały. Zupełnie inaczej niż w Japonii, w Neapolu nie można jeść z podłogi, nie można nawet na niej siadać, a w sumie stanie w butach też jest troszkę obrzydliwe ;)

 

Coś urokliwego też się znajdzie

Na szczęście jest kilka parków, gdzie można było odetchnąć.

 

Park Giardini del Molosiglio

 

I poznać i poobserwować ciekawych ludzi

 

 

Podczas spaceru lungomare, czyli po prostu wzdłuż morza, dostrzegłam panią i psa. Czyż nie są urocze? :)

 

 

Późnym wieczorem wracamy do hostelu szczęśliwe, że wciąż żyjemy ;)

 

Jak dotrzeć na Wezuwiusz?

Z samego rana biegiem na Garibaldiego, bo czeka na nas Vesuvius – tak, właśnie ten mega niebezpieczny wulkan, który w 79 roku zniszczył Pompeje i Herkulanum. Jedziemy pociągiem do Pompei, tam autobusem miejskim na parking u podnóża Wezuwiusza, a później nogami na krater. Niestety z kondycją fizyczną u mnie troszkę na bakier, a wchodzenie pod górę to już nawet mały dramacik. Dzięki temu Gosia napstrykała dużo fotek, bo ja robiłam przerwę co 20 kroków, a Wezuwiusz ma teraz podobno 1280 metrów. Tak czy siak, weszłyśmy! Ale aby wejść na krater, trzeba było zapłacić 10 euro – jakaś firma, nadmienię, że prywatna, zarządza tam biznesem wulkanicznym. Nieźle, nie? :)

 

 

Positano i Sorrento

Następnego dnia nadszedł czas na najpiękniejsze miejsca w Kampanii – kaskadowo położone Positano i widok na niezwykle romantyczny zachód słońca w Sorrento. Brakuje mi słów, aby opisać te miejsca. Myślę, że trochę dzięki nim stwierdzam, że będę do Włoch latać tak długo, aż zwiedzę wszystkie małe miasteczka, winnice, plaże i magiczne zakątki.

 

Co to znaczy poznać człowieka?

Jadąc autobusem po tych zakrętasach poznałam przemiłego Pana, który przez 20 lat mieszkał w Anglii. Teraz już jest na emeryturze i właśnie wracał z sąsiedniej miejscowości, do której pojechał na kawę. Opowiadał mi o tym jak powstają miasta na skałach, jakie mają problemy z systemem hydraulicznym, jak ciężko jest wybudować tam dom i jak trudno jest żyć w miastach typowo turystycznych. No i tak to już jest, że można być w najpiękniejszych miejscach, a ja i tak z wycieczki najbardziej pamiętam twarz tego starszego już Włocha, który poświęcił mi czas i okazał odrobinę zainteresowania i uwagi.

 

Neapol i Papież

Ostatni dzień okazał się dla nas wyjątkowo łaskawy – do Neapolu przyjechał Papież! A wiecie co to oznacza? Ktoś w jedną noc posprzątał wszystkie śmieci. Dosłownie wszystkie. Nie wiem ilu ludzi było w to zaangażowanych, ale rano miasto nas urzekło. Na szczęście wszyscy neapolitańczycy pojechali zobaczyć się z Ratzingerem (my też próbowałyśmy, ale szybko zaniechałyśmy realizacji tego pomysłu), więc my czystymi i zupełnie pustymi ulicami i środkami komunikacji przemieszczałyśmy się i odwiedzałyśmy muzea :)

 

Neapol, Ratzinger
Nie tylko Gosia chciała zobaczyć Papieża :)

 

Pizzy już wystarczy!

Niestety Papież uniemożliwił nam dotarcie do ulubionej pizzerii – jak miło by było wtrząchnąć kawałek na pożegnanie. Ci oto przemili policjancie skutecznie nas przyblokowali ;)

 

Neapol, Policja
Bezpieczeństwo jest najważniejsze

 

Neapol po raz kolejny

Na ten moment byłam w Neapolu już 3 razy. Za każdym razem jestem zszokowana brudem, chaosem, ilością samochodów. Ale pojadę po raz kolejny, aby zjeść Pizzę, napić się kawy w knajpce z widokiem na Wezuwiusza, odwiedzić Muzeum Madre i przespacerować się ulicami miasta, które zawsze będzie mnie zaskakiwać.


Czy warto jechać do Kosowa… na 3 dni?

W zimny, jesienno – zimowy wieczór bardzo chciałam odwiedzić nieznane mi dotąd miejsce. Nie Włochy, do których jeżdżę, gdy jest mi smutno, nie Hiszpanię, bo dawno nie byłam, nie Chorwację, bo tam woda jest jakaś ładniejsza. Szukałam czegoś nowego, innego. W odmętach internetu znalazłam tanie loty do Kosowa. Skonsultować się z T.? Nie, bo znów powie, że są jakieś ważniejsze rzeczy do zrobienia. Ale co może być ważniejszego od poznania kraju, który w tym roku wchodzi w dorosłość?

 

Co wiemy o Kosowie?

Bilety do Pristiny kupione, a T. w odpowiedzi na kolejne wakacje odpowiada: A tam nie ma wojny? 

Otóż nie ma! W 2000 roku Kosowo stało się niezależnym państwem, ale ich odrębność i samodzielność akceptuje jedynie połowa państw świata. Reszta uważa, że wciąż są oni częścią Serbii.

Przyszedł maj i nasza podróż była coraz bliżej. Bilet lotniczy mieliśmy z lotniska Schönefeld w Berlinie. Nasza sytuacja finansowa jeszcze nigdy nie była na tyle komfortowa, żeby podróż gdziekolwiek nie napawała mnie lękiem o kasę. Tak było również tym razem. A może jednak spędzimy 3 dni w domu, nie robiąc nic? Może bez sensu jechać gdzieś na 3 dni. To na tyle krótko, że niewiele uda się zobaczyć. I tak nie zdążymy poznać kraju w tym czasie. Ale już mamy bilety… W sumie trochę ich szkoda. Zawsze możemy zostać w Prisztinie. I tak w kółko przez tydzień. W końcu stwierdziłam, że podróżowanie to jest to, co lubię najbardziej, a więc przestań marudzić i jedź.

 

Jak dotrzeć do celu, gdy wypłata już dawno się skończyła?

Tylko jak to zrobić? Lecimy pod koniec maja, a więc wypłata już dawno się skończyła, a trasa do Berlina za każdym razem zwiększa majątek Kulczyków (nieważne, że non stop coś tam remontują i stoi się w korku). W takich momentach pomocny okazuje się Bla Bla Car – nie dość, że na podróż składa się kilka osób, to jeszcze jest okazja, aby poznać ciekawych ludzi. A przecież o to chodzi w podróżowaniu. W nowych miejscach jedzenie może być spoko, znajdą się też przepiękne miejsca, ale po kilku latach, jedyne co pamiętasz, to ludzi!

Nie musieliśmy szukać długo – umówiliśmy się z dwoma chłopakami, młodzi 25-letni, ale bardzo różni. Jeden jechał do Berlina, bo tylko tam jest dobra muzyka, drugi zakochał się w Polce i na stałe mieszka w Warszawie, ale właśnie postanowił odwiedzić rodziców w Hamburgu.

A więc jedziemy. A ponieważ T. bardzo lubi być przed czasem, na samolot o 17.00 wyjechaliśmy o 7 rano! Bo czemu nie! Trasa na szczęście przebiegła prawie bezproblemowo, było tylko kilka niewielkich korków, więc w Berlinie byliśmy kilka minut po 12.00

Ostrzeżeni przez jednego z chłopaków, że do centrum się nie wjeżdża samochodem starszym niż… (tutaj powinna być liczba, której nie pamiętam), a nasz, chociaż niezawodny, młodzieńcem już dawno nie jest. Stanęliśmy więc przy metrze, aby mieć później blisko na lotnisko i wybraliśmy się na zwiedzanie.

 

Berlin w kilka godzin

Ja w Berlinie kiedyś już byłam, T. za to po raz pierwszy, więc naszym celem była Brama Brandenburska. Wysiedliśmy z metra niedaleko niej i idąc w jej stronę ciekawszym dla niektórych okazało się muzeum motoryzacji ;)

 

 

Na szczęście do Bramy też doszliśmy (jest i fotka :))

 

 

A ponieważ była piękna, słoneczna pogoda, udaliśmy się w kierunku Kreuzbergu (targowiska, hipsterzy i te sprawy ;)) Tak sobie szliśmy, mijając uliczki, mur, murale, ludzi i knajpki i było po prostu bosko.

 

 

 

 

 

 

Niestety samolot był o konkretnej godzinie i bardzo nie chcieliśmy się spóźnić, więc zjedliśmy kanapki z Polski i skierowaliśmy się na lotnisko.

O 18.12 mieliśmy samolot, a o 20:28 byliśmy na miejscu.

 

Jak dojechać z lotniska do Prisztiny?

 

 

Próbowałam na różne sposoby znaleźć tanią opcję i nawet gdzieś w odmętach internetu pojawiło się światełko, że jeździ coś takiego jak bus, ale niestety o 16.00 był ostatni.

Generalnie na lotnisku jest masa taksówek, które zawożą ludzi za 15 euro od osoby.

Nam się udało w obie strony przedostać za 15 euro za 2 osoby (przyjechał po nas chłopak, u którego spaliśmy), ale nie byłam usatysfakcjonowana taką „oszczędnością”. Gdyby nasze loty były w sensownych godzinach chętnie przespacerowałabym się do miasta. W końcu nigdy nie widzi się tak dużo, jak podczas spaceru :)

 

Co udało się nam zobaczyć?

 

Miasto nocą

 

Obiad za 2 euro

 

Miasto wczesnym rankiem

 

Monument New Born

 

Pomniki Clintona

 

Krowy na ulicach

 

Szczęśliwych staruszków w środku lasu

 

Monastyr wybudowany w XIII wieku -  był rezydencją serbskich arcybiskupów

 

Kanion Rugova

 

Rzekę Biały Drin

 

Wodospad Białego Drinu

 

 

 

Jaskinię w miejscowości Radac

 

Miasto z gory (i z pola)

 

Patrząc na liczbę wspomnień i zdjęć, które posiadamy, stwierdzam, że było warto :)


Finlandia - czy tam faktycznie można rozbić się wszędzie?

Plan był idealny

Będziemy rozbijały nasz trzyosobowy namiot nad jeziorami, w lesie i 10 dni spędzimy sobie w cudownej ciszy z daleka od ludzi. Ach, marzenia ;)

To mogłoby się udać w Europie tak zwanej "kontynentalnej", ale nie w rejonie jezior, z każdej strony otoczonych tak gęstym lasem, że nie dało się przez niego przejść.

 

 

Tutaj zdałam sobie sprawę, że na następną tego typu wyprawę wybiorę się z siekierą. W końcu mój samochód zmieści wszystko.

Pierwszy nocleg spędziłyśmy na na polu namiotowym w Augustowie.

 

 

Drugi natomiast w Tallinie - spałyśmy w samochodzie pod supermarketem ;)

 

 

Przypłynęłyśmy do Helsinek promem o 8 rano. Z pół godziny trwało zanim wszystkie samochody z promu dostaną się na teren miasta, a my od razu postanowiłyśmy je opuścić. Było około 25 stopni i z każdą minutą podróży temperatura spadała, aż finalnie na termometrze ujrzałyśmy 16 stopni. Co my tu robimy? W tym czasie w Polsce było 28 i bezchmurne niebo – zupełnie inne niż to nad naszymi głowami. Ale nie ma co się smucić, wszyscy nas ostrzegali, że w Finlandii jest zimno.

 

W końcu wybrałyśmy się tutaj z innego powodu.

Przejechałyśmy kilkadziesiąt kilometrów i zobaczyłyśmy pierwsze jezioro, niedaleko ośrodka ze zjeżdżalniami.

 

 

Zatrzymujemy się, sprawdzamy wodę – zielona, ogloniona i lodowata. Nie takie były nasze wyobrażenia i marzenia. Z bagażnika wyjmujemy swetry i jedziemy dalej.

Zaczyna padać, czyli gorzej już być nie może. Jesteśmy niewyspane, trochę głodne, zmarznięte i jeszcze nie widać słońca na horyzoncie. Ale twardo szukamy jakiejś przestrzeni w lesie, gdzie mogłybyśmy rozbić namiot.

 

Czy da się bezbłędnie ocenić co będzie na końcu drogi?

Mapa wygląda mniej więcej w ten sposób: mamy drogę główną, a z niej do jeziora prowadzą różnej długości i szerokości małe leśne dróżki.

 

 

No więc skręcamy i jedziemy. Na końcu każdej z tych dróg jest domek, czasami dwa albo trzy, albo więcej, jak jakaś rodzina postanowiła zagospodarować teren. Tak czy siak, zawsze jest on czyjś i zawsze jest prywatny.

 

 

A fińskie prawo wyraźnie mówi, że na jedną noc możesz się zatrzymać wszędzie, ale min. 150 m od czyjejś posesji. No i tu mamy problem, bo skoszona trawa i drzewa wykarczowane na tyle, aby rozbić tam namiot, są 10 metrów od domku. 150 metrów od posesji nie da się ręki włożyć między krzaczory.

Wracamy na drogę główną skręcamy w kolejną dróżkę i jest to samo. No więc wracamy na główną i zjeżdżamy w jeszcze kolejną i wciąż te pojedyncze domki na końcu. Gdyby jeszcze ktoś tam był, to może byłoby łatwiej. Ale nie ma, a sceneria przypomina coraz bardziej skandynawskie horrory.

Zauważyłyśmy, że jak są skrzynki pocztowe, to na końcu jest domek, więc próbujemy zjechać w drogę bez skrzynki – też nie działa.

 

 

Okazuje się, że nie wszyscy Finowie korzystają z poczty tradycyjnej, a domki nad jeziorem mają.

 

 

Kemping, ale dlaczego?

Zrozpaczone zatrzymujemy się na kempingu – 29 euro za 2 osoby, namiot i samochód. Przecież to nasz cały budżet! Na więcej takich noclegów nas nie stać, ale co zrobić jak nadzieja powoli zaczęła umierać?

Płacimy, rozbijamy się, jemy obiad, bierzemy prysznic i wychodzi słońce. Jest godzina 16.00 i nasze życie uległo gwałtownej poprawie.

 

 

Co by nie mówić fińskie kempingi mają lepsze warunki niż niejeden student w wynajmowanym mieszkaniu. Kuchnia wyposażona w garnki, patelnię, talerze, ekspres przelewowy, czajnik, gąbkę i płyn do mycia naczyń. Łazienka czyściutka, drewniana i przede wszystkim było w niej bardzo ciepło.

Na kempingu, mimo sporego obłożenia, było cicho. Nie korzystałyśmy z oferty sklepu /restauracji, bo na to już nas absolutnie nie było stać ;)

Poszłyśmy na spacer, po którym Kasia – współkompan podróży – postanowiła się wykąpać. Są ludzie, którzy za opcję pływania oddadzą wszystko i ona właśnie do takich należy. Mi na szczęście wystarczy widok wody, więc przez 15 minut po prostu czytałam książkę :) Kasia pływała tak długo, aż poczuła, że zaraz zamarznie jej serce i płuca, wtedy wyszła.

Na szczęście Finlandia potrafi wynagrodzić chłodniejsze poranki późnym zachodem słońca, które nie opuszczało nas do 1.00 w nocy.

Następnego dnia jeszcze raz skorzystałyśmy z prysznica, bo nie wiadomo, czy taka okazja jeszcze kiedyś się przydarzy, chciałyśmy ruszyć w dalszą drogę. Chciałyśmy, bo audi stwierdziło, że zostanie. Okazało się, ze lodówka samochodowa jest ekstra i nie rozładowuje akumulatora, jeżeli nie zostawiasz ich samych dłużej niż 8 godzin. Po tym czasie lodówka przejmuje pełną kontrolę.

Jemy śniadanie ze świadomością, że samochód nigdzie nie pojedzie bez pomocy ludzi, którzy właśnie opuszczają kemping. Jedni, drudzy, trzeci… Rozglądamy się i oprócz dwóch motocyklistów, którzy raczej nam nie pomogą, ludzi w domku, których samochodu nie widać, zostało jeszcze kilka pojazdów, więc każdy był na wagę złota.

Widząc, że jeden z nich próbuje opuścić kemping, odrywam się od jedzenia, biegnę i płynnym angielskim, znając już takie słowa jak akumulator i klemy, proszę o pomoc. Niestety pani mówiła tylko po rosyjsku. Pech nas nie opuszcza, ale nie daję za wygraną i przypominając sobie jak jest dzień dobry po rosyjsku, tłumacząc coś o problema, namawiam ich do pomocy. Pan w swoim dużym pick-upie miał agregat, który w pół godziny naładował nam akumulator, więc ruszyłyśmy w drogę.

 

Udało się!

Kolejny nocleg miałyśmy w miejscu jak z bajki. Było oczywiście nad jeziorem, domek, drewniana latryna, mostek, Kasia zamarzyła sobie spędzić tam noc, a marzenia są przecież po to, aby je spełniać.

 

 

Ruszyłyśmy na spacer po okolicy i trafiłyśmy na Mamę i Tatę Muminka. Oni naprawdę tak wyglądali, a nie wiem czy wiecie, że Finowie do najbardziej urodziwych nie należą ;)

Niestety oni nie byli w stanie nam powiedzieć czy możemy zostać na noc w naszym „idealnym miejscu”, ponieważ to jest private, a nie ma właścicielki, a oni nie wiedza kiedy ona wróci i nie mają telefonu, więc lepiej jak byśmy pojechały 20 kilometrów dalej na kemping. No wszystko cudnie, ale na kemping już nie miałyśmy kasy, więc jeszcze chwilę z nimi pogadałyśmy i kazali nam udać się do pani, która może znać tamtych właścicieli i może ona się zgodzi abyśmy tam spały. No to idziemy. Pani na nas popatrzyła, poprosiła, abyśmy nie rozpalały ogniska i powiedziała tak.

 

 

Zaraz po śniadaniu chciałyśmy pograć sobie w badmintona i wyszłyśmy na drogę. Przyuważyli nas Rodzice Muminka i szybciutko przyjechali. No i się zaczeło, że czemu my tu jesteśmy? Czemu tamta pani się zgodzi, że na pewno to jakieś nieporozumienie, że my nie możemy tutaj być, że jak wrócą właściciele to oni będą guilty… No dobra, dobra, już się zbieramy i jedziemy.

No i co teraz? Nie chcemy naruszać zwyczajów Finów i ich bezpieczeństwa, ale gdzieś musimy te noce spędzać…

 

Dedukcja

A przecież jeżeli coś nie jest prywatne, to jest PUBLICZNE :D Okazało się, że bardzo dużo szkół, kościołów, ośrodków sportowych czy parków jest nad jeziorami. Gdy to odkryłyśmy, podróżowanie po Finlandii zmieniło się diametralnie.

Zobaczcie, gdzie nocowałyśmy i jadałyśmy: